Nieoczekiwana zamiana miejsc
Dziś, po uchwale PKW, prawomocność wyboru polskiego prezydenta jest oczywista. Mimo – chyba nieskutecznej – akcji kwestionowania wyniku wyborów prowadzonej przez Romana Giertycha i Ryszarda Kalisza ze wsparciem Leszka Millera. Celem (oczywiście wprost nieartykułowanym) było wywrócenie elekcji i doprowadzenie do tego, że w pałacu na Krakowskim Przedmieściu zasiądzie ktoś „właściwy”. Ktoś, kto będzie czynnie współdziałał w praktycznej delegalizacji prawicy (o delegalizacji PiS parokrotnie mówił otwarcie Roman Giertych) i odebraniu jej możliwości już nawet nie przejęcia przez nią władzy, tylko wręcz wywierania wpływu na kształt życia publicznego i społeczeństwa.
Akcja ta demonstrowała zarazem w sposób spektakularny, jak bardzo liberalne elity boją się perspektywy zdobycia większości i utworzenia rządu przez PiS. Jak bardzo boją się „rozliczeń za rozliczenia” – przede wszystkim za sposób przejęcia mediów publicznych i prokuratury.
Trudno uwierzyć w wersję głoszącą, że wybory zostały sfałszowane… przez partię opozycyjną (która zresztą wyborów nie sfałszowała, kiedy była przy władzy). Proces wyborczy odbywa się w Polsce w oparciu o system samorządowy, zaś samorząd zdominowany jest najczęściej albo przez samą Platformę, lub przez wychodźców z Platformy czy z dawnego SLD (jak Trzecia Droga i rozmaite lokalne komitety samorządowe), którzy wprawdzie kiedyś się pokłócili z macierzystymi partiami o władzę i pieniądze, ale podzielają z nimi skrajnie negatywne emocje wobec prawicy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.