Nie chcę Senatu maszyny
Odszedłem z klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości, żeby pokazać, do jakich skutków może doprowadzić powszechna w polskiej polityce dominacja interesu partii nad poglądami jednostki - mówi Zbigniew Romaszewski
To jednak trochę inaczej. Wiersz nie mówi o karzącej, lecz o mocarnej ręce partii. Cytowałem go, żeby unaocznić, do jak dramatycznych skutków może doprowadzić powszechna w polskiej polityce dominacja interesu partii nad poglądami jednostki. Skoro pamiętam wiersz do tej pory, to może to wyjaśniać moje uczulenie na sytuację, w której wola partii dominuje samodzielne poglądy jej członków. A poza tym nie przesadzajmy, ciągle mamy demokratyczne państwo. Dysydent na stanowisku wicemarszałka Senatu? Chyba aż tak źle nie jest. Mam po prostu określone poglądy - i z tymi poglądami ludzie wybrali mnie do Senatu już siedem razy. Więc chyba moje poglądy i postawę akceptują.
Rzeczywiście - z list PiS startowałem tylko w ostatnich i przedostatnich wyborach. Kiedyś miałem zresztą zamiar tworzyć własną partię. Nie wiem, czy ktoś to jeszcze pamięta...
Nazywała się Suwerenność, Praca, Sprawiedliwość. A żeby było śmieszniej, byli w niej ze mną Janek Rulewski i Stefan Niesiołowski. Zaś do całej tej zabawy namawiał mnie Rysiek Bugaj, który zresztą ostatecznie do tej partii nie wszedł.
Bo wiem, jakie trudności stwarza budowanie partii, i stąd mój szacunek dla Jarosława Kaczyńskiego, któremu to się udało. Prawda jest też taka, że moje poglądy są naprawdę mocno zbliżone do programu PiS, więc jak dotąd nie miałem dużego dyskomfortu, funkcjonując w ramach partii Kaczyńskich. Konflikt dotyczy w istocie platformy politycznej partii, która, nadmiernie zawężona, nie może mnie pomieścić.
Może o tyle, że zdecydowanie nie jestem zwolennikiem zamieniania demokracji w partokrację.
Pan właśnie wymienił prawie wszystkie problemy PiS. A ja mogę panu odpowiedzieć, wymieniając Macieja Płażyńskiego, Andrzeja Olechowskiego, Zytę Gilowską czy Jana Rokitę. To nie jest tylko kłopot PiS, ale generalna cecha uprawiania polityki w Polsce. Dlatego moje wystąpienie z klubu PiS miało na celu również zasygnalizowanie sprzeciwu wobec takich praktyk w innych partiach. I wypowiedzenie się w imieniu 560 polskich parlamentarzystów, którzy w zasadzie są pozbawieni możliwości wyrażania własnego zdania. Zamiast tego wypowiadają tylko poglądy partyjne. Przez to systematycznie spada prestiż senatorów, posłów i w ogóle polskiego parlamentaryzmu.
Z całą pewnością. Jestem przecież w tym parlamencie od pierwszej kadencji. I przyznam, że już naprawdę dawno nie słyszałem na Wiejskiej żadnej interesującej, pogłębionej, merytorycznej dyskusji. A to właśnie stanowiło walor polskiego Sejmu i Senatu w pierwszych latach demokracji. Tylko że zaczęło to zanikać na rzecz manifestowania jedności politycznej ugrupowań. Efekt jest taki, że zamiast wyrażania własnych poglądów i refleksji, mamy partyjną przepychankę. Ze strony rządu przychodzą kolejne projekty ustaw, koalicja natychmiast je popiera, a opozycja... Cóż, jeśli w Senacie PiS zgłasza jakąkolwiek merytoryczną, nie stricte formalną, poprawkę do ustawy, to jest ona automatycznie odrzucana. Nie jestem pewien, czy da się wyliczyć choć dziesięć poprawek PiS, które zostały w tej kadencji przyjęte przez Senat. Kiedy w parlamencie współpraca różnych ugrupowań na rzecz państwa zostaje zastąpiona bezwzględną walką o władzę, autorytet władzy ustawodawczej upada. Taka polityka przestaje interesować tych, którzy we władzy nie będą partycypować, a więc resztę narodu.
Nie jestem aż tak radykalny jak Donald Tusk, który był wicemarszałkiem Senatu przez całą kadencję, a jednocześnie powtarzał, że Senat nic nie robi. Ja w tym samym czasie byłem zapracowany. Mówiąc poważnie, ciągle wierzę, że uda się znaleźć dla Senatu miejsce izby rzeczywistej refleksji ponadpartyjnej, stanowiącej pewne antidotum na niezbędne upartyjnienie Sejmu.
Muszę zwrócić pańską uwagę na ogromną różnicę między opuszczeniem klubu a rezygnacją z funkcji wicemarszałka. Opuszczenie klubu oznacza różnicę zdań z partią. Natomiast nigdzie nie jest napisane, że to partie obsadzają stanowiska marszałków i wicemarszałków Sejmu czy Senatu. To byłby przykład totalnych, partyjnych roszczeń, gdyby rezygnacja z przynależności do klubu miała również oznaczać rezygnację z funkcji parlamentarnej.
Ale to przecież właśnie wizja funkcjonowania partii w polskiej polityce - i w polskim parlamencie - jest tym, co poróżniło mnie z PiS. Ten ogólny trend, z którym nie zgadzałem się od dawna, wyszedł na światło dzienne w dość banalnej sytuacji.
To jest naprawdę trudne do wytłumaczenia. Zacznijmy od tego, że sprawa Piesiewicza ma dwa wymiary. Pierwszy z nich rozgrywa się na płaszczyźnie powszechnie znanego skandalu obyczajowego. Drugi ma charakter prawno-karny. W tym wymiarze prokuratura zamierzała przedstawić Piesiewiczowi zarzut posiadania, nakłaniania do zażywania i udzielania narkotyków. I tego właśnie dotyczyło głosowanie nad immunitetem. Ten aspekt sprawy nie jest znany opinii publicznej. A sprawa wygląda od tej strony dramatycznie. Cały wniosek o uchylenie immunitetu oparty jest tylko i wyłącznie na zeznaniach szantażystów. To raz. A dwa - Senat w ogóle nie został poinformowany o całym tle szantażowym tej sprawy. Wszystko to stwarzało jednoznaczne warunki do podjęcia przez Senat decyzji o nieuchylaniu immunitetu Piesiewiczowi. To rzadki przykład sytuacji, w której działanie wymiaru sprawiedliwości podlega bezpośredniej kontroli parlamentu. Problem w klubie PiS polegał zaś na tym, że sprawa skandalu obyczajowego przysłoniła całkowicie podstawowy problem, którym miał zajmować się Senat. Nie usiłowano podważyć mojego stanowiska, nie próbowano również przedstawić merytorycznego uzasadnienia stanowiska klubu. Zapadła decyzja. Podobnie jak w wypadku orzeczenia kary, moja obecność nie była konieczna. Zresztą kary zawieszenia regulamin klubu nie przewiduje. Jest więc w tym działaniu jakaś nonszalancja.
W pełni się z tym zgadzam. Nigdy nie zamierzałem robić Jarosławowi Kaczyńskiemu przemeblowania w jego własnym domu.
Nie wiem. Nie uczestniczyłem w tym.
@RY1@i02/2010/033/i02.2010.033.000.012a.001.jpg@RY2@
Fot Jacek Marczewski
Zbigniew Romaszewski, wicemarszałek Senatu
, wicemarszałek Senatu
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu