Przesadzone pogłoski o śmierci polityki
obserwacje
Co robią ludzie, gdy wybrani przez nich politycy działają wbrew ich oczekiwaniom? Najczęściej nic. Po prostu się z tym godzą. Często wręcz rewidują swoje oczekiwania i dopasowują je do propozycji władzy, z którą sympatyzują.
To wniosek, który płynie z pionierskiego badania przeprowadzonego przez dwóch amerykańskich politologów Davida Broockmana (Berkeley) i Daniela Butlera (Uniwersytet Waszyngtona w St. Louis). Badanie jest ciekawe już ze względu na zastosowaną metodę. Tym razem wyborców nie udawała żadna przypadkowa i często niereprezentatywna grupa studentów. Eksperyment odbył się bowiem na prawdziwych wyborcach. Po prostu wybrani legislatorzy z kilku stanowych zgromadzeń ustawodawczych w USA zgodzili się przemycić kilka fałszywych sygnałów do swojej komunikacji z wyborcami. Pisali im na przykład, że zamierzają zrobić coś, co stało w jawnej sprzeczności z dotychczasową linią partii. Po jakimś czasie Broockman i Butler kontaktowali się z tymi wyborcami i prosili o ocenę propozycji ustawodawczych. Wynik był taki, że to kupowali. Zazwyczaj nie domagając się nawet dalszych wyjaśnień, czemu nagle republikanin zaczyna stawiać postulaty progresywne, a demokrata bardziej leseferystyczne.
Czy to zaskoczenie? Niby nie. Bo te wyniki dokumentują pewną tajemnicę poliszynela, na której opierają się współczesne demokracje. To znaczy, że wyborcy (nawet tacy praktykujący) nie wczytują się z wypiekami na twarzy w programy wyborcze partii politycznych. I nie rozliczają swoich przedstawicieli, dopisując im plusy i minusy na wielkiej tablicy ustawionej obok lodówki. To wyjaśnia wiele klasycznych paradoksów, jak choćby ten z głośnej 10 lat temu książki "Co z tym Kansas?". Jej autor Thomas Frank próbował w niej dociekać, jak to możliwe, że najbiedniejszy stan USA konsekwentnie głosuje na prawicę, choć ta reprezentowała w tym okresie raczej interesy bogatej korporacyjnej Ameryki. W Polsce też mieliśmy ten paradoks. Szczególnie widoczny na początku lat 90., gdy restrukturyzowani pracownicy przemysłu byli nierzadko niezwykle wolnorynkowi i sceptyczni wobec działalności związków zawodowych. Sprawę dobrze opisał David Ost w "Klęsce Solidarności".
Z tych amerykańskich badań można oczywiście wyciągać różne wnioski. Można widzieć w nich miałkość demokracji i mechanizm nieuchronnie oddalający polityków i wyborców. Ale można również odważyć się na rozumowanie biegnące w dokładnie odwrotnym kierunku. I dostrzec w wynikach Broockmana i Butlera dowód na siłę ustroju demokratycznego. Bo czy nie dowodzą one dużego zaufania społecznego do rządzących? I tego, że wyborcy w systemie demokratycznym dają politykowi czek in blanco. Kiedyś go sprawdzą. I wymuszą korekty. Ale nie tak od razu. Bo inaczej się przecież nie da. Nawet media mają przecież kłopot ze sprawdzaniem polityków na bieżąco. A co dopiero wyborca.
I teraz dochodzimy do wniosku najważniejszego. Bo może nie jest tak, że w dzisiejszych czasach polityk nic nie może. Że musi cały czas wpatrywać się w słupki popularności. I nie może robić tego, do czego został powołany. To znaczy polityki. A więc zmieniania i poprawiania prawa, ale też identyfikowania nowych problemów, o których wcześniej nikt nie mówił, oraz wywierania wpływu na różnego rodzaju instytucje. Jeśli trzeba wbrew grupom lobbingowym, rynkom czy mediom, którzy mają duże możliwości wpływania na nastroje wyborców.
To odkrycie dedykuję nowej polskiej premier Ewie Kopacz. I jej ministrom (kimkolwiek będą) oraz wszystkim następcom. Z przesłaniem, że pogłoski o śmierci polityki są mocno przesadzone. Nadal da się ją robić. A jaka to ma być polityka? Mam w tej sprawie swoje zdanie. Ale to już jest temat na zupełnie inną opowieść.
@RY1@i02/2014/182/i02.2014.182.000000200.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu