Nasza dyplomacja to koledzy, znajomi i koledzy znajomych
Polityka
Wojskowi, dziennikarze, naukowcy, politycy i biznesmeni - takim życiorysem może się pochwalić jedna trzecia urzędujących polskich ambasadorów. DGP przeanalizował kariery wszystkich szefów placówek RP za granicą. Stopień upolitycznienia na tym szczeblu jest wysoki i porównywalny z amerykańskim, w przypadku którego ambasadami w jednej trzeciej kierują "ludzie prezydenta". W Europie jednak od 90 do 100 proc. kadr na te stanowiska pochodzi z MSZ, czyli wchodzi w skład apolitycznego korpusu urzędników. Tak jest w Niemczech, Austrii, Irlandii i Wielkiej Brytanii.
W Polsce 25 ambasadorów z 85 działających za granicą placówek dyplomatycznych RP trafiło do dyplomacji spoza MSZ. 14 kolejnych nie zaczynało karier od najniższych szczebli dyplomatycznych w MSZ, ale ma za sobą co najmniej kilkuletni staż na wyższych stanowiskach w resorcie.
Czy to źle? USA robią podobnie. Prezydent Barack Obama traktuje nominacje jako formę zapłaty za finansowanie kampanii wyborczej. Sponsorzy Obamy kierują 9 ambasadami. Ponad 70 proc. placówek w Europie Zachodniej obsadzono osobami spoza Departamentu Stanu.
- Bywa, że polityczny nominat nie ustępuje umiejętnościami zawodowcom. Niebezpiecznie się robi, gdy ambasady zaczynają być traktowane jako forma emerytury - komentuje Hans Winkler, dyrektor prestiżowej Akademii Dyplomatycznej w Wiedniu. - Takie praktyki są niemożliwe w Austrii. Mamy ustawę, która zamyka drogę na placówki osobom spoza resortu - dodaje. Podobnie jest w przypadku Niemiec.
- Zgodnie z ustawą kadry na stanowiska ambasadorskie rekrutuje się z MSZ - mówi Almut Moller z Niemieckiej Rady ds. Zagranicznych.
Przykładem państwa, w którym ambasadorem nie może zostać osoba z zewnątrz, jest również Irlandia.
Nino Dżikija
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu