W polityce jak w życiu: silniejszy może więcej
Czy senator może być przedsiębiorcą i pisać dotyczące siebie ustawy? A wicepremier prezesem Związku Ochotniczych Straży Pożarnych i robić z nimi biznesy? Czy to nie jest konflikt interesów? To zależy
Jeśli ma się dobre plecy, nie ponosi się konsekwencji. W innym przypadku - jak najbardziej. Pokazały to afery: senatora PO Tomasza Misiaka i wicepremiera Waldemara Pawlaka z PSL, które wybuchły w marcu 2009 r.
Jako pierwsza wypłynęła sprawa prezesa ludowców: "Dziennik" oskarżył go, że stworzył pajęczynę firm i fundacjostowarzyszeń, dzięki której krewni i znajomi królika mogli zarabiać na państwowych dotacjach. Centrum interesów wicepremiera były OSP, których od lat prezesował, działające w niemałej części dzięki państwowym dotacjom. OSP obrosły spółkami i fundacjami żyjącymi z tychże dotacji. "Dz" opisał np. świadczącą strażakom usługi informatyczne spółkę 3i, w której pracowała i konkubina wicepremiera, i jego sąsiad ze wsi Pacyna, a także należącą do jego kolegi firmę Plocman, która pod kierownictwem tej samej konkubiny zaczęła dostawać od straży zlecenia na kursy dokształcające i opracowanie oprogramowania. Do tego na czele fundacji, która była czapką nad interesami, postawił matkę (71-letnią rolniczkę), "bo jej ufał".
Lista była długa, a nie były to pierwsze oskarżenia ani pod adresem PSL, ani Pawlaka, ale ludowcy jak zwykle wzruszyli ramionami. - Jeśli lekarz pracuje w szpitalu, gdzie ordynatorem jest jego ojciec, to się nazywa kontynuowanie tradycji rodzinnych, a jeśli rolnik kogoś zatrudnia, to prasa pisze o nepotyzmie - komentował przewodniczący klubu PSL, a zarazem bohater afery Eko-Sękocina Stanisław Żelichowski. Wody w usta nabrał także szef koalicyjnego rządu Donald Tusk.
Jednak do czasu, gdy kilka dni później "Gazeta Wyborcza" oskarżyła o konflikt interesów młodego wilczka z Platformy, protegowanego Grzegorza Schetyny, Tomasza Misiaka. Ten wrocławski senator PO przewodniczył komisji pracującej nad specustawą stoczniową, a potem firma, której był współwłaścicielem, dostała bez przetargu zlecenie na realizację zadań wyznaczonych nowym prawem. Chodziło o ustawę, która miała pomóc zwalnianym stoczniowcom. Jej wykonanie miała realizować państwowa spółka Agencja Rozwoju Przemysłu, która wart 48 mln zł kontrakt na wsparcie stoczniowców zleciła z wolnej ręki konsorcjum z udziałem firmy Work Service z Wrocławia. Misiak był współtwórcą, właścicielem 30 proc. akcji i wiceprzewodniczącym rady nadzorczej w tej spółce, będącej potentatem na rynku pośrednictwa pracy. W ARP i nadzorującym ją Ministerstwie Skarbu oczywiście nikt nie miał o tym wiedzieć. "Gazeta" twierdziła też, że Misiak wykorzystywał stanowisko senatora, np. wzywając MSZ do uruchomienia konsulatu we Lwowie. Argumentował, że ułatwiłoby to załatwianie wiz dla robotników budowlanych z Ukrainy i Białorusi, a tymczasem Work Service pośredniczyła m.in. w rekrutowaniu takich właśnie pracowników na polskie budowy.
Po tym ataku "Gazety" sprawy etyki stały się nagle dla szefa PO sprawą pierwszoplanowej wagi. Już w trzy dni po pierwszym artykule "Gazety" Tusk oświadczył, że w Platformie nie ma miejsca dla takiego indywiduum jak Misiak. Zapowiedział też wprowadzenie surowych przepisów do ustawy antykorupcyjnej przygotowywanej przez jego specjalistkę od czystych rąk, Julię Piterę. Proponował m.in., by posłowie i inne osoby publiczne mieli obowiązek rezygnacji z zasiadania we władzach firm, snuł wizję wprowadzenia zakazu członkostwa w fundacjach i stowarzyszeniach prowadzących działalność gospodarczą, co oznaczałoby np., że wicepremier Pawlak nie mógłby już być pierwszym strażakiem RP. Jak można się domyślić, Tusk został gromko wyśmiany przez posłów i pomysł upadł.
Sam Misiak został wkrótce oczyszczony z podejrzeń o korupcję, gdy się okazało, że na poprawkach zgłaszanych przez niego do specustawy Work Service nie skorzystała ani nie wpływał on na przyznanie jej kontraktu przez ARP. Ostra reakcja Tuska na jego przewinienia była w powszechnej opinii chęcią pokazania "wyższości moralnej" ludowcom i Pawlakowi, którego nie mógł zaatakować bezpośrednio. Co nie oznacza, że sytuacja Misiaka nie była co najmniej niezręczna. I nie ma racji jego firma PR, twierdząc, że całe zamieszanie to robota Wandy Rapaczyńskiej, która chciała dać zarobić konkurencyjnej firmie pośrednictwa pracy. A ludowcy? Jak pokazała ta afera, podlegają odrębnym zasadom.
@RY1@i02/2013/183/i02.2013.183.00000240b.802.jpg@RY2@
Nic tak nie psuje państwa jak brak pamięci o skandalach
Małgorzata Werner
we współpracy z Centrum Cyfrowym przygotowuje bazę reakcji władz na afery korupcyjne w III RP, pisze również doktorat na ten temat
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu