Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Związki zawodowe. Co je gubi?

1 lipca 2018

ROZMOWA

Nie chcę bronić niektórych zachowań związkowców. Tym bardziej nie zamierzam bronić tych, którzy przekroczyli prawo. Ale etatowi związkowcy są niezbędni. I nie wyobrażam sobie, by było inaczej.

Nie neguję, że może mamy tu do czynienia z działalnością bardziej biznesową niż związkową. Ale bez etatowych pracowników związkowych nie moglibyśmy działać. A co do wysokości wynagrodzenia, to nikt nie powinien czuć się pokrzywdzony. Gdyby ktoś tracił na etacie związkowym, nigdy by się na taką działalność nie godził. Nie podoba mi się pokazywanie związków zawodowych wyłącznie jako potwora, który ciąży nad polską gospodarką.

Błąd założycielski ruchu związkowego w Polsce polegał na tym, że pozwoliliśmy się politycznie ubezwłasnowolnić. I słuszne nawet akcje stają się błyskawicznie orężem dla jednej partii w walce z rządem. To utrudnia związkom działalność. A mówiąc konkretniej, "Solidarność" od dwóch lat jest kompletnie politycznie pogubiona. W ogóle nie była w stanie odnaleźć się w nowej rzeczywistości gospodarczej.

To oczywiste, że nasza gospodarka w ostatnich latach przeszła transformację. Natomiast związki jakby przeoczyły ten drobny fakt. Skoncentrowały się na akcentowaniu swojego antykomunizmu, co z czasem przekształciło się w czysty populizm. I licytowanie się, kto jest większym ideowcem.

Związki nie zauważyły, że z Polski wyjechały tysiące osób. Próbowałem uruchomić nasze związki zawodowe w Europie. Nic z tego jednak nie wyszło. Związkom w Polsce brakuje tego, co jest podstawą tych działających w USA czy Europie Zachodniej, czyli tzw. think tanków, swoistych centrów analiz. Bez nich nie potrafią myśleć perspektywicznie. Nie wnoszą nic do dyskusji.

Nie. To dowód na to, jak niektórzy potrafią wykorzystać dla prywatnych interesów wszelkie luki na styku gospodarki i biznesu. Widziałem już niestety podobne przykłady. Ale to tylko kolejny dowód potwierdzający archaiczność związków zawodowych, które nie włączyły się nowocześnie, czynnie w kształtowanie gospodarki rynkowej. Nie inicjują żadnych dyskusji na temat prywatyzacji, nie debatują, czy jest ona dobra i dla kogo. Zamiast tego aparat związkowy broni wyłącznie swoich pozycji. Często ci ludzie, zamiast być przedstawicielami załogi, stają się zwykłymi pasożytami na zakładzie. Niekiedy dochodzi do dilu między nimi a pracodawcami.

Dilu, czyli niejasnego porozumienia. Pod pięknym szyldem obrony wszystkich pracowników załatwia się tylko interesy tych etatowych działaczy, którzy mają najwięcej do stracenia.

Ich polityczna słabość. W większości krajów związki mają mądre przełożenie na realną politykę. W Niemczech to partia socjaldemokratyczna, w Wielkiej Brytanii - Labour Party, w Stanach Zjednoczonych - Partia Demokratyczna. Nasi związkowcy kiszą się w swoim populistycznym sosie, co czasem zalewa im umysły i przesłania zdolność myślenia. Niektórzy żyją wyłącznie przeszłością i nie są w ogóle zainteresowani stworzeniem w Polsce nowoczesnego układu między gospodarką, związkami a polityką. To spowodowało, że stały się reliktem transformacji.

Nie, jeśli tylko młodzi ludzie dojdą do głosu i sami odsuną to wyjałowione pokolenie. Bo mimo rewolucyjnych zmian na świecie nigdzie związki nie straciły na znaczeniu. Fakt, upadły ogromne zakłady pracy. Ale rewolucja ostatnich 30 lat nie pogrzebała przemysłu, tylko go odmieniła. To dlatego dziś w Europie powstają związki w nowych branżach. Tak będzie z czasem i u nas. Informatyka, nowe firmy, media i sieci handlowe staną się naturalnym terenem ich działania. W końcu jedne z bardziej bojowych zachowań związkowych ostatnich lat działy się w hipermarketach.

Odrodzenie idei związków nastąpi w nowych branżach. To właśnie tam pojawią się jeszcze niezepsuci ludzie. I może wtedy związkowcy, ci nowej generacji, zaczną sięgać po narzędzia, które już teraz powinny być w powszechnym użytku.

Prawo, procesy sądowe. Młodzi prawnicy wręcz palą się do tego, by brać się za takie sprawy. Wiem o tym. I może wtedy związki zaczną walczyć o kwestie zdrowotne, ekologiczne, o lepszą jakość życia. Na Zachodzie to już norma. Tylko w Polsce to wszystko ciągle brzmi luksusowo.

@RY1@i02/2009/233/i02.2009.233.000.0013.001.jpg@RY2@

Józef Pinior, współtwórca i działacz "Solidarności" w czasach PRL; polityk

Chełstowski&Jeziorek/Forum

*, współtwórca i działacz "Solidarności" w czasach PRL; polityk

Nie, bo mają swoje głębokie uzasadnienie w konstytucji. Państwo polskie przyjęło zasadę solidarności społecznej, która poza szeregiem innych spraw zakłada też dialog. A ten wymaga stron, które z kolei muszą się do rozmów przygotować. Dlatego mamy komisje trójstronne na poziomie państwa, układy zbiorowe na poziomie branż i zakładów. Na to są potrzebne środki.

Nie zgadzam się. Całe moje dotychczasowe doświadczenie związkowe pokazuje, że związkowcy nie chcą wybierać na swoich przedstawicieli pracowników o niskim prestiżu. Na ogół niski prestiż wynika z niskiego wykształcenia. Do władz związków wybierani są więc ludzie z prestiżem i autorytetem, z duszą. Tacy, którzy mogą coś ugrać w rozmowach z pracodawcą.

Tak. Nie do przyjęcia jest postawa kapłańska, w której pracownik przez wiele kadencji i lat rezygnowałby z części wynagrodzenia w zamian za udzielanie się w związku. Żona i dzieci by go do domu nie wpuścili. Nie mówiąc już o tym, jak by wyglądała w przyszłości jego emerytura. Choć zgodzę się, że jest coraz więcej ludzi, którzy wchodzą do związku wyłącznie w obawie przed zwolnieniem z pracy, oraz takich, którzy przy okazji chcą liznąć nieco władzy i podreperować swój autorytet.

Nie związkowców, ale związków. Ich liczba jest sprzeczna z interesem pracowników. Po 50 związków w branży. To śmieszne! To nadużywanie zasad dialogu społecznego. Fakt, ustawa o związkach mówi o swobodzie zrzeszania się. Uznaliśmy, w oparciu o doświadczenia historyczne, że warto prowadzić dialog. Bo to "Solidarność" reformowała kraj. Ale jesteśmy już dawno po transformacji systemowej. Wobec tego nie ma już potrzeby inwestowania na tak dużą skalę w dialog społeczny.

Przy takiej ludzkiej masie nie sposób uniknąć nadużyć. Tym bardziej że dziś niektórzy związkowcy odcinają kupony od dawnej działalności. A i pracodawcy korzystają z przywilejów zrzeszania się.

To chore. Zresztą podobna sytuacja miała miejsce w Stoczni Gdańskiej. Wielu pracowników skorzystało z możliwości podjęcia działalności gospodarczej. W efekcie interes związkowy nieraz przegrywał z interesem spółki, na czele której stał jeden ze związkowców.

Tak. W Stoczni Gdańskiej działa 45 - 50 spółek, w których aktywa mają związkowcy. Znamienne, że politycy, publicyści mówią o stoczni, ale w niej samej myśli się w kategoriach spółek. Spółkom z kolei chodzi w pierwszej kolejności o pracę dla zarządu, rad nadzorczych oraz o zyski, nawet kosztem innych członków związku. Mityczna stocznia już nie istnieje. Gorzej, że tworzą się również swoiste spółki pracodawców ze związkowcami, których celem jest ochrona indywidualnych interesów przy prywatyzacji. Dlatego czasem nawet sami pracownicy patrzą na działania związków jak na jakąś klikę. Związki odeszły od niegdyś podstawowej zasady otwartości, kiedy decyzje podejmowano na oczach wszystkich pracowników. To je gubi.

Bo i sami związkowcy dopuścili do wynaturzenia. Na przykład moja rodzima "Solidarność" odeszła od dwóch kadencji w centrali związkowej na rzecz wielokadencyjności. To fatalnie, bo w rzeczywistości człowiekowi trudno wytrzymać więcej niż dwie kadencje.

Jeśli nie ma się z tej działalności boków, to ile lat można się poświęcać? A jeśli jest tłuszczyk, jeśli można sobie ustawić żonę, córkę czy syna w jakiejś radzie nadzorczej, to kto chciałby się od takiego żłobu oderwać? Widzę, że coraz mniej w związkach demokracji, jawności, przejrzystości. Gdyby przyjąć, że związkowcem na stanowisku jest się trzy, góra sześć lat, to byłoby zdrowsze. Bo taki człowiek myślałby bardziej o swojej przyszłości w przedsiębiorstwie, w zawodzie. I o tym, że może kiedyś postanowi wrócić i będzie musiał ludziom spojrzeć w oczy.

Ustawa o związkach powinna zmierzać w kierunku swoistego ryczałtu. Na przykład na 100 członków związku przysługiwałby jeden etat i pięć związkowych immunitetów, które stanowiłyby swoistą ochronę przed represjami. I niech same związki zdecydują, kto to ma być. To uchroni nas przed rosnącą armią świętych, nietykalnych.

@RY1@i02/2009/233/i02.2009.233.000.0013.002.jpg@RY2@

Jan Rulewski, wieloletni związkowiec "Solidarności", internowany w stanie wojennym; senator

Marcin Kaliński

*, wieloletni związkowiec "Solidarności", internowany w stanie wojennym; senator

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.