Ekspresowo do zatracenia
W poniedziałkowym Dzienniku Gazecie Prawnej opisaliśmy niewielkie miasta i gminy, o których nikt by nawet nie usłyszał, gdyby nie to, że obok nich powstała nowiuteńka autostrada. Włodarze takich miejscowości jak Stryków pieją z zachwytu, jak to ich gmina odżyła tylko dzięki świetnej lokalizacji. Napływają inwestorzy, bezrobocie maleje, lokalne budżety puchną.
Ale na drugim biegunie są te jednostki, które są wręcz przerażone perspektywą prezentu od rządu w postaci obwodnicy czy drogi ekspresowej. Strach wydaje się początkowo irracjonalny - przecież nowa droga pozwoli odciążyć ruch lokalny, a mieszkańcy w końcu będą mogli przechodzić po pasach bez konieczności odmawiania różańca za każdym razem.
Tak by było, gdyby nie przepisy. To one tak naprawdę budzą postrach samorządów. Źródło zła wszelkiego odnajdujemy w art. 10 ust. 5 ustawy z 21 marca 1985 r. o drogach publicznych (t.j. Dz.U. z 2007 r. nr 19, poz. 115 z późn. zm.): "Odcinek drogi zastąpiony nowo wybudowanym odcinkiem drogi z chwilą oddania go do użytkowania zostaje pozbawiony dotychczasowej kategorii i zaliczony do kategorii drogi gminnej".
Mówiąc prościej - jeśli Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad obok drogi krajowej postawi nową ekspresową, ta pierwsza zostaje zdegradowana do kategorii drogi lokalnej i przechodzi pod władanie gmin, przez które przebiega. Od tej pory samorządy muszą płacić za jej remontowanie, oświetlenie czy odśnieżanie.
Zaczyna się łańcuszek nieszczęść i lamentów. Gmina narzeka, że nie ma pieniędzy, by drogę utrzymywać. Droga niszczeje, a kierowcy zachodzą w głowę, kto ją doprowadził do takiego stanu. Potem w publikacjach Eurostatu kolejny raz czytamy, że Polska znalazła się w czołówce krajów europejskich z największą ilością wypadków śmiertelnych na drogach...
Fakt, że duże miasta z takim zadaniem jakoś sobie poradzą. Ale co ma np. powiedzieć niewielka gmina Otyń, która po wybudowaniu obwodnicy miasta Nowa Sól przejęła zgodnie z ustawą na swoje barki 6 km drogi krajowej? Utrzymanie odcinka kosztuje ją 150 tys. zł rocznie, a do tego dochodzi konieczność wymiany nawierzchni wyceniana na 6 mln zł.
Nikt w Sejmie nie ma wątpliwości, że głupie regulacje wymagają zmian. Platforma Obywatelska jeszcze w styczniu chce wprowadzić w życie mechanizm, zgodnie z którym szosy nadal będą przechodzić na barki samorządów, ale wszystkich - nie tylko gmin. Chodzi np. o to, by zdegradowaną (w sensie kategorii, choć często i jakości) drogę wojewódzką przejął samorząd województwa, a nie bogu ducha winna gmina z rocznym budżetem poniżej 10 mln zł. Rozwiązanie dalekie od doskonałości, choć lepsze od obecnego. Nie chce się tylko wierzyć, że w Sejmie panuje zgoda, by zmiany mogły wejść w życie za niespełna miesiąc. Posłowie PiS najchętniej wykreśliliby sporny art. 10 ust. 5 ustawy i pozostawili kwestię przejęcia indywidualnym ustaleniom GDDKiA i samorządu. To rozwiązanie czysto utopijne. Który z lokalnych włodarzy byłby na tyle nieodpowiedzialny, by z własnej inicjatywy płacić za nie do końca swoją drogę? Widzimy przecież, w jaki sposób gminy w całym kraju dogadują się z Generalną Dyrekcją w kwestii oświetlenia dróg - coraz częściej robią to w sądach. Poza tym dlaczego robić ma to niewielka gmina, skoro drogi nie chce nawet GDDKiA? Samorządy jawnie oskarżają ją, że ta na długo przed oddaniem drogi przestaje w nią inwestować. A przecież przykład idzie z góry.
Stare porzekadło sprowadza całą sprawę do prostej alternatywy "zgoda buduje, a niezgoda rujnuje". Szkoda, że tworząc szczegółowe regulacje prawne, często zapomina się o tak podstawowych sprawach.
Chodzi o to, by zdegradowaną drogę wojewódzką przejął samorząd województwa, a nie gmina z rocznym budżetem poniżej 10 mln zł
@RY1@i02/2012/236/i02.2012.236.08800020b.802.jpg@RY2@
Tomasz Żółciak
Tomasz Żółciak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu