Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Dywersanci z nieba

Dywersanci z nieba
Fot. Alamy Stock Photo/BE&W
1 września 2023
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

V kolumna faktycznie w Polsce istniała, a strach przed nią był może nawet ważniejszy niż skutki jej działań. I pozostał w wyobraźni jeszcze długo po wojnie

Gdy 1 września 1939 r. Niemcy zaatakowali, 40 Pułk Piechoty Dzieci Lwowskich zgodnie z pierwszymi założeniami miał wyjechać na front w okolice Włocławka. Rozwój wydarzeń sprawił jednak, że 8 września został skierowany do obrony Warszawy. Jego 8 kompania zajęła pozycje na Woli, tuż przy reducie nr 56, zwanej również redutą wolską albo redutą Sowińskiego, która była sceną dramatycznych walk podczas powstania listopadowego. Tam też swój punkt dowodzenia przygotował stojący na jej czele por. Zdzisław Pacak-Kuźmirski. Zaraz po przybyciu na miejsce znalazł chwilę, aby obejrzeć historyczne pole bitwy z innego września, tego w 1831 r. Przyglądał się kamiennym tablicom upamiętniającym ofiary na czele z gen. Józefem Sowińskim. Stanął na szczycie wału i obserwował z wysokości powierzony sobie odcinek. „Odczułem w tym momencie ciężar odpowiedzialności, który na mnie spoczął. Czy potrafię go udźwignąć?” – wspominał po latach. Szybko zabrał się do przygotowania terenu do starcia. Wskazywał stanowiska artylerii, broni maszynowej, wyznaczał punkty dla odwodów, nakazywał rozbudowę rowów przeciwczołgowych, barykad, zasieków, przyjmował do pomocy ochotników, organizował wsparcie dla ludności cywilnej. Nad tym miał kontrolę. Ale było coś, co nie dawało mu spokoju. „Patrzyłem ze współczuciem, ale i rosnącym przerażeniem na przewalające się ulicą Wolską tłumy pieszych, wózki, wozy i ludzi bez domu. Policja opuściła wolskie posterunki. Nie widziałem żadnych przedstawicieli władz cywilnych. Pośród wałęsających się bezradnie ludzi iluż mogło być członków V kolumny!”.

Będzie wojna. Albo nie

Rok 1939 od początku upływał pod znakiem pytania: „Co zrobi Adolf Hitler?”. Z każdym kolejnym tygodniem, miesiącem, z każdym wydarzeniem zmieniającym sytuację to pytanie powracało i wywoływało coraz liczniejsze dyskusje. Ale długo też wierzono, że nic złego się nie stanie, że wojny europejskiej nie będzie. Pamiętano jeszcze emocje związane z przebiegiem rozmów w Monachium we wrześniu poprzedniego roku, gdy wydawało się, że konflikt wisi na włosku. Ale skoro wtedy się udało, to dlaczego teraz miałoby być inaczej? Jeszcze w sierpniu 1939 r. Jan Rostworowski, korespondent „Kurjera Warszawskiego” z Berlina, który za kilka lat zostanie cichociemnym i oficerem wywiadu Armii Krajowej, pisał: „Polityka Rzeszy lawirować będzie na krawędzi między pokojem a wojną, przechylając się to w jedną, to w drugą stronę i przeciągając tym sposobem wojnę nerwów. Wprawdzie w takiej sytuacji wybuch wojny jest zawsze możliwy, jednak w Berlinie widzi się wyraźnie, iż wybuch nastąpiłby w chwili niekorzystnej dla mocarstw totalnych. A czas, pracujący dla wielkiej koalicji państw pokojowych, zdaje się również raczej oddalać niebezpieczeństwo wojny”.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.