Co to właściwie jest postawa antysystemowa
Często czytamy lub słyszymy, że niektórzy kandydaci na prezydenta reprezentują postawę lub poglądy antysystemowe. Wymienia się Korwin-Mikkego czy Kukiza. Nie mam najmniejszej sympatii do pierwszego, nic nie wiem o drugim, ale podejrzewam, że określanie ich mianem antysystemowych jest albo elementem gry politycznej, albo po prostu wyrazem braku zrozumienia, co to jest postawa antysystemowa. I co wobec tego jest systemem?
Dla większości polityków i publicystów system to ten układ polityczny, jaki istnieje w Polsce od dobrych 10 lat, a może od 1989 r. Tak rozumiany system broni się przed inwazją z zewnątrz. Kilka lat temu bronił się przed partią Palikota, teraz przed innymi zagrożeniami. Czasami przeciwnicy tego układu partyjnego mają rzeczywiście poglądy antydemokratyczne - jak Korwin-Mikke - ale wtedy nie powinno się mówić, że są antysystemowi, tylko trzeba nazwać rzecz wprost - są przeciwnikami lub wrogami demokracji. Należy się zastanowić, jak dalece zdeklarowani przeciwnicy demokracji mogą legalnie działać w państwie konstytucyjnie demokratycznym, ale to już inna kwestia.
Określanie takich postaw jako antysystemowych nie ma zatem sensu. Nie ma sensu także pisanie o ruchach miejskich czy innych formach buntu oburzonych jako o postawach antysystemowych. Wciąż bowiem przez system rozumie się stabilny układ polityczny: PO, PiS, SLD, PSL i ewentualnie jakieś drobne dodatki. Oburzeni nie protestują przeciwko temu zestawowi nieusuwalnych partii politycznych, lecz przeciwko praktycznym konsekwencjom tego skostniałego stanu rzeczy. Praktycznym, czyli zachowaniu banków, urzędów zarządzających infrastrukturą czy niesłychanie powolnemu wymiarowi sprawiedliwości.
Na razie siła tego skostniałego układu jest ogromna, i to w całej Europie. Właśnie śledzimy, jak antysystemowa partia rządząca Grecją jest wchłaniana przez istniejący układ polityczny.
Dwie postawy trzeba uznać za nie do przyjęcia lub nieroztropne. Pierwsza to odrzucenie demokracji, druga to nadzieja na to, że układ zmieni się w rezultacie miękkiej presji oddolnej. W gruncie rzeczy chodzi bowiem nie o zmianę mitycznego systemu, lecz o radykalne odnowienie demokracji. Nie odrzucenie, lecz ulepszenie. Jeden z kandydatów na stanowisko prezydenta dowodzi, że wprowadzenie okręgów jednomandatowych doprowadzi do zasadniczej zmiany na lepsze. Nie jest to słuszny pogląd. Rozmaite korekty można wymyślać, ale w istniejącym stanie rzeczy mogą one równie dobrze mieć skutki negatywne.
Układ polityczny bowiem, czy jak kto woli system, dysponuje potężnymi środkami obronnymi i bez jego woli do istotnych zmian nie dojdzie. Istnieje ewentualność upadku obecnego układu, ale tylko w przypadku skutecznej rewolucji. Jej prawdopodobieństwo jest jednak znikome i nie jestem pewien, czy naprawdę byśmy jej chcieli, mimo całego znużenia istniejącym stanem rzeczy.
Istniejący układ nie ma nic wspólnego z pojęciem, jakim posługiwał się w swoim czasie Jarosław Kaczyński. Jest to po prostu oligarchia, której członkowie mogą się spierać i walczyć politycznie ze sobą, ale dobrze im jest z taką sytuacją. Dla ludzi należących bezpośrednio do tej oligarchii lub pośrednio z jej istnienia korzystających największym nieszczęściem byłoby pojawienie się innych, nowych polityków. Nie ma jednak obawy.
Zależnie od punktu widzenia o systemie i o ruchach czy przywódcach antysystemowych mówimy z niechęcią lub z nadzieją. Jednak złudny jest strach lub nadzieja, że siły antysystemowe doprowadzą do istotnych zmian. U wielu politologów i komentatorów dostrzegamy nawet rodzaj pogardy dla tych z natury rzeczy marginesowych usiłowań.
Jak sądzę, wynika to z braku refleksji nad tym, czym dla nas jest demokracja, bo to jest i ustrój, i stan społeczny, w jakim żyjemy lub chcielibyśmy żyć. Cała uwaga jest skupiona na problemach drugorzędnych, jak to widzimy w obecnej kampanii, a nie na kształcie życia publicznego, które zapewniałoby realizację demokracji rzeczywistej. Mówiąc o systemie, w istocie zaciemniamy tylko obraz sytuacji. Systemu nie ma, jest za to stan martwoty politycznej, który musi budzić przygnębienie.
Mówiąc o systemie, zaciemniamy tylko obraz sytuacji. Systemu nie ma, jest za to stan martwoty politycznej, który musi budzić przygnębienie
@RY1@i02/2015/067/i02.2015.067.00000080a.803.jpg@RY2@
Marcin Król
filozof, historyk idei
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu