Lepiej być wielką rybą w małym stawie...
Rozmowa z prof. Jackiem Wasilewskim, socjologiem z Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie
Na prezydentów miast kandydują senatorowie i posłowie. Czy nie wydaje się to dziwne?
Wręcz przeciwnie. Od kilku kadencji ta tendencja się nasila. Coraz więcej posłów, senatorów, włodarzy z sejmików wojewódzkich wraca do korzeni, czyli do miast, z których pochodzą, z którymi są związani.
Ale co się stało z prestiżem? Przecież poseł, senator Rzeczpospolitej to brzmi dumnie.
Ależ po co komu prestiż? Może na początku wolnej Polski, po zachłyśnięciu się demokracją bycie posłem czy senatorem (tych ostatnich w socjalistycznej Polsce przecież nie było) stanowiło wartość. Było przekonanie o sile władzy ustawodawczej. Rzeczywiście słowa poseł, a zwłaszcza senator brzmiały dumnie, wzbudzały szacunek. Ale dzisiaj...
No właśnie, co się stało? Nie wierzymy w siłę posłów? Oni sami wolą zostać prezydentami miast, czasem nawet nie największych.
To ciekawy proces, może dwutorowy. Najpierw pięliśmy się po szczeblach kariery samorządowej od radnego do posła lub drogą partyjną. Teraz coraz częściej schodzimy z tej drabiny w dół. Bo to na dole są konfitury.
To ważniejszy jest prezydent czy burmistrz a nie senator czy poseł?
Oczywiście, że tak. Tam w mieście, gminie jest realna władza. Zresztą wystarczy spojrzeć nawet przez pryzmat państwa. Większość z nas ma poczucie, że rządzi premier, rząd, a więc władza wykonawcza.
Może to kwestia pieniędzy?
Na różnicach w zarobkach posła i miejskiego włodarza się nie znam. Możliwości korzystania z innych, nie związanych z uposażeniem apanaży komentował nie będę. Jedno jest pewne. Władza w mieście ma możliwość zagospodarowania i wydawania olbrzymich kwot. I na tym właśnie polega ta władza. Przecież budżet stolicy jest prawie taki sam jak budżet Łotwy, samodzielnego europejskiego kraju. Zostając prezydentem czy burmistrzem praktycznie dysponujemy lokalnymi pieniędzmi. Zwłaszcza w przypadku bezpośrednich wyborów, kiedy to nas osobiście mieszkańcy obdarowują zaufaniem.
Łatwiej pokazać się będąc prezydentem miasta, błysnąć przed mieszkańcami?
Tak, bo to przecież ja zbudowałem szkołę, przedszkole, żłobek, ulicę, metro. To są tzw. lokalne równania. Władze są uznawane i oceniane w skali mikro - w danej gminie, w danej kadencji. Jeśli się powiedzie, to w wielu miejscach ci sami włodarze rządzą przez kilkanaście albo i więcej lat. A kto tam cokolwiek wie o jakimś pośle Kowalskim, który nawet jest z naszego miasta. Może czasem współpracuje z lokalną władzą, pojawi się na od czasu do czasu na miejscowej uroczystości. Tego jednak na pewno nie można nazwać prestiżem czy nawet decyzyjnością.
To może powrót do samorządów to nie tylko chęć zdobycia realnej władzy, ale też ucieczka od pewnej anonimowości?
Chyba tak, zwłaszcza w przypadku tzw. posłów, czy senatorów z tylnych ławek. Tam są zupełnie anonimowi. Rzadko zabierają głos, nie widać ich w telewizji. W mieście, gminie, zwłaszcza macierzystej, stają się rozpoznawalną osobą. Już nawet na etapie kandydowania. Lepiej być wielką ryba w małym stawie, niż małą w wielkim.
A może start w wyborach samorządowych to taka ucieczka do przodu?
Nikt się do tego nie przyzna, ale to klasyczny mechanizm. Za rok będą wybory parlamentarne. Wyniki są nieprzewidywalne. A kadencja prezydenta, burmistrza czy wójta w gminie trwa cztery lata. Warto spróbować kandydować. Może się uda.
@RY1@i02/2014/215/i02.2014.215.08800020a.802.jpg@RY2@
PROF. Jacek Wasilewski socjolog z Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie
Rozmawiała Monika Górecka-Czuryłło
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu