Jeśli nie PO, to kto?
W przypadku gospodarki partie opozycyjne mają do zaproponowania albo groźną demagogię, albo milczenie. Choć do wyborów kilka miesięcy, nie wiadomo, czego możemy się po nich tak naprawdę spodziewać
Sporo tego: OFE, deficyt, cięcia wydatków publicznych, podniesiony VAT, leżące odłogiem reformy mundurówek, KRUS, wieku emerytalnego, w zasadzie nieruszona kwestia likwidacji biurokratycznych barier dla biznesu, służba zdrowia. Ze spraw starszych: zapowiedź wprowadzenia euro, która ograniczyła się wyłącznie do paru zgrabnych słów. Sukcesy? Na pewno ograniczenie praw do wcześniejszych emerytur i być może reforma armii.
Wykaz to niepełny, zwłaszcza po stronie minusów. Grzechów Platformy Obywatelskiej nagromadziło się w ostatnich latach sporo. I wiele jest powodów do rozczarowań, krytyki, a lista sukcesów krótka, oj, krótka. Czasem nawet trudno zrozumieć, jak nasza gospodarka się kręci i dlaczego finansów publicznych już dawno nie trafił szlag. Międzynarodowe agencje ratingowe powinny na wyścigi obniżać ocenę Polski, a tymczasem niewiele się w tym względzie dzieje, oprócz delikatnych zastrzeżeń pod adresem polityki rządu. Cóż, świat znowu nas nie rozumie, my wiemy, jak jest źle, a Londyn czy Nowy Jork niespecjalnie potrafi na to zareagować.
Mówiąc jednak bardziej poważnie, o czymś to świadczy. Polska gospodarka działa całkiem nieźle, a finanse publiczne są w sytuacji trudnej, lecz nie dramatycznej. Jeszcze niedawno, gdy premier Tusk i minister Rostowski chwalili się polską zieloną wyspą na tle hamujących gospodarek Europy, komentatorzy nie szczędzili uwag, że to żadna ich zasługa, a preferowaną taktyką rządu jest jazda na gapę. Czyli, mówiąc w skrócie, wykorzystywanie wcześniejszego rozpędu polskiej gospodarki oraz liczenie na to, że część profitów z obcych programów pomocowych, zwłaszcza niemieckich, skapnie i do nas. A poza tym - nicnierobienie, bezradne spojrzenie na to, jak i my tracimy rozmach oraz z własnej woli skazujemy się na powolne więdnięcie.
Czas pokazał, że do niczego takiego nie doszło. Warto pamiętać, że owa jazda na gapę została zastosowana w momencie eskalacji jednego z najpoważniejszych kryzysów w historii nowoczesnego świata - gdy zaczął się rozprzestrzeniać z sektora bankowego na realną gospodarkę i finanse publiczne. Cały świat zastanawiał się, co robić, i znalazł w gruncie rzeczy tylko jedną receptę: dosypywać pieniędzy. Specjalnego skutku to nie przyniosło, zwłaszcza w wydaniu amerykańskim, za to zaowocowało gigantycznym przyrostem długu. Warto sobie natomiast przypomnieć, jak bardzo opozycja i prezydent Kaczyński naciskali na wpompowanie publicznych pieniędzy do gospodarki, na przykład poprzez zmniejszenie VAT. Tusk z Rostowskim się nie ugięli, nie rozwalili budżetu i nie wykonali żadnych populistycznych ruchów. Co więcej, zrobili kilka innych przytomnych rzeczy, jak na przykład ustabilizowanie naszej waluty.
Wydaje się, że od tych czasów - a przecież to zaledwie dwadzieścia parę miesięcy - minęły wieki. Ten sam rząd obrywa dzisiaj bez litości za OFE czy brak reform. Pamięć wyborców i publicystów jest dosyć krótka, warto zatem zadać pytanie: które doświadczenie jest ważniejsze - to kryzysowe czy to dzisiejsze, kiedy, jak się wydaje, gabinet Donalda Tuska niespecjalnie jest w stanie poradzić sobie z podstawowymi wyzwaniami.
Odpowiedź narzuca się sama, choć z użyciem wyświechtanego określenia: przejście suchą stopą przez kryzys. Można zarzucać rządowi, że nic nie robił, gdyż nie wiedział, co zrobić, a jeszcze wmawiał ludziom ustami ministra finansów, iż kryzys nas się nie będzie imał. Tyle że słowa Jacka Rostowskiego dotyczyły kryzysu finansowego i okazały się prawdziwe. Natomiast taktyka jazdy na gapę była odważna, choć brzmi to jak rozbudowany paradoks. Ale naprawdę nie było wówczas nic łatwiejszego niż szastanie pieniędzmi. Istniał przecież znakomity pretekst: zapaść gospodarcza i to, że tak działali inni. Miłość wyborców była zapewniona. A o skutki niech się martwi ktoś inny, po latach. Niech mają zgryz, jak wyjść z tych długów.
Owszem, mimo że wtedy nie narozdawał pieniędzy, rząd Tuska ma dzisiaj i tak problem z redukcją długów. Tylko że sytuacja się zmieniła. Nie jest tak napięta jak te dwa lata temu, kiedy błędne decyzje mogły zaowocować nagłym i ostrym kryzysem finansów publicznych, ucieczką chętnych na nasze obligacje i katastrofą złotego. Tusk i jego ekipa zachowali się w sposób przekonujący dla świata. W dużej mierze zachowują się w ten sposób również teraz. Warto zauważyć, że - poza kilkoma drobnymi wyjątkami - rządowi Tuska zależy na stabilizacji publicznej kasy. Idzie to ślamazarnie, wspomagane dodatkowo nieudolnym PR, ale we właściwą stronę. Nawet w sprawie tych nieszczęsnych OFE, choć trudno przełknąć rządową wersję rozwiązania problemu, ekonomiści są zgodni, że system wymagał zmian. W obecnym kształcie mógł być nie do udźwignięcia dla finansów państwa. Blisko cztery lata rządzenia przez Platformę pokazały zatem, czego można się po niej spodziewać. W czasie ostrych perturbacji - całkiem skutecznej taktyki. Kiedy jest spokojniej - rozmemłania i działania w żółwim tempie. To mało sexy i może być nośnikiem rozczarowania wyborców, ale nie stanowi fundamentalnego zagrożenia. Mniej więcej wiadomo, co zrobi Platforma, można też obstawiać, czego nie zrobi.
Gorzej z opozycją. Tutaj, co może zastanawiać, na parę miesięcy przed wyborami w kwestiach gospodarczych wiadomo niewiele. Czołowe partie opozycyjne nie obnoszą się ze swoimi pomysłami. No chyba że za zarys programu Prawa i Sprawiedliwości uznać wpis na blogu Jarosława Kaczyńskiego. Oprócz promocji, jaką prezes PiS robi kilku firmom, co już samo w sobie jest niesłychane, zawiera on właściwie jeden postulat: wpompujmy do gospodarki jak najwięcej państwowych pieniędzy, a do systemu finansowego "maksymalną kwotę oszczędności Polaków". Brzmi nie tylko enigmatycznie, ale też groźnie, skoro politycy zaczynają się troszczyć o to, gdzie trafią oszczędności obywateli. W dodatku w obliczu tych postulatów na stabilności finansów publicznych można postawić krzyżyk i zatęsknić tylko do nieporadności PO. Może zamiast takich groźnych pomruków lepsza jest taktyka SLD, który na poważnie nie deklaruje niczego, gdyż ponoć swój program gospodarczy dopiero tworzy. Żeby tylko zdążył przed wyborami. W przypadku opozycji aktualne jest jednak nie tylko "co", ale też "kto". Którzy politycy będą odpowiadali za gospodarkę? Jakie jest zaplecze eksperckie? Takie znaki zapytania można by mnożyć.
Jednymi z bardziej skompromitowanych w ostatnich tygodniach słów jest zawołanie wywodzące się ponoć z kręgów platformerskich polityków: "Jeżeli nie my, to kto". Problem w tym, że jest ono prawdziwe. W przypadku gospodarki partie opozycyjne mają do zaproponowania albo groźną demagogię, albo milczenie. Nie wiadomo, czego po nich się tak naprawdę spodziewać, zarówno teraz, jak i w sytuacji gdyby - odpukać - wróciły czasy gorsze. Doświadczenie PO, która całkiem nieźle poradziła sobie z kryzysem, jest mimo wszystko bardziej przekonujące.
@RY1@i02/2011/039/i02.2011.039.186.0016.001.jpg@RY2@
Fot. Artur Chmielewski
Gdy premier Tusk i minister Rostowski chwalili się polską zieloną wyspą na tle hamujących gospodarek Europy, pojawiały się zarzuty, że to żadna ich zasługa, a taktyką rządu jest jazda na gapę. Okazało się, że była najlepszym wyjściem
@RY1@i02/2011/039/i02.2011.039.186.0016.002.jpg@RY2@
Marcin Piasecki
Marcin Piasecki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu