Czarna seria ministra skarbu Emila Wąsacza
Choć prokuratura dawno umorzyła sprawę sprzedaży DTC, w sprawie byłego szefa resortu skarbu nadal trwa postępowanie przed Trybunałem Stanu
Afera wybuchła latem 1998 r., gdy NIK wystąpiła z wnioskiem o unieważnienie umowy sprzedaży Domów Towarowych Centrum luksemburskiej firmie Handlowy Investments Centrum (HIC). Zdaniem izby transakcji dokonano z pogwałceniem przepisów, a uzyskana cena była rażąco niska. Za zaledwie 106 mln zł inwestor kupił w lutym 1998 r. 70 proc. akcji spółki, do której należały 32 domy towarowe w 22 miastach, cztery zakłady odzieżowe, dwa ośrodki wczasowe i dwa magazyny w Warszawie. Perłą w koronie były trzy domy: Wars, Sawa i Junior przy ul. Marszałkowskiej w samym centrum Warszawy oraz największy w mieście kilkupiętrowy dom handlowy dla dzieci Smyk.
Zarzuty NIK koncentrowały się na tym, że resort skarbu wycenił spółkę metodą dochodową, czyli jej wartość zależała od dochodów w ostatnich latach, a te były kiepskie, m.in. z powodu dużych inwestycji i wielkiej powodzi z 1997 r. Zdaniem izby DTC należało wycenić metodą majątkową - bo sam teren przy Marszałkowskiej wart był prawie 150 mln zł. Na dodatek DTC przysługiwało prawo do kupna na bardzo korzystnych warunkach terenów Centrum Bis - działki o powierzchni ok. 2 ha ulokowanej w jednej z najatrakcyjniejszych części Warszawy - pomiędzy ulicami: Świętokrzyską, Królewską, Zielną i Marszałkowską. NIK twierdziła też, że jeszcze przed podpisaniem umowy ostrzegała ministra Emila Wąsacza z AWS, że trzy domy na warszawskiej ścianie wschodniej nie miały uregulowanej sytuacji prawnej związanej z własnością gruntu, co uniemożliwiało wiarygodną wycenę firmy. Jednak minister na wieść o tym podwyższył cenę tylko o 20 proc. - To jedna z najbardziej nieudanych prywatyzacji, z jaką zetknąłem się w mojej pracy. Zawiadomiliśmy prokuraturę o popełnieniu przez resort skarbu przestępstwa niegospodarności - grzmiał szef NIK Janusz Wojciechowski z PSL, który wyceniał straty budżetu na co najmniej 85 mln zł.
Oliwy do ognia dolała "Rzeczpospolita", publikując serię artykułów o nowych nabywcach spółki. Okazało się, że za HIC stoi tajemniczy biznesmen Yaron Bruckner. Jak pisała "Rz", nie bardzo wiadomo, na czym się dorobił, poza tym że w atmosferze skandalu i prawdopodobnie dzięki znajomościom z aparatem postpezetpeerowskim przejął sieć placówek Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki, które przekształcił w empiki.
Wąsacz twierdził zdecydowanie, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, a wybrano najkorzystniejszą ofertę, bo inni potencjalni kupcy nie chcieli nabywać całej firmy, lecz tylko jej najsmakowitsze kawałki. Uderzyłoby to w ponad 5 tys. pracowników spółki, którym HIC zagwarantował korzystny pakiet socjalny. Wyprowadzenie całej sieci na prostą miało też wymagać ogromnych inwestycji, których nikt inny nie chciał ponieść. O prawach do Centrum Bis ministerstwo zaś... nie wiedziało, mimo że do sprzedaży DTC kolejne rządy przymierzały się od 1992 r. Winę za to i inne wypaczenia zrzucono na Warszawską Grupę Konsultingową - prywatną firmę, która doradzała przy prywatyzacji. Resort zapowiedział, że zażąda zwrotu 1,5 mln zł honorarium od WGK, ale prywatyzacji cofnąć się już nie da.
Prowadząca sprawę prokuratura przyznała Wąsaczowi rację. Uznając, że nie można wyliczyć szkody Skarbu Państwa ani wykazać złych intencji, po cichu umorzyła sprawę.
Tłumaczenia resortu skarbu nie zadowoliły posłów PSL, którzy żądali odwołania Wąsacza i postawienia go przed Trybunałem Stanu. Minister ostał się jednak na stanowisku do lata 2000 r. i zdążył przyłożyć rękę do kilku innych, nie mniej kontrowersyjnych operacji: powołania za pieniądze państwowych spółek prywatnej Telewizji Familijnej, prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej z zachowaniem jej monopolu czy sprzedaży akcji PZU holenderskiej firmie Eureko.
PSL nie dawało więc za wygraną i w kolejnej kadencji Sejmu w 2002 r. wniosek o trybunał trafił do sejmowej komisji odpowiedzialności konstytucyjnej, która przygotowuje materiały do ewentualnego procesu. W tym momencie o wiele większe emocje budziły już sprawy PZU i TP, a jednocześnie ocena Wąsacza coraz bardziej odbiegała od meritum i stawała się przedmiotem walki między zwolennikami a przeciwnikami całego procesu odpaństwowienia gospodarki. - Nie żądamy krwi, ale sprawiedliwej oceny tego złego, co stało się w polskiej prywatyzacji - mówił Wojciechowski, wówczas już wicemarszałek Sejmu. - Ta decyzja to element i efekt rozpętanej w Polsce fobii antyprywatyzacyjnej. Jestem przekonany, że werdykt będzie dla mnie korzystny - odpowiadał mu były minister.
Sprawa ciągnęła się bardzo długo, a posłowie postanowili sądzić Wąsacza dopiero latem 2005 r. Jego sprawa przybierała coraz dziwniejszy obrót, bo wraz z nastaniem rządu PiS głównymi oskarżycielami stali się dawni koledzy z AWS. Za rządów PiS tempa nabrały śledztwa związane z innymi prywatyzacjami z okresu rządu Buzka.
Sam trybunał znajdował jednak coraz to nowe błędy formalne, a proces, choć teoretycznie jeszcze się toczy, to wkrótce powinien zostać umorzony z powodu przedawnienia. To rozwiązanie - może wygodne - nie pozwala jednak ani oczyścić się byłemu ministrowi z podejrzeń - na czym, jak sam powtarza, zawsze mu zależało - ani wykazać jego krytykom, na czym właściwie polegała "złodziejska prywatyzacja". Jest więc chyba najgorsze z możliwych.
@RY1@i02/2014/006/i02.2014.006.000002200.802.jpg@RY2@
Nic tak nie psuje państwa jak brak pamięci o skandalach
Małgorzata Werner
we współpracy z Centrum Cyfrowym przygotowuje bazę reakcji władz na afery w III RP, pisze również doktorat na ten temat
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu