Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Nieodgadniona polityka rządu

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

W swoim sejmowym wystąpieniu premier przekonał niewielu słuchaczy, że jego rząd wypracował adekwatną do sytuacji i sprawiedliwą politykę. Trudno się dziwić. Tusk podjął próbę zaproponowania takiego programu działań, który nie naruszyłby jakichkolwiek interesów jego i PSL-u politycznego elektoratu. Właściwie wykluczył ograniczenie jakichkolwiek nawarstwionych przez lata przywilejów podatkowych i ubezpieczeniowych zamożnych grup. Najzamożniejsi samozatrudnieni nadal będą płacić podatek według niskiej stawki liniowej, a ich składka ubezpieczeniowa liczona będzie od podstawy 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia, nawet gdy ich dochody będą od średniego wynagrodzenia dowolnie wyższe. Otwarta pozostanie droga do zmuszania pracowników, by przyjmowali pracę bez ubezpieczenia. Unijne dotacje dla rolników nie będą opodatkowane: ani grosza podatków nie zapłacą nawet posiadacze największych gospodarstw otrzymujący dotacje np. w kwocie 200 tys. zł.

Ale coś premier musiał zaproponować. Względnie jasna, ale moim zdaniem niefortunna jest tylko jedna kwestia: wydłużenie płatnych urlopów na wychowanie dzieci. Ma to być kluczowy instrument polityki skierowanej przeciw demograficznej zapaści.

Nie neguję, że stworzenie materialnych warunków, by rodzice mogli poświęcić czas na wychowanie dzieci, jest celowe. Ale to działanie dotyczy tylko przypadków, gdy kobieta pracuje zawodowo. Nie może z tego dobrodziejstwa, jeśli dobrze rozumiem, korzystać rodzic, który jest pozbawiony pracy. Jednocześnie można jednak podejrzewać, że obciążenie budżetu z tego tytułu będzie bardzo wysokie. Trzeba się chyba obawiać zwykłej manipulacji. Czyż na przykład można wykluczyć takie manipulowanie wysokością płacy, by była ona wysoka w odpowiednim momencie przed skorzystaniem z urlopu, a "kompensacyjnie" obniżona wcześniej? Myślę, że rozsądniej byłoby wypłacać jednej osobie (matce lub ojcu) swego rodzaju państwowe stypendium (w równej kwocie np. w wysokości minimalnego wynagrodzenia) niezależnie od tego, czy ta osoba w momencie urodzenia dziecka pracowała zawodowo, czy nie. Trudno powiedzieć, czy byłoby to bardziej kosztowne, ale na pewno bardziej skuteczne.

Najwięcej czasu premier poświęcił polityce wspierania inwestycji. Niestety, projekt ten wydaje się tyleż skomplikowany, co mętny. Jeśli go dobrze zrozumiałem (a nie ja jeden mam wątpliwości z interpretacją), to jego sedno polega na sprzyjaniu gromadzeniu środków na inwestycje. Rząd zamierza też chyba koordynować inwestycje infrastrukturalne przedsiębiorstw.

Prawdopodobnie chodzi o to, by inwestycje w szerszym zakresie były realizowane ze środków publicznych uzyskanych z pożyczek, ale tak zakamuflowanych, by można uniknąć formalnego wzrostu deficytu sektora rządowego. Podkreślono jednak zdecydowanie, że inwestycje muszą być opłacalne. Ale przecież problem w Polsce nie polega na braku środków na inwestycje postrzegane przez podmioty gospodarcze jako opłacalne. Przedsiębiorstwa oceniają, że wobec zagrożenia stagnacją wzrostu niewielkie są możliwości zrealizowania inwestycji, które okażą się odpowiednio zyskowne. Chodzi więc o to, by wygenerować środki właśnie na inwestycje niepodlegające kryterium rynkowej zyskowności: drogi, koleje, obiekty hydrotechniczne, szkoły, obiekty naukowe. W minionych kilku latach wzrost gospodarki był podtrzymywany właśnie przez zmasowane przedsięwzięcia tego rodzaju. Premier użył wielu słów, podał wiele kwot, ale nie wiemy, czy rząd spodziewa się, że jego skomplikowane finansowe wehikuły pozwolą w najbliższych latach utrzymać poziom inwestycji publicznych na zbliżonym poziomie.

To mataczenie bierze się pewnie stąd, że Donald Tusk nie chce powiedzieć, czy jego rząd decyduje się preferować politykę wspierania wzrostu, czy politykę szybkiej redukcji deficytu (i obniżenia długu). Jeżeli wybiera pierwszy wariant, to powinien jasno zadeklarować, że rewidowany jest zamiar szybkiego zredukowania deficytu poniżej 3 proc. PKB. Jeżeli drugi wariant, to powiedzieć trzeba jasno, że nierealne jest uzyskanie tempa wzrostu powyżej 2 proc. rocznie.

Rząd udaje, że można mieć ciastko i zjeść ciastko. To niebezpieczna zabawa kalkulatorem. Jeżeli rzeczywiście nastąpiłaby szybka redukcja deficytu i równocześnie z Europy przyszedłby nowy silny szok popytowy, to bardzo trudno byłoby w Polsce uniknąć recesji. Następstwa, nie tylko ekonomiczne, byłyby pewnie dramatyczne. Trzeba zdecydować się na politykę wspierania popytu, a deficyt można redukować dodatkowymi dochodami od tych, którzy od lat skutecznie unikają obciążeń. To wymaga odważnych decyzji politycznych.

@RY1@i02/2012/203/i02.2012.203.00000040a.802.jpg@RY2@

Ryszard Bugaj, ekonomista, profesor PAN

Ryszard Bugaj

ekonomista, profesor PAN

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.