Walka rządu z CBA
Eksperyment się nie powiódł. Kiedy na początku swoich rządów Donald Tusk ogłosił, że rozmawiał z Mariuszem Kamińskim i pozostawi go na stanowisku, zagończycy z jego partii przepowiadali, że ten pomysł źle się skończy. Bo zasada ma być prosta: ten, kto rządzi, mianuje tego, kto rządzących ma ścigać. Premier nie posłuchał. Kamiński przez dwa lata prowadził CBA, a wszelkie nieporozumienia przez obie strony skrzętnie zamiatane były pod dywan.
Z tym już koniec. Kamiński dostał zarzuty w imieniu właściwie całej PiS-owskiej ekipy, która prowadziła akcję przeciw Lepperowi. Ponad dwa lata po całej sprawie. Ale też w kilka dni po ujawnieniu afery hazardowej.
Czy to znaczy, że zarzuty wobec Kamińskiego są dęte? Niekoniecznie. Ale zbieżność w czasie bije po oczach. Udowadnia, że walka między CBA a rządem toczyła się przez cały czas. Ale najgorsze jest to, że w Polsce nie jest możliwe współistnienie i kompetentne działanie instytucji publicznych, które prowadzą ludzie nominowani przez konkurencyjne partie. A to oznacza brak ciągłości i demokratycznej kontroli. Wrogowie Kamińskiego w PO od początku mieli rację: z pozostawienia Kamińskiego w CBA nic dobrego dla Platformy nie wyniknie.
@RY1@i02/2009/196/i02.2009.196.000.002c.101.jpg@RY2@
Zuzanna Dąbrowska
Zuzanna Dąbrowska
zuzanna.dabrowska@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu