Pałac wart jest deficytu
Swego czasu jeden Henryk Burbon zdecydował się na zmianę wyznania na katolickie po to, aby zostać królem Francji. Miał wtedy powiedzieć, że Paryż wart jest mszy. Te słowa przypominają mi się, gdy patrzę na poczynania obecnego rządu. Gabinet kierowany przez Donalda Tuska swego czasu zarzekał się, że nie zdecyduje się na zbyt duży wzrost deficytu budżetowego i będzie oszczędzał, na czym się da, aby nie zwiększać nadmiernie długu. I nagle ci zwolennicy cięcia wydatków decydują się na zwiększenie deficytu do rekordowych rozmiarów. Na dodatek premier bezradnie tłumaczy, że jego rząd nie planuje żadnych reform, bo i tak nie pozwolą na nie ani opozycja, ani prezydent. Jego poprzednicy, którzy rządzili w kryzysie, często decydowali się na takie zmiany i forsowali je przy okazji uchwalania budżetu, byleby tylko zmniejszyć deficyt. Jednak obecnemu rządowi duża dziura w finansach państwa przestała przeszkadzać. Taka wolta byłaby dziwna, gdyby nie fakt, że te oszczędności przypadłyby na rok, kiedy premier Donald Tusk chce stanąć do walki o prezydenturę. Nie mogę więc oprzeć się wrażeniu, że po prostu premier uznał, że pałac prezydencki wart jest deficytu w wysokości 52 mld zł.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.