Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Zamiast związkowej reformy będzie kosmetyka

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

PO w porozumieniu z opozycją chce wprowadzić okrojoną reformę prawa dotyczącego związków zawodowych.

Tylko najwięksi będą mieli prawo do rozmów z zarządem i przywilejów. Prawdziwej reformy długo jeszcze nie będzie.

Politycy partii Tuska nie próbują nawet wprowadzić zmian, o które apelują pracodawcy. Ci chcą wyprowadzenia związków zawodowych poza zakłady pracy oraz opłacania etatów związkowych ze składek. Dziś pensje związkowcom wypłaca zakład pracy. Pracodawcy wskazują, że tego stanu rzeczy nie da się zmienić bez gruntownej reformy ustawy o związkach zawodowych. Taką kilka razy zapowiadała już rządząca PO. Co z tymi planami? - Mamy poselski projekt dotyczący reformy związków zawodowych. Chcemy jednak, aby nasza wizja była spójna z tym, co w tej sprawie chce zrobić rząd - mówi nam Waldy Dzikowski, wiceszef klubu PO odpowiadający za legislację. Dlatego w przyszłym tygodniu władze klubu PO spotkają się z szefem doradców premiera Michałem Bonim. Ale efektem spotkania na pewno nie będzie rewolucja. Choć PO chce zmienić kodeks pracy, ustawę o związkach i ustawę o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, zmiany są kosmetyczne.

PO chce podnieść próg reprezentatywności dla związków zawodowych. Dziś zgodnie z kodeksem pracy duże centrale związkowe mają prawo do rozmów z pracodawcą, gdy reprezentują przynajmniej 7 proc. załogi. Dla mniejszych związków ten próg wynosi 10 proc. PO chce, by próg był jednakowy i wynosił 33 proc. Kolejne zmiany to konsekwencja podniesienia tego progu. Czyli tylko związki reprezentujące 1/3 załogi miałyby prawo do wszelkich przywilejów związkowych, do zrywania negocjacji z pracodawcą czy organizowania strajków.

Co z innymi, bardziej radykalnymi krokami, o które upominają się pracodawcy? Politycy PO przyznają, że w obecnej sytuacji politycznej są one niemożliwe. W nieoficjalnych rozmowach dodają, że nie decydują się na radykalną reformę ustawy o związkach zawodowych, bo zawetuje ją prezydent. A weta nie dałoby się odrzucić, bo przywileje związ- kowców w Sejmie obronią SLD i PiS. Z kolei na działania związków też nie można liczyć. W kwietniu ubiegłego roku na forum komisji trójstronnej centrale zobowiązały się do przygotowania rozwiązań zmieniających reprezentatywność. Minęło półtora roku i niczego nie zaproponowały.

Jak wyjść z tego politycznego pata? Pomysł podsuwa Andrzej Malinowski, prezydent Konfederacji Pracodawców Polskich: - Prezydent jako profesor prawa pracy i osoba wyjątkowo czuła na problemy społeczne powinien zostać patronem dyskusji.

Na razie jednak PiS zapewnia tylko wstępne poparcie dla zapowiedzi PO o podniesieniu progu reprezentatywności. Choć mówią nie o 33 proc., ale 15 proc. - We wstępnych rozmowach związkowcy deklarowali poparcie dla takiej inicjatywy - twierdzi poseł PiS Stanisław Szwed, szef sejmowej podkomisji odpowiadającej za nowelizację kodeksu pracy.

Od kilku dni na łamach DGP opisujemy patologie, do jakich dochodzi w organizacjach związkowych funkcjonujących przy najbogatszych spółkach Skarbu Państwa. Etatowi związkowcy mogą liczyć na pensje sięgające nawet ponad 20 tys. zł. Wykorzystują też możliwość prowadzenia działalności gospodarczej i zakładają spółki, które żyją ze zleceń od spółki matki. Korzyść jest obopólna. Zarządy spółek za publiczne pieniądze kupują sobie spokój związkowców. A związkowcy zarabiają kokosy.

tylko związki zrzeszające taki procent pracowników miałyby pełnię praw

Artur Grabek

artur.grabek@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.