1000 roboczolat
Infoafery nie są wykwitem ostatnich lat. Na przełomie wieków Polska żyła informatyzacją ZUS przez Prokom
Zamieszanie towarzyszyło umowie ZUS - Prokom od chwili jej podpisania. Prezes zakładu Anna Bańkowska, polityk SLD, złożyła parafę na kontrakcie z firmą Ryszarda Krauzego w październiku 1997 r., choć wiadomo było, że jej partia straci władzę na rzecz AWS-UW. A był to największy jak do tamtej pory projekt informatyczny realizowany w Polsce - opiewał na 750 mln zł, nie licząc sprzętu i opłat za eksploatację.
Nowa ekipa nie wiedziała, co zrobić z prezentem od Bańkowskiej. Plany reformy emerytalnej nie były jeszcze dopracowane, a niezależne ekspertyzy wskazywały, że umowa jest niekorzystna dla ZUS, a zadanie przerośnie Prokom - pracochłonność całego przedsięwzięcia szacowano na ponad "1000 roboczolat". Ze wszystkim Prokom - firma ani wielka, ani specjalnie doświadczona - miał zdążyć do połowy 1999 r.
Rozważano nawet zerwanie kontraktu, ale okazało się, że kosztowałoby to zbyt wiele. Na dodatek, na swoje nieszczęście, rząd Jerzego Buzka mianował na nowego szefa zakładu w kluczowym momencie wprowadzania reformy emerytalnej Stanisława Alota, działacza Solidarności, którego doświadczenie ograniczało się do zasiadania przez dwa lata w radzie nadzorczej zakładu. Ten w kwietniu 1998 r. podpisał aneks do umowy, w którym zmieniał m.in. zasady organizacji systemu i przewidywał przyspieszenie realizacji projektu, tak by mógł on wystartować 1 stycznia 1999 r. Co gorsza, w tym momencie nadal nie były gotowe akty legislacyjne definiujące szczegóły nowego systemu emerytalnego. A, jak zwracali wówczas uwagę eksperci z Politechniki Poznańskiej oceniający projekt: "Informatyzować można coś, co istnieje".
Reforma emerytalna została wprowadzona i od razu zaczęły się problemy w ZUS. Zinformatyzowany zakład nie był w stanie zweryfikować, kto unika wpłat, dziura w jego budżecie rosła i musiano ją łatać pożyczkami bankowymi. Składki zamiast trafiać do funduszy emerytalnych, leżały na nieoprocentowanym koncie w NBP, czekając, aż ZUS upora się ze sprawdzeniem dokumentów. Zdarzały się nawet opóźnienia w wypłatach emerytur. W połowie 1999 r. ZUS znalazł się pod zmasowanym ostrzałem, a najgłośniej krytykowała oczywiście była prezes Anna Bańkowska, wówczas posłanka SLD. Alot twierdził wprawdzie, że wszystko idzie prawie dobrze, ale nikt mu już nie wierzył i we wrześniu 1999 r. zastąpił go na stanowisku Lesław Gajek. Niemal natychmiast poinformował, że wraca do starego systemu liczenia składek, bo "system informatyczny nie funkcjonuje w docelowej postaci".
Jednocześnie zastanawiano się, kto właściwie jest winien - rząd, który nie zdążył z przygotowaniem aktów prawnych, sam ZUS czy może dostawca systemu, firma Prokom? Odpowiedzi nie ułatwiało to, że NIK wstrzymywał się z ogłoszeniem raportu z kontroli wszczętej w zakładzie wiosną 1998 r. "Gazeta Wyborcza" oskarżała, że opóźnienie wynikało stąd, iż związani z SLD członkowie kierownictwa izby blokowali upublicznienie dokumentu, w myśl którego za błędy odpowiadał nie tylko Alot, ale także Bańkowska. W odpowiedzi ówczesny prezes NIK Janusz Wojciechowski z PSL zorganizował pierwsze w 80-letniej historii izby posiedzenie kolegium z udziałem dziennikarzy i - co także było wydarzeniem bez precedensu - ujawnił roboczy raport z kontroli. Wytykano w nim, że projekt w formie podpisanej przez Bańkowską był nie do zrealizowania, a Alot swoim aneksem tak zmienił umowę, że de facto powinien zostać rozpisany nowy przetarg.
Dodatkowo, w tym samym czasie, "Rzeczpospolita" ujawniła, że przy podpisywaniu aneksu przez Alota kluczową rolę odgrywał Jan P., "lobbysta z kryminalną przeszłością": fałszywy adwokat dwukrotnie aresztowany pod zarzutem oszustwa, którego prokuratura podejrzewała też o wyłudzenie na szkodę Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych kilkuset tysięcy złotych. Jak pisała gazeta, choć należąca do niego kancelaria Interlex sporządzała opinie dla strony rządowej, lobbysta w rzeczywistości był bliskim współpracownikiem prezesa Prokomu Ryszarda Krauzego. Krauze potrafił bowiem równie dobrze robić biznesy z przedstawicielami prawej, jak i lewej strony sceny politycznej.
Kontraktem ZUS - Prokom zainteresowała się też prokuratura, która we wrześniu 2000 r. wszczęła śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków przez Bańkowską i Alota. Zarzuty postawiono ostatecznie trzem osobom: Alotowi, jednemu z wiceprezesów zakładu oraz wiceminister pracy Ewie Lewickiej, która miała zawinić nieinformowaniem rządu o problemach. (Sprawa Bańkowskiej zdążyła się już przedawnić). Zostali oni uniewinnieni przez sąd.
System informatyczny zakładu zaczął jako tako funkcjonować po około 5 latach, koszt przedsięwzięcia sięgnął wówczas 1,5 mld zł (choć tylko część trafiła do Prokomu), a zakład ciągle wygrzebywał się z zaległości w rozliczaniu składek, jakie powstały w latach 1999-2000. Następny kontrakt na obsługę systemu informatycznego ZUS podpisano jednak także z Prokomem.
@RY1@i02/2013/241/i02.2013.241.00000230a.803.jpg@RY2@
Nic tak nie psuje państwa jak brak pamięci o skandalach
Małgorzata Werner
we współpracy z Centrum Cyfrowym przygotowuje bazę reakcji władz na afery w III RP, pisze również doktorat na ten temat
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu