„Piękna katastrofa” reformy PIP. Pół roku prac, które mogą trafić do kosza
Mija właśnie pół roku od momentu opublikowania pierwszej wersji projektu w sprawie reformy Państwowej Inspekcji Pracy, czyli przepisów, które wywołały największą legislacyjną burzę ostatnich miesięcy. Od tego czasu projekt ewoluował, resort pracy przedstawiał jego kolejne wersje, premier jedną z tych wersji skasował, ale zasadniczy trzon przepisów – czyli możliwość przekształcania umów cywilnoprawnych (zleceń, B2B) w etaty decyzją inspektora pracy – pozostał.
Nad ustawą pracuje teraz Sejm i jeśli ją uchwali, to trafi ona do podpisu prezydenta, który – jak wiele wskazuje – ją zawetuje. Zgrabna argumentacja już właściwie jest gotowa – można się powołać na wątpliwości co do zgodności tych rozwiązań z konstytucją, brak odpowiednich konsultacji zmian z partnerami społecznymi i sprzeciw wobec reformy, i to nie tylko organizacji pracodawców, lecz także Solidarności, czyli centrali związkowej sympatyzującej z obozem prawicy.
Zatem w kwietniu/maju, po wyjątkowo burzliwym procesie przyjmowania zmian, może się okazać, że nie wejdą one w życie. Warszawa nie zrealizuje więc kamienia milowego dotyczącego reformy PIP (na co ma czas do końca czerwca) i będą zagrożone wypłaty środków z KPO. Czyli przez pół roku rząd napsuł nerwów pracodawcom i zapracował na utratę ich zaufania, nie zjednał sobie związkowców (a przynajmniej znacznej ich części), nie usunął problemu nierówności na rynku pracy wynikających ze stosowania różnych umów i nie dostanie części pieniędzy z unijnego planu odbudowy po pandemii. Good job, panie i panowie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.