Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

7 grzechów rozliczania polskich afer

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 20 minut

Kończymy cykl o największych polityczno-gospodarczych skandalach ostatniego 20-lecia

Skandale były, są i będą w każdym społeczeństwie, jednak Polacy mają szczególne przekonanie, iż nasz kraj "aferami stoi", a korupcja nie tyle zanika, ile - jak twierdzi prof. Antoni Kamiński, pierwszy prezes polskiego Transparency International - nieco się cywilizuje. Dlaczego polskie państwo nie potrafi rozliczać afer, wyciągać z nich wniosków i przekonać obywateli, że umie się samo oczyścić? Przedstawiamy siedem aferalnych grzechów głównych:

1. Nie zauważać

Wiele afer ostatniego 20-lecia miało głośne preludium, którego rządzący bardzo starali się nie dosłyszeć. Już w 1995 r. Barbara Labuda z UW przekonywała w Sejmie, że brak możliwości odwołania od nierzadko tajnych decyzji Komisji Majątkowej ds. Kościoła katolickiego jest niekonstytucyjny. Trzeba było kolejnych 13 lat działalności tej komisji, zwrotu majątku wartego wiele setek milionów złotych, protestów oszukanych samorządów, akcji CBA, ABW i prokuratury, by politycy i Trybunał Konstytucyjny doszli w końcu do wniosku, że Labuda miała rację.

Podobnie rzecz się miała przy trójkącie Buchacza. W latach 1994-1995 dwaj ministrowie z PSL dokonali skomplikowanych i przemyślnych przekształceń własnościowych w trzech państwowych firmach, wskutek czego Skarb Państwa utracił kontrolę nad majątkiem wartym wiele setek milionów złotych. Budżet nie poniósłby ogromnych strat, gdyby posłuchano ostrzeżeń i apeli NIK, która jeszcze w 1994 r. odkryła, co się święci, i głośno domagała się likwidacji spółek trójkąta, gdy jeszcze rząd mógł to zrobić.

2. Pobłażliwość

Choć wciąż słyszymy, że polski polityk powinien być jak żona Cezara, okazuje się, że nawet uzasadnione podejrzenia wcale nie muszą kończyć kariery lub oznaczać kary. - Zaskakującą tolerancję w tej materii wykazują partyjni koledzy, wyborcy i sądy - zauważa Antoni Kamiński. Przykłady? Długoletni polityk PSL Lesław Podkański, minister współpracy gospodarczej z zagranicą w rządzie Waldemara Pawlaka, został oskarżony o komputeryzację biur radców prawnych przy pomocy zaprzyjaźnionej z Pawlakiem firmy InterAms - to jednak nie przeszkodziło mu w wejściu do kolejnego gabinetu, w którym zasłynął z budowy trójkąta Buchacza. A potem już jako senator i udziałowiec firmy zajmującej się głównie uprawą roślin energetycznych wziął sobie za cel rozwój energetyki odnawialnej.

Afer, z którymi łączy się nazwisko Leszka Millera, nie dałoby się policzyć na palcach jednej ręki, a mimo to jest on w Sejmie od zawsze, teraz kreuje się na odnowiciela polskiej lewicy i ma szanse wejść do rządu po następnych wyborach.

Pobłażliwi są również sędziowie: w bulwersującym wyroku sąd uznał ostatnio, że koperta z pieniędzmi, jaką miała przyjąć od firm synowa Edwarda Gierka, dyrektor kliniki okulistycznej w Katowicach, to nie łapówka, ale "dodatkowa, nieformalna opłata". Kary więc nie będzie.

3. Uwikłanie w politykę

Upolitycznienie głośnych afer jest zupełnie naturalne - dotyczą one polityków i stanowią element życia politycznego. Jednak w Polsce upolitycznienie instytucji, które według założeń ustrojowych powinny być z polityki wyłączone, przekroczyło wszelkie granice. Nie tylko podważa to zaufanie do prokuratorów czy CBA, ale jest też bardzo na rękę przekręciarzom. Bo czy była w Polsce afera, w której oskarżony nie broniłby się, że to "robota służb"?

Postronni obserwatorzy też nie potrafią się już połapać, kto jest w sprawie czarnym charakterem i kiedy służby czy śledczy naprawdę zostali wykorzystani do zwalczania politycznych przeciwników, a kiedy jest to tylko wymówka. Apogeum tego zjawiska stanowiły śledztwo w sprawie mafii węglowej i śmierć Barbary Blidy, a polityczne uwikłanie dotyczyło wszystkich jej bohaterów. Nawet jeden z mniej ważnych prokuratorów zaangażowanych w śledztwo twierdził później, że przez swoją niepokorność miał za karę sprawę w sądzie. Później okazało się, że sprawa dotyczyła tego, że jadąc zbyt szybko, śmiertelnie potrącił na pasach kobietę.

4. Działanie pod media

Nie ma mediów, nie ma sprawy - ta zasada rządzi podejściem do oskarżeń o korupcję. W najbardziej szokującej aferze - sprawie łowców skór, gdy sanitariusze łódzkiego pogotowia mordowali pacjentów za łapówki od zakładów pogrzebowych - procederu nie przerwano, dopóki nie nagłośniły go "Gazeta Wyborcza" i Radio Łódź. Dopiero wówczas - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - ciągnące się niemrawo śledztwo ruszyło z kopyta, podejrzani przestali jeździć do chorych, zaczęły się aresztowania.

Zasada ta działa też w drugą stronę: jeśli media uczepią się jakiegoś polityka, rzuca się go na pożarcie, choć koledzy wcale nie są przekonani o jego winie i często robią dokładnie to samo. W praktyce tej celują liderzy PO, którzy bez mrugnięcia okiem poświęcili np. oskarżanego o konflikt interesów senatora Tomasza Misiaka czy ostatnio ministra transportu Sławomira Nowaka.

5. Przewlekłe procesy

Oskarżony w polskiej aferze musi niemal dosłownie spędzić 30 lat na pustyni, by doczekać się kary lub oczyścić dobre imię. Śledztwa trwają szokująco długo: po kilka, nawet kilkanaście lat. Jeszcze dłużej trwają procesy. Nierychliwość wymiaru sprawiedliwości można jeszcze jakoś tłumaczyć w skomplikowanym wypadku FOZZ, ale nawet w prostej, wydawałoby się, sprawie oskarżeń wobec byłego prezydenta Łodzi Marka Czekalskiego i jego zastępcy, gdzie nie było ani wielu wątków, ani wielu świadków, proces ciągnie się od 2002 r.

Sądy traktują trudne sprawy jak gorący kartofel, np. w procesie oskarżonego m.in. o niegospodarność króla żelatyny Kazimierza Grabka od sporządzenia aktu oskarżenia w 2001 r. sprawą zajmowało się już siedem sądów, a końca wcale nie widać. Na początku akta trafiły do Sądu Rejonowego w Brodnicy, który prosił, by przenieść proces gdzie indziej "z uwagi na dobro wymiaru sprawiedliwości" (Grabek oskarżony był m.in. o doprowadzenie do bankructwa miejscowej fabryki żelatyny zatrudniającej kilkaset osób, a wśród ławników byli też jej byli pracownicy.) Sąd Najwyższy odrzucił ten wniosek i akta zostały w Brodnicy. Potem jednak zostały one przekazane do Sądu Rejonowego w Grójcu "ze względu na ekonomikę procesu" (czyli żeby wszystkim było bliżej). Ten wystąpił o przekazanie sprawy do Sądu Okręgowego w Radomiu "ze względu na szczególną wagę i zawiłość", następnie akta trafiły do Sądu Okręgowego w Toruniu, znów ze względu na "ekonomikę procesu", a w podejmowaniu decyzji brał jeszcze udział Sąd Apelacyjny w Lublinie. W 2007 r. proces - który jeszcze na dobre się nie zaczął - przeniesiono do Warszawy, żeby oskarżony, który uskarżał się na kręgosłup, nie musiał dojeżdżać.

Polskie sądy są też wyjątkowo pobłażliwe wobec niestawiennictwa na rozprawy oskarżonych i ich pełnomocników z powodu najgłupszych nawet wymówek i tolerują nadużywanie kruczków proceduralnych do przedłużenia procesu. Wspomniany już Grabek w każdej sprawie składał po kilkadziesiąt skarg i zażaleń, przeciągając proces w nieskończoność. Z długimi śledztwami i procesami łączą się też nieznośnie długie aresztowania: lobbyście Markowi Dochnalowi za ponad cztery lata spędzone w areszcie trybunał w Strasburgu zasądził 8,8 tys. euro odszkodowania. A podobnych spraw można spodziewać się więcej.

6. Reformy, które nie reformują

Bolączką naszej polityki antykorupcyjnej jest wprowadzanie nieprzemyślanych zmian i przepisów, które albo są martwe, albo wręcz stanowią przyczynę dodatkowych kłopotów. Modelowy przykład to oczywiście uchwalona w 2009 r. w ekspresowym tempie ustawa hazardowa, która miała być dowodem na to, że gabinet Donalda Tuska nie chodzi na pasku lobby właścicieli jednorękich bandytów. Okazało się jednak, że może ona być sprzeczna z unijnym prawem i nie wiadomo, czy państwo nie będzie musiało jeszcze wypłacić biznesmenom z branży hazardowej sowitych odszkodowań.

W pół drogi zatrzymały się np. przepisy dotyczące oświadczeń majątkowych, które muszą składać liczni politycy i urzędnicy, ale nikt ich nie sprawdza. W rezultacie zamiast środka zapobiegającego korupcji stanowią kwity wyciągane w dziwnych okolicznościach, jak w sprawie Anny Jaruckiej, której fałszywe oskarżenia o podmianie oświadczeń wyeliminowały z wyborów prezydenckich w 2005 r. Włodzimierza Cimoszewicza. Inna bolączka to nadmierny radykalizm przepisów sprawiający, że są one nagminnie obchodzone, jak w wypadku niektórych konkursów i przetargów.

7. Brak całościowego spojrzenia

Byłoby wielką niesprawiedliwością twierdzić, że nic się w Polsce w zwalczaniu korupcji i zapobieganiu aferom nie zmienia. Choćby ustawa o dostępie do informacji publicznej czy ustawa o działalności lobbingowej - wprawdzie daleka od doskonałości, jeśli chodzi o regulację samego lobbingu - stanowiły wielki krok na przód w informowaniu, co dzieje się w zaciszu rządowych gabinetów. CBA aresztuje podejrzanych, NIK publikuje coraz to nowe krytyczne raporty. Wszystkie te działania mają jednak charakter wycinkowy, a całościowej polityki antykorupcyjnej jak nie było, tak nie ma.

Puszczanie aferzystów w skarpetkach, które niezbyt powiodło się za rządów PiS, dla obecnej koalicji zeszło zupełnie na drugi plan. Pełnomocnik rządu ds. korupcji Julia Pitera odeszła ze stanowiska, nie przygotowawszy sztandarowego projektu nowej ustawy lobbingowej, a tarcza antykorupcyjna okazała się bardziej chwytliwym hasłem PO niż przemyślanym programem walki z korupcją.

Pod wieloma względami od czasu afery alkoholowej z 1990 r. w Polsce zmieniło się niestety niewiele. Nasz cykl miał przypomnieć, jak dużo zostało jeszcze do zrobienia.

@RY1@i02/2014/016/i02.2014.016.000002200.802.jpg@RY2@

Nic tak nie psuje państwa jak brak pamięci o skandalach

Małgorzata Werner

we współpracy z Centrum Cyfrowym przygotowuje bazę reakcji władz na afery w III RP, pisze również doktorat na ten temat

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.