Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Konkurs na prezesa TVP to tylko zasłona dymna

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

31 chętnych startuje do zarządu TVP. Wczoraj członkowie rady nadzorczej otworzyli koperty z nazwiskami kandydatów.

Według nieoficjalnych doniesień jest wśród nich była dyrektor "Jedynki" Małgorzata Raczyńska, były wiceprezes TVP Robert Rynkun-Werner i Janusz Pietkiewicz, dyrektor Teatru Wielkiego. Do zamknięcia tego wydania gazety rada nie ujawniła listy.

Prześwietlanie kandydatów ma trwać do połowy listopada. - Jak pan zamierza ratować TVP z zapaści finansowej? Misja czy walka o reklamy? - takie pytania mogą usłyszeć kandydaci. Teoretycznie zwyciężyć ma najlepszy. Teoretycznie, bo jak podkreślają eksperci, konkurs jest tylko zasłoną dymną. A realne decyzje zapadają w politycznych gabinetach.

Karty zostały rozdane

Z nieoficjalnych informacji wynika, że w ramach koalicji medialnej lewicy i PiS targi co do obsady fotela prezesa jeszcze trwają. - Na razie zwycięża pomysł, żeby prezesem była osoba bez jednoznacznych politycznych koneksji, np. artysta - mówi nam osoba związana z TVP. Człowiekiem PiS w zarządzie ma być Romuald Orzeł, z namaszczenia lewicy do zarządu ma wejść Włodzimierz Ławniczak, szef biura reklamy TVP za czasów Roberta Kwiatkowskiego.

W poprzednich konkursach także zwyciężali ludzie z politycznym poparciem. Dwa lata temu wygrał Andrzej Urbański, który od początku był pewniakiem, bo miał poparcie koalicji rządzącej. Zresztą konkurentów miał słabych. - Nie miałem złudzeń, że wszystko było ustawione. Konkurs służył zachowaniu pozorów. Ale to ciekawe doświadczenie, mogłem bez ogródek mówić dziennikarzom o telewizji, co mi ślina na język przyniesie - żartuje Andrzej Szmak, były szef telewizyjnego ośrodka w Bydgoszczy, który startował w konkursie. Były sekretarz rady nadzorczej TVP, która wybierała m.in. Bronisława Wildsteina i Andrzeja Urbańskiego, twierdzi, że głosował na Urbańskiego z czystym sumieniem, bo był najpoważniejszym kandydatem - To nie jest konkurs "Mam talent", w którym na scenę wyjdzie mała dziewczynka i zgarnia nagrodę. Trzeba postawić na osobę, co do której nie będzie wątpliwości, że poradzi sobie na stanowisku. A ja Urbańskiego znałem od dawna - mówi Niedziela, sam rekomendowany do rady przez PiS.

Konkursowy eksperyment

- Z każdego konkursu można zrobić farsę. To tylko procedura, która zakreśla ramy formalne - takie jak wykształcenie, doświadczenie zawodowe kandydatów. Problem tkwi raczej w ludziach, którzy go przeprowadzają - mówi prof. Tomasz Siemiątkowski z SGH, ekspert ds. prawa spółek.

Siemiątkowski blisko dwa lata temu przeprowadził eksperyment razem ze swoimi studentami i zgłaszał swoją kandydaturę do rad nadzorczych kilku spółek, m.in. z sektora paliwowego i energetycznego. - W przypadku Orlenu udało mi się dostać do kolejnego etapu na tzw. krótka listę kandydatów. Nawet jedna z gazet napisała, że jestem czarnym koniem tego wyścigu. Oczywiście odpadłem i w żadnym z kolejnych konkursów nie przeszedłem już nawet wstępnego etapu. Farsa polegała na tym, że jak później analizowaliśmy ze studentami kompetencje zwycięzców konkursów, okazywało się, że wielu z nich miało nieporównywalnie gorsze od moich - mówi Siemiątkowski. Czy jest na to lekarstwo? Jego zdaniem tak - mechanizm kontrolny. Ludzi, którzy dokonują wyboru, należałoby obarczyć obowiązkiem ujawniania pełnych raportów z postępowania, ze szczegółowym opisem rozmów kwalifikacyjnych i odpowiedzi kandydatów. - Ktoś musiałby wtedy wziąć odpowiedzialność za to, dlaczego choć X był lepszy od Y, to wybrano Y, narażając się na ośmieszenie - dodaje Siemiątkowski.

Barbara Sowa

Marcin Graczyk

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.