Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Starsza pani chce odpocząć

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Elżbieta Suchocka-Roguska przez 20 lat układała budżety państwa

Lojalna, pracowita i dyskretna. Zawsze w cieniu. O przełożonych nie mówi ani źle, ani dobrze. Niechętnie opowiada o swojej pracy. I nawet teraz, gdy przechodzi na emeryturę, nie próbuje wyrwać się z tego urzędniczego gorsetu. Z Ministerstwem Finansów miała się pożegnać wczoraj, ale powódź sprawiła, że o kilka dni przesunie się moment przejścia na emeryturę wiceminister Elżbiety Suchockiej-Roguskiej. W polskiej polityce to postać wyjątkowa. Zmieniały się rządy, parlamenty, ministrowie, a ona przez 20 lat układała budżety państwa na kolejne lata.

Jej odejście nie wzbudza sensacji, choć wielu twierdzi, że nie da się jej łatwo zastąpić. - Jej znajomość zagadnień budżetowych jest wyjątkowa - mówi "DGP" minister finansów Jacek Rostowski. - To wzór urzędnika państwowego. Pełna sił i energii - dopowiada była szefowa resortu Zyta Gilowska. - Ona po prostu zjadła zęby na budżecie - ocenia szef sejmowej komisji finansów publicznych Paweł Arndt (PO). Sama Suchocka-Roguska takie komplementy kwituje krótko: - Ludzie niezastąpieni mają swoją aleję na Powązkach.

Wiceminister sprawia wrażenie, jakby jej świat składał się z kolumn cyferek. Tabele liczb, dane o dochodach i wydatkach. Mówi o tym jednak bez emocji. Jakby współudział w tworzeniu 20 budżetów państwa nie był niczym nadzwyczajnym. - Jest taki typ ludzi oschłych, którzy mówią zwięźle, konkretnie. Potrafią zawrzeć maksimum informacji w kilku zdaniach. Nie ma dla niej znaczenia, czy rządzi wróbel, kruk czy inny ptak - opisuje ją Wacław Martyniuk (SLD) z komisji finansów publicznych. W ciągu minionych 21 lat Suchocka-Roguska pracowała z 18 ministrami finansów. Na pytanie, z którym z nich współpraca układała się najlepiej, odpowiada krótko: - Powiedziałam, że nie powiem. I po chwili dodaje: - Ze wszystkimi pracowało mi się dobrze.

Zaczynała jako sekretarka po studium stenotypii i języków obcych w 1972 r. Pracując w Komisji Planowania przy Radzie Ministrów, kończyła studia i pięła się po szczeblach kariery. - Czasem się śmieję, że nikt nie jest w stanie mnie zaskoczyć, bo byłam i sekretarką, i głównym specjalistą, i naczelnikiem.

W marcu 1989 r. awansowała na stanowisko wicedyrektora departamentu polityki finansowej i analiz w Ministerstwie Finansów. Szefem rządu był wtedy Mieczysław Rakowski. Jesienią powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, a program reform przygotowywał Leszek Balcerowicz, który wprowadził nowe porządki w ministerstwie. - Wtedy nikt nie roztkliwiał się, czy ktoś śpi, czy nie. Profesor Balcerowicz wymagał, by wszystko było na czas.

Balcerowicz przenosi Suchocką-Roguską do kluczowego w ministerstwie departamentu budżetu państwa. 1 kwietnia 1991 r. zostaje w nim dyrektorem. Według "Polityki" nowa dyrektor niewiele wiedziała o konstruowaniu budżetu. "Tak niewiele, że w pierwszych tygodniach bała się odbierać telefony, by nie skompromitować się niefachową odpowiedzią. Nie dało się jednak długo nie odbierać telefonów w 1991 r. To był czas, jakiego nigdy wcześniej i nigdy później w ministerstwie nie było, czas ręcznego wykonywania budżetu, z powodu braku wpływów w wysokości 20 mld zł. Ręczne wykonywanie w sytuacji kompletnej zapaści finansów publicznych polegało na tym, że był dzienny limit wydatków ustalony na poziomie 20 mln zł i te pieniądze codziennie się dzieliło" - pisał kilka lat temu tygodnik.

Suchocka-Roguska wspomina, że na początku lat 90. budżet realizowany był bez pieniędzy. - Polegało to na tym, że dysponent dostawał swoją pulę wydatków, nosił do NBP przelewy i bank centralny realizował mu to w takiej wysokości, w jakiej dysponent chciał. A po południu dowiadywaliśmy się, jaki jest deficyt. Około godziny 16 był telefon z NBP, dyrektor jednego z departamentów brał karteczkę, zapisywał: dochody tyle, wydatki i deficyt tyle.

Dziś takie rzeczy nie mieszczą się w głowie. Tak samo trudno wyobrazić sobie układanie budżetu bez komputerów. Tymczasem jeszcze gdy Suchocka-Roguska zaczynała pracę w departamencie budżetu, ustawa była przepisywana na hali maszyn na elektrycznych maszynach do pisania. - Tabelki były pisane ręcznie, następnie musiały być sczytane przez co najmniej dwóch pracowników. Jeśli zdarzył się błąd, to trzeba było zamalować go na biało i wszystko przepisać - mówi wiceminister.

Komputery zagościły w gmachu ministerstwa kilka lat później. - Ale nigdy nie można było mieć pewności, w którym momencie komputer się zbuntuje i przypadkiem nie włoży tekstu ze starej wersji. Takie kwiatki też się zdarzały - wspomina Suchocka-Roguska.

Pierwsza próba wydrukowania ustawy budżetowej z komputera zajęła kilka dni. - Zapuściliśmy druk w piątek, wychodząc z pracy, a kiedy przyszliśmy w poniedziałek, budżet cały czas się drukował.

W październiku 1993 r. ministrem finansów został Marek Borowski. Nowy rząd koalicji SLD - PSL miał niewiele czasu na przesłanie do Sejmu gotowego projektu budżetu.- Gdyby nie pomoc pani Suchockiej-Roguskiej, nie dalibyśmy rady. Siedzieliśmy po nocach, nie zwracając uwagi na to, czy jest sobota, niedziela, czy zwykły dzień pracy - wspomina Borowski.

Rekord w długości pracy bez przerwy padł w drugiej połowie lat 90. Wtedy Suchocka-Roguska przepracowała 42 godziny. Termin przekazania projektu budżetu do Sejmu gonił, a trzeba było wprowadzić zmiany zgłoszone podczas posiedzenia rządu. - Dziś nie wyobrażam sobie takiej pracy. Ale wtedy adrenaliny było tyle, że nawet kawy żeśmy wiele nie wypili - wspomina. Zdarzało się też, że wychodziła z pracy o 5 rano, tak by po trzech godzinach znów stawić się w ministerstwie.

Na stanowisko sekretarza stanu mianował ją premier Marek Belka w 2004 r. Zastąpiła Halinę Wasilewską-Trenkner, która przeszła do Rady Polityki Pieniężnej. Wiceministrem finansów pozostała nawet wtedy, gdy rząd utworzyła koalicja PiS - LPR - Samoobrona. - Bardzo dobrze mi się współpracowało z panią minister. Wsłuchiwała się dokładnie w prośby, jakie zgłaszał nowy rząd - mówi Teresa Lubińska, minister finansów w pierwszych miesiącach rządu Kazimierza Marcinkiewicza.

W 2009 r. Suchocka-Roguska dostała nagrodę im. Bączkowskiego, która jest przyznawana osobom, które "rozwiązują ważne problemy społeczne, stanowią wzór służby publicznej". Dyplom wisi na ścianie w domu. - Dla urzędnika to najważniejsza nagroda. Dla mnie szczególnie ważna, bo Andrzeja Bączkowskiego znałam osobiście. Mam dla niego wielki szacunek - mówi wiceminister. Przyznaje, że nigdy nie korciło jej, by zapisać się do jakiejś partii. Nigdy też politycy nie próbowali jej zwerbować. - Mimo swojej apolityczności jest autentycznym liderem. Ma swoje zdanie, które potrafi umiejętnie forsować. To silna osobowość, która jednak potrafiła świetnie pracować w zespole - mówi Lubińska.

I właśnie współpracowników najbardziej będzie brakowało na emeryturze Suchockiej-Roguskiej. - Z niektórymi osobami współpracuję od 1 marca 1989 r. Człowiek się przywiązuje. Stworzyliśmy zgrany zespół, który przeżył wiele trudnych sytuacji.

Było ich wiele. Kiedyś z dyrektor departamentu budżetu państwa Anną Kęczkowską "ciemną nocą" szukały w budżecie 2 mld zł. - Do głowy nam nie przyszło, że w wydruku komputerowym nie zgadza się suma ogółem z sumami cząstkowymi. Dopiero po godzinach spostrzegłyśmy, gdzie jest błąd. Co zrobiłam z departamentem, który przyniósł mi ten wydruk? Nie powiem. Ale nikomu nie było do śmiechu.

Suchocka-Roguska nie rozstaje się zupełnie z pracą. Z kancelarii premiera padła propozycja, by doradzała szefowi rządu. Także Jacek Rostowski chce jeszcze współpracować z wiceminister. - Chętnie udostępnię swoją wiedzę - deklaruje wiceminister.

Z jej decyzji o przejściu na emeryturę najbardziej ucieszył się mąż, który miał dość tak dużej aktywności zawodowej wiceminister. - Muszę intensywnie nad nim popracować, bo mąż wybiera się z kolegą na Kilimandżaro. A wydaje mi się, że to nie jest najlepszy pomysł - mówi Suchocka-Roguska. Dotychczas jej życie prywatne podporządkowane było kalendarzowi prac nad budżetem. - Na narty udawało mi się jeździć, gdy parlament kończył prace nad budżetem. Czasem zdarzało się, że gdy posłowie kończyli głosowanie o godz. 12, wtedy szybko jechałam do domu. Tam rodzina na walizkach czekała już w pełnej gotowości. Wpadałam i wyjeżdżaliśmy - wspomina wiceminister.

Nie planowała wyjazdów za granicę, bo nigdy nie miała pewności, czy w danym terminie będzie mogła wyrwać się z ministerstwa. Wyjeżdżała więc niedaleko - na Mazury. Ale za to - jak się śmieje - pogoda zazwyczaj dopisywała. - Z reguły wszyscy pytali, kiedy w końcu jadę na urlop, bo jak człowiek dobrze popracował, to mu Pan Bóg dał ładną pogodę.

W tym roku jest inaczej. Już zaczęła planować podróż. We wrześniu wybiera się do Toskanii. W to magiczne miejsce zaprowadziła ją książka "Wzgórza Toskanii", którą przeczytała w czasie zimowego urlopu. Ma też nadzieję, że jesienią będzie mieć czas na robienie swoich ulubionych przetworów. Jest specjalistką od gruszek w occie. Dotychczas zajęcie to było sposobem na odreagowanie stresów. - W trudnych sytuacjach bardzo mnie wyciszało. Ale przede wszystkim wiceminister chce nacieszyć się życiem. - Nie jestem wieczna. Jestem już starszą panią i należy mi się troszkę odpoczynku.

Jej odejście z ministerstwa wzbudziło falę politycznych spekulacji. Politycy opozycji podejrzewają, że prawdziwa przyczyna przejścia na emeryturę tkwi w źle układającej się współpracy z szefem resortu.- Jestem zdumiona, że minister Rostowski pozwolił jej odejść. Ja bym na to nigdy nie pozwoliła! Prosiłabym, żeby została - mówi Gilowska. Jej zdaniem nie da się łatwo załatać dziury, jaką spowoduje odejście Suchockiej-Roguskiej. - Ministerstwo Finansów to nie miejsce, gdzie się fedruje węgiel czy kopie ziemniaki. Tu trzeba mieć wiedzę, a Suchocka tę wiedzę ma. Kto pozwala na takie marnotrawstwo?! - dziwi się była wicepremier. Gilowska zna Suchocką-Roguską od 10 lat. Panie są zaprzyjaźnione. - Bywałyśmy u siebie na kolacjach - mówi była wicepremier. Według niej decyzja Suchockiej-Roguskiej świadczy o tym, że coś złego dzieje się w resorcie. - Wbrew deklarowanej konsolidacji finansów publicznych dochodzi do swoistego rozpadu budżetu. To daje pole do wyobrażeń - dodaje.

Spekulacje przecina Suchocka-Roguska. - W moim przejściu na emeryturę nie ma podtekstów. O tym, że będę chciała to zrobić, mówiłam od dawna. Całe życie pracowałam na wysokich obrotach. Kiedyś musiał przyjść moment, w którym będę mieć dość wstawania o 5 rano. Przecież nie można wiecznie pracować po 12 - 14 godzin dziennie. Chcę mieć czas, by pójść na basen, poczytać książki czy wyjechać na urlop. Wtedy, kiedy będę chciała. A nie wtedy, kiedy będę mogła.

@RY1@i02/2010/097/i02.2010.097.000.0015.101.jpg@RY2@

Fot. Marcin Kaliński/Newspix.pl

Elżbieta Suchocka-Roguska

Agnieszka Sopińska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.