Tusk nie przewidział, że stworzy potwora
Premier chciał pokazać, że PO jest demokratyczną partią. Wszystko popsuł Palikot
Prawybory na kandydata Platformy Obywatelskiej w wyborach prezydenckich miały być manifestacją partyjnej jedności i festiwalem wewnętrznej demokracji. Tak to wymarzył sobie Donald Tusk. Nie przewidział jednak, że scenariusz wymknie się spod kontroli. Że nieprzewidywalny Janusz Palikot, atakując na blogu Radosława Sikorskiego, sprawi, że pokaz jedności przerodzi się w bratobójczą walkę.
Środa wieczór. Komisja prawyborcza PO pod przewodnictwem prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz rekomenduje zarządowi partii ukaranie Palikota. Kilka godzin później grupa polityków tej partii spotyka kontrowersyjnego kolegę. - Co, Janusz, znowu narozrabiałeś - śmieje się jeden z posłów. - To, co chciałem osiągnąć, osiągnąłem. A teraz mogę już siedzieć cicho - odpowiada szef lubelskiej Platformy. I wczoraj sam zadeklarował, że do końca prawyborów nie będzie się wypowiadał na ich temat.
Cel, jaki Palikot miał osiągnąć, wydaje się jasny i całkowicie sprzeczny z tym, co chciał osiągnąć Tusk, organizując prawybory. Przypinając Sikorskiemu łatkę człowieka PiS, jasno daje do zrozumienia, że w Platformie nie ma jedności. Że są "my", jak Palikot czy Bronisław Komorowski, i "oni", czyli ci, którzy przyszli do partii, gdy była już niemal pewna objęcia władzy. A skąd ten atak?
Gdy na początku lutego Platforma zdecydowała się na wewnętrzne prawybory, wszystkim wydawało się, że choć kandydatów jest dwóch, faktycznie tym namaszczonym jest tylko Komorowski. Sam Tusk zachowywał dystans, ale marszałka Sejmu wyraźnie wsparły takie autorytety dla PO jak Władysław Bartoszewski czy Lech Wałęsa. Politycy PO nieoficjalnie sugerowali, że Sikorski jest wystawiony tylko na pokaz, żeby zachować pozory demokracji i dlatego, że rządzi w sondażach. Ale od ponad tygodnia nastroje się zmieniły. Ci sami politycy dzisiaj sugerują, że to raczej Sikorski jest faworytem premiera. Gdy w kilku kołach Platformy mocno opowiadających się za marszałkiem zorganizowano wewnętrzne tajne sondaże, niespodziewanie okazało się, że szanse obu kandydatów są bardzo wyrównane.
Największym zaskoczeniem była informacja o wyniku takiego sondażu przeprowadzonego na ubiegłotygodniowym spotkaniu największego koła w Gdańsku. Jego członkami są między innymi prezydent Gdańska Paweł Adamowicz czy posłowie Rybiccy - Sławomir i Arkadiusz. Wszyscy otwarcie popierający Komorowskiego. Liczyli na potwierdzenie dominacji ich kandydata. Ale okazało się, że o żadnej dominacji nie może być mowy. Komorowski co prawda wygrywa sondaż, ale ma zaledwie kilka głosów więcej od Sikorskiego. Historia przekazywana z ust do ust zaczyna krążyć po Polsce. Wtedy Palikot, uważany za nieformalnego szefa kampanii Komorowskiego, ruszył do ataku na Sikorskiego. Specjaliści od marketingu politycznego nie od dziś uważają, że Palikot wsparty swoimi doradcami od PR potrafi wygrywać zaplanowane przez siebie bitwy. Wie, że jeden mocny cios zapewni mu cytowanie w mediach. A dzięki temu ze swoim przesłaniem trafi do wszystkich. Także członków Platformy, którzy zaraz będą wybierać kandydata partii na prezydenta. Przesłanie było proste: "Nie głosujcie na Radka - on nie jest nasz". Jest przekonany, że teraz, nawet ukarany zakazem wypowiadania się, może spokojnie czekać na koniec prawyborów. A jeśli wygra Komorowski, będzie wiedział, komu to zawdzięcza.
@RY1@i02/2010/045/i02.2010.045.000.002a.001.jpg@RY2@
Fot. Rafał Milach/Newsweek/Forum
Donald Tusk ma teraz problem, jak załagodzić konflikt i nie wyrzucić Janusza Palikota z partii
Marcin Graczyk
marcin.graczyk@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu