Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Wojnę Tuska i CBA wygrywają... media

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 12 minut

Obraz afery hazardowej, jaki znamy z mediów, pogłębia katastrofalny brak zaufania społecznego w życiu publicznym i wzmacnia negatywne nastawienie do polityki - pisze Ireneusz Krzemiński

Tydzień temu ten artykuł zapewne by nie powstał: jak wielu ludzi byłem bezradny, chcąc zrozumieć, na czym polega to, co media od początku ochrzciły aferą hazardową. Od samego początku narzucono bardzo prostą definicję sytuacji: oto wykryto aferę lobbingową, a najbardziej wpływowi posłowie PO działali wbrew interesom. To afera taka sama jak afera Rywina!

Określenie to pojawiło się natychmiast i natychmiast wiedziano, że popełniono wielkie przestępstwo. Co prawda rozmowy Zbigniewa Chlebowskiego z właścicielami hazardowego biznesu ujawniały tylko, że koledzy posła naciskali, by załatwił, aby w przygotowywanej ustawie nie znalazł się przepis o wysokich dopłatach do automatów do gry, a poseł wił się i obiecywał, i mówił, że znikąd nie ma pomocy. Czyli afera hazardowa jak afera Rywina... Teraz czekamy, co zrobi pan premier i co się stanie z obrazem PO! Obraz był jednolity, sytuacja zdefiniowana tak jednoznacznie, wydany wyrok, co najmniej moralny, a publiczne wyrażenie wątpliwości wydawało się co najmniej niestosowne, wręcz niemoralne! Ba, nawet takie tuzy w definiowaniu sytuacji jak Jadwiga Staniszkis w pełni "kupiły" ten obraz i tę definicję. W tej chwili zaś analogiczny osąd obowiązuje w kwestii kolejnej afery - tym razem stoczniowej, o której wciąż tak mało jeszcze wiemy.

Jak więc można spojrzeć na aferę hazardową dzisiaj? Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że mamy do czynienia ze starannie przygotowaną akcją polityczną, wymierzoną w rząd oraz osobiście w premiera Tuska, a także w drażniący opozycję pozytywny obraz Platformy. Nawiązanie do afery Rywina, obecne nawet jeszcze przed publikacją tajnych (podobno) materiałów w "Rzeczpospolitej", od dawna jednoznacznie wyrażającej interesy PiS - już może o tym świadczyć. Porównanie z aferą Rywina było bardzo naciągane, ale nie słyszałem w żadnym programie telewizyjnym ani słowa wyjaśnienia, dlaczego ma być albo nie być podobna jedna afera do drugiej.

W przypadku tego, co media ochrzciły aferą hazardową, właściwie nie mamy do czynienia z żadną aferą, bo projekt, jaki w końcu i tak przygotowano dopiero pod obrady Sejmu, na pewno wielomiesięczne, nie zawierał tego, czego w podsłuchanych rozmowach domagali się biznesmeni - kumple posła Chlebowskiego.

Działanie premiera było zaskakujące przez swą niezwykłą stanowczość. I błyskawiczne. Tusk postąpił tak jak nigdy dotąd żaden polski polityk w podobnej sytuacji. A przecież afer było wiele, najwięcej za czasów osławionego pod tym względem rządu Leszka Millera. Działanie było bardzo surowe wobec najbliższych współpracowników, co więcej - zgodne z wypowiedzianymi i tylko mocno sugerowanymi oczekiwaniami. Bo komunikaty o aferze były niezwykle silnie nasycone i emocjami, i ocenami wyrażanymi wprost, a jeszcze mocniej - nie wprost. Mówiąc szczerze, nie przypominam sobie takiej akcji medialnej, którą spokojnie można określić jako medialną nagonkę. Pamiętam jedyny taki przypadek, u samych początków naszej demokracji: akcję dyskredytacji "kandydata znikąd" Stana Tymińskiego w czasie kampanii II tury pierwszych wyborów prezydenckich.

Żądania atakujących PO komentatorów, dziennikarzy i polityków zmierzały w kierunku natychmiastowego "wyświetlenia" afery, chociaż można się domyślać, że wiele do wyjaśniania już nie ma. Gdyby Mariusz Kamiński dysponował materiałami bardziej obciążającymi polityków PO i rząd Tuska, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, że dawno wydrukowałaby je "Rzeczpospolita". Mimo to premier postanowił wobec tak bezprecedensowej medialnej napaści działać racjonalnie. Ale w telewizyjnych komentarzach i podgrzewaniu atmosfery - niewiele się zmieniło.

Piszę jako badacz, socjolog i jako obywatel, bo mnie jako obywatela bardzo zaniepokoiła cała sprawa. W istocie, w słusznej sprawie toczy(ła) się medialna nagonka na posłów i ministrów rządu. Przecież wszyscy chcielibyśmy, aby normy działania były przestrzegane, a każdy, kto ma sprawę do posła czy ministra, powinien jawnie i publicznie móc mówić, o co mu chodzi. Jednak mam wrażenie, że ten wątek, widoczny też w działaniu premiera, w ogóle nie interesuje dziennikarzy i komentatorów. A przecież premier pokazał, że dłużej nie można tak postępować w polityce: ani tak lobbować, ani tak ulegać naciskom.

Wciąż mamy natomiast przed oczami obraz wielkiej afery, który przez przeciętnego Polaka odczytywany jest jako kolejne potwierdzenie złego stereotypu polityki: wiadomo, zawsze ci politycy chcą okraść państwo, czyli nas, i widać, że wszystko jedno, czy tacy, czy owacy, wszyscy tacy sami, czyli źli!

Jestem przekonany, że medialna afera hazardowa ma, być może, swoją dobrą stronę, o której wspomniałem. Ma też jednak swoją stronę negatywną, żeby nie powiedzieć: destrukcyjną dla sfery społeczno-politycznej. Wszystkie znane wyniki badań pokazują od dłuższego czasu katastrofalny brak zaufania w życiu społecznym. Obraz tak zwanej afery hazardowej, który wykreowały media, najwyraźniej pod dyktando CBA, zdecydowanie wzmacnia negatywne nastawienie do polityki i społecznego współdziałania. Służy brakowi zaufania bardziej, niż pracuje na rzecz jego odzyskania przez Polaków.

Dla obywatela, jak i dla badacza płynie z tej wielkiej akcji medialno-politycznej jeszcze jeden rodzaj wniosków. Wiążą się one z zaskakującą siłą ataku, z jaką lobbystyczno-korupcyjną definicję sytuacji prezentują w zasadzie wszystkie media, zwłaszcza telewizje. W ciągu kilku dni stworzono tak silną, moralnie nasyconą aurę, że trudno powiedzieć coś, co odbiega od treści i tonu przekazu dziennikarzy.

Wygląda to na nową jakość naszych mediów, bo - poza wspomnianym przypadkiem akcji przeciw Tymińskiemu - takiej jednolitości i takiej szczelności obrazu świata dotąd nie było. Brak elementu zawieszenia sądu, przynajmniej dopóty, dopóki się nie rozważy racjonalnie wszystkiego, co wiemy, daje obraz niepokojący. Generalnie można się zgodzić, że medialna akcja była w słusznej sprawie, choć rażąco niewspółmierna do tego, co naprawdę się wydarzyło.

Ale skala tej akcji i jej zatrważająca jednostronność - mówiąc szczerze - przeraziła mnie. Mija dwadzieścia lat wolnej Polski. Przez lata PRL marzyliśmy o wolnych mediach, których podstawową zaletą miała być taka informacja i taka debata, która służy racjonalności społecznych i politycznych działań. Ostatni tydzień zachwiał moją wiarą w taką racjonalizującą politykę funkcję mediów.

Być może kryją się też za tym określone interesy i jawny komunikat wobec aktorów sceny politycznej, który określeniu "czwarta władza", przypisywanemu wolnej prasie, radiu i telewizji, nadaje całkiem nowy sens. Tak jakby "czwarta" stawała się "pierwszą" i może to być przestroga zarówno dla rządzących, jak i dla tych, których aktualny interes zdaje się promować ten medialny rejwach.

@RY1@i02/2009/200/i02.2009.200.000.014a.101.jpg@RY2@

Ireneusz Krzemiński

Artur Chmielewski

Ireneusz Krzemiński

socjolog

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.