Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Będziemy królikiem doświadczalnym, na którym przetestują opcję atomową

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Osławiony już art. 7 traktatu o Unii Europejskiej, określany często mianem opcji atomowej, to główna broń Komisji Europejskiej wobec państw sprzeniewierzających się wspólnotowemu credo. Zgodnie z tym przepisem kraj, który łamie podstawowe wartości Unii, takie jak rządy prawa, może być zawieszony w prawach członka UE. Na to nie ma już żadnego wpływu Komisja - ocena, czy doszło do naruszeń, leży w rękach samych rządów.

Wniosek o zastosowanie art. 7 ma prawo złożyć jedna trzecia krajów członkowskich, Parlament Europejski lub KE. Traktat mówi wyraźnie, że musi on być "uzasadniony". Aby zweryfikować, czy zarzuty wobec polskiego rządu są trafione, oraz przetestować jego gotowość do wycofania się z kontrowersyjnych zmian w wymiarze sprawiedliwości, Bruksela od 2016 r. prowadziła tzw. kontrolę praworządności. Jest to dość nieformalna procedura dialogu rozgrywającego się w sferze relacji polityczno-dyplomatycznych. Państwo znajdujące się na linii ognia, tak jak Polska, ma na tym etapie szansę odpowiedzieć na zastrzeżenia. Cały ten proces ma pomóc Komisji podjąć decyzję, czy złożyć formalny wniosek z art. 7 oraz uzbroić się w argumenty, które przekonają państwa członkowskie, że czas na ostrzejszą reakcję. Procedura z art. 7 składa się z trzech faz. W pierwszej europejskie rządy mogą stwierdzić ryzyko poważnego naruszenia wartości unijnych. Potrzebne jest do tego zielone światło od co najmniej 22 państw. W drugim etapie może już dojść do stwierdzenia naruszenia europejskich wartości, ale tu poprzeczka jest ustawiona wyżej: konieczna jest jednomyślność. Dopiero w trzeciej fazie w grę wchodzą sankcje, które ma prawo nałożyć większość kwalifikowana. Do nich należy możliwość zawieszenia niektórych praw członkowskich "oskarżonego" kraju, w tym prawa do głosowania w Radzie. W żadnym razie nie idzie to w parze z uwolnieniem go od obowiązków traktatowych (takich jak opłacanie składek do wspólnego budżetu czy respektowanie wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE).

W przypadku naszego kraju perspektywa sankcji jest raczej nierealna, za to pierwszy etap - stwierdzenie ryzyka poważnego naruszenia wartości unijnych - już całkiem możliwy. Zdaniem ekspertów wykonanie tego milowego kroku przez państwa europejskie będzie wiązało się z osłabieniem politycznej pozycji Polski. Uruchomienie art. 7 będzie miało też oddolny wpływ na te dziedziny prawa unijnego, w których podstawą jest wzajemne zaufanie, takie jak rynek wewnętrzny, uznawanie wyroków sądowych czy europejski nakaz aresztowania. Komentatorzy ostrzegają np., że sądy w innych krajach UE mogą dojść do wniosku, że polski wymiar sprawiedliwości przestał być niezależny i wiarygodny. A taka konstatacja miałaby daleko idące konsekwencje dla tysięcy transgranicznych spraw sądowych o zapłatę, spory o opiekę nad dziećmi i spraw małżeńskich. Nie wspominając już o potencjalnych trudnościach w europejskiej współpracy organów ściągania, np. w zakresie namierzania majątków ukrywanych przez przestępców w różnych krajach UE.

Emilia Świętochowska

emilia.swietochowska@infor.pl

ROZMOWA

Komisja bierze odpowiedzialność za rozwój wypadków między Warszawą a Brukselą

@RY1@i02/2017/246/i02.2017.246.00000030a.801.jpg@RY2@

Konrad Szymański sekretarz stanu ds. europejskich w MSZ

Czy spodziewa się pan, że Komisja skieruje wniosek do Rady w sprawie procedury przewidzianej art. 7?

Komisja może to zawsze zrobić, na własną odpowiedzialność. Ma jednak też dobre powody, by podejść do tej sprawy w sposób mniej dogmatyczny, otwierając nowe możliwości. Projekty prezydenckie w istotnym stopniu zmieniają reguły postępowania wobec Sądu Najwyższego i wyboru Krajowej Rady Sądowniczej. Prezydent, nie rezygnując z reform, wyszedł naprzeciw także europejskim oczekiwaniom. Jesteśmy jednak przygotowani na każdy scenariusz.

Komisja wytykała nam m.in. groźbę politycznych nominacji w KRS czy czystki personalne w Sądzie Najwyższym. Czy pana zdaniem prezydenckie ustawy rozwiały obawy Komisji?

Prezydent skutecznie przeprowadził przez Sejm wybór członków KRS wysoką kwalifikowaną większością 3/5. Wyeliminował mechanizm faktycznego rozwiązania SN za sprawą proponowanej wcześniej reorganizacji, sugerując wspólny dla kobiet i mężczyzn sędziów wiek emerytalny jako kryterium pozostania przy orzekaniu. To także wyjście naprzeciw oczekiwaniom zgłaszanym przez KE przy okazji ustawy o ustroju sądów powszechnych. W końcu to prezydent, a nie Minister Sprawiedliwości, będzie oceniał zasadność pozostania sędziego przy orzekaniu. Te zmiany powinny być dostrzeżone i docenione przez KE.

Dopuszczamy jakąś możliwość ustępstw w tej sprawie z naszej strony?

Każde oczekiwanie należy oceniać osobno. To zależy jednak od większości parlamentarnej.

Komisja Wenecka także prezydenckie ustawy uznaje za zagrożenie dla sądownictwa. Na ile jej zdanie jest ważne dla Komisji Europejskiej?

Myślę, że oparcie się o opinię KW jest wygodne dla KE. Ale to Komisja bierze odpowiedzialność za rozwój wypadków między Warszawą a Brukselą.

Na jakiej podstawie działa w tej sprawie Komisja Europejska? Czy ma ekspertyzy dotyczące zmian w wymiarze sprawiedliwości, czy bazuje na zdaniu urzędników? Skąd wiedza na temat sytuacji w Polsce?

To pytanie do KE.

Jeśli Komisja Europejska zwróci się do Rady, można to potraktować jako przerzucenie kłopotliwej kwestii do innej unijnej instytucji?

Tak to wygląda. KE wyraźnie chce się podzielić odpowiedzialnością z innymi instytucjami UE - Radą i Parlamentem. Obie mają polityczny charakter, co generuje coraz więcej niepotrzebnych słów. Zresztą po obu stronach. Byłoby lepiej, by każda sprawa, w której pojawiają się wątpliwości co do zgodności prawa krajowego z prawem UE, trafiała rutynową drogą do Trybunału Sprawiedliwości UE. Mielibyśmy mniej politycznego napięcia i mniej emocji, które szkodzą sprawie naszych wzajemnych relacji.

Jaki może być finał, jeśli Rada podejmie sprawę? Czy możemy być dotknięci sankcjami?

Artykuł 7.1 to nie jest procedura sankcyjna. By wprowadzić sankcje, trzeba dysponować jednomyślnością w Radzie Europejskiej na podstawie innych przepisów traktatu. Nigdy jej w UE nie będzie. Tym niemniej sprawę samego ewentualnego stwierdzenia zagrożeń dla praworządności przez Radę UE traktujemy poważnie. Obciąża ona niepotrzebnie nasze wzajemne relacje, co może utrudniać budowanie porozumienia i wzajemnego zaufania między Warszawą i Brukselą. Przygląda się temu coraz bardziej nerwowo opinia publiczna. Jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni, dlatego przyjmuję ten rozwój wypadków z zaniepokojeniem.

Donald Tusk wyraził nadzieję, że Komisja nie uruchomi art. 7. Jak pan myśli, z czego wynika to stwierdzenie?

Chciałbym, by była to po prostu troska o dobre relacje Warszawy i Brukseli. Coraz częściej mam jednak obawę, że to tylko krajowe rachuby przewodniczącego Tuska, któremu trudno będzie kiedyś wytłumaczyć, dlaczego Bruksela działa tak konfrontacyjnie wobec Polski.

Czy zdanie szefa Rady świadczy o tym, że ta sprawa może być kłopotliwa dla Rady?

Zapewne także.

Z polskiej strony słychać narrację, że nie ma obaw o skuteczne uruchomienie art. 7, bo możemy liczyć na Węgry. Czy faktycznie Węgry w tej sprawie poprą Polskę?

W Radzie Europejskiej nie będzie nigdy jednomyślności w sprawie nałożenia na Polskę jakichkolwiek sankcji. To nie tylko sprawa postawy Węgier, choć premier Orbán mówi o tym najgłośniej.

Czego Budapeszt może za to zażądać? Czy cena dla nas nie będzie za wysoka?

To nie jest sprawa transakcji. Mamy wspólny pogląd na to, jak UE powinna postępować wobec państw członkowskich. Ten fundament porozumienia jest głębszy.

Czy spór z Komisją nie spycha nas do politycznego narożnika w UE? Zwłaszcza w obliczu oświadczenia Angeli Merkel i Emmanuela Macrona o wsparciu dla Komisji?

Gra polityczna z tą dyskusją w tle bywa trudniejsza, ale staramy się oddzielać kwestie sporu o praworządność od innych spraw, gdzie wszyscy potrzebujemy porozumienia. Przykładem jest jedność UE ws. brexitu, która skutkuje lepszą ochroną przede wszystkim polskich interesów. Dość wspierające stanowisko Francji i Niemiec wobec działań KE jest znane od miesięcy. Dostrzegam też jednak ostrożność i troskę obu stolic, by nie ferować wyroków zbyt pochopnie.

Rozmawiał Grzegorz Osiecki

Cały wywiad czytaj na

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.