Nie grać konstytucją
Przepisy konstytucji dotyczące prezydenta są dalekie od doskonałości. Nie można nazwać dobrym ustroju, w którym głowie państwa pozostawia się w rzeczywistości wybór między siedzeniem cicho a przeszkadzaniem większościowemu rządowi. I to pomimo, że mandat demokratyczny wszystkich prezydentów III RP był w każdym przypadku nieporównanie większy niż kolejnych premierów.
Spór o to, czy tworzyć w Polsce system kanclerski czy prezydencki, toczy się od lat. Niestety, dopóki którykolwiek z tych urzędów piastuje Lech Kaczyński, Jarosław Kaczyński czy Donald Tusk, dopóty ta debata nie będzie dotyczyć ustroju Rzeczypospolitej, a jedynie wyższości jednej partii nad drugą.
Pisanie ustawy zasadniczej pod dyktando bieżącej sytuacji politycznej to jej grzech pierworodny. Najpierw SLD i PSL ograniczały władzę prezydenta w obawie o dyktatorskie zapędy Lecha Wałęsy. Gdy wybory w 1995 roku wygrał Aleksander Kwaśniewski, naprędce zwiększano mu kompetencje.
Kupiłbym pomysł premiera Tuska z szybkimi zmianami, nawet osłabiającymi urząd prezydenta, ale tylko pod jednym warunkiem: gdyby wchodziły w życie po najbliższych wyborach parlamentarnych i prezydenckich. Nemo iudex in causa sua musi być zasadą w polityce, by ta była uprawiana przyzwoicie.
@RY1@i02/2009/228/i02.2009.228.000.002c.001.jpg@RY2@
Mikołaj Wójcik
Mikołaj Wójcik
mikolaj.wojcik@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu