Ordynacja według PiS: walka o swoje czy z fałszerstwami
PiS wycofał się z najbardziej kontrowersyjnych zmian w kodeksie wyborczym. Jednak nie wszystkich, utrzymał np. dwukadencyjne ograniczenie dla włodarzy gmin, które budzi opory nawet wśród senatorów PiS, do których niedługo projekt trafi
Kolejne zwroty akcji niewykluczone
Prawo i Sprawiedliwość zadziałało w iście hitchcockowskim stylu. A więc najpierw zaczęło się od trzęsienia ziemi (gdy nagle pokazano poselski projekt głęboko zmieniający ordynację wyborczą), a potem napięcie tylko rosło. Przeciwko zmianom buntowały się kolejne środowiska - samorządowcy, eksperci, opozycja, koalicjanci PiS z Jarosławem Gowinem na czele, a nawet sama Państwowa Komisja Wyborcza. Główny zarzut dotyczył tego, że nie da się na rok przed wyborami przeprowadzić tak daleko idących zmian w kodeksie wyborczym. Chociażby dlatego - jak przekonywała PKW - że nie da się zrekrutować prawie 400 komisarzy wyborczych w ciągu 60 dni od czasu wejścia w życie ustawy. Z cudem miało też graniczyć wyznaczenie przez tych komisarzy okręgów wyborczych w miesiąc. Z kolei polityczni oponenci przekonywali, że PiS ustawia ordynację pod siebie. Przy czym kontrowersje budziła jednak nie tylko kwestia przeniesienia kompetencji dotyczących rysowania okręgów wyborczych z samorządów do nowych komisarzy. Równie duże niechęci towarzyszyły propozycji likwidacji jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) w gminach czy wprowadzeniu okręgów wyborczych, w których do zdobycia miało być od 3 do 7 mandatów. Przedstawiciele Nowoczesnej prezentowali skutki takich zmian. W 2014 r. w jednym okręgu Katowice do zdobycia było 6 mandatów. Zwycięska partia zdobyła 3 mandaty, kolejna - 2 i trzecia w kolejności - 1 mandat. Gdyby w tym samym miejscu stworzyć dwa okręgi 3-mandatowe, wówczas - przy powtórzeniu się wyników z 2014 r. - zwycięska partia zgarnęłaby 4 mandaty, a druga - 2. Tym samym wyeliminowałoby to trzecią partię.
Nagła zmiana
Jednak w środę, tuż przed przedstawieniem sprawozdania z prac komisji, doszło do nagłego zwrotu. A właściwie odwrotu w wykonaniu PiS. Posłowie tej partii oznajmili, że wycofują się z najbardziej kontrowersyjnych zmian. Najważniejsza z nich to pozostawienie JOW-ów w gminach do 20 tys. mieszkańców.
Kolejne poprawki dotyczą komisarzy wyborczych. Nie będzie ich ok. 400, jak przewidywał projekt, lecz tylko 100. - Okręgiem działania dla każdego z nich będzie okręg do Senatu - wyjaśnia poseł PiS Łukasz Schreiber. Przy okazji zmniejszono także znaczenie komisarzy. Pierwotny projekt przewidywał bowiem, że to oni zajmą się wyznaczaniem okręgów wyborczych. Teraz PiS postanowił zrezygnować z tego pomysłu - te uprawnienia pozostawi w rękach rad gmin, powiatów i sejmików województw, przynajmniej na razie. Bez zmian pozostanie też wielkość okręgów wyborczych. Jak podsumował poseł PiS Marcin Horała, z 18 uwag zgłoszonych przez PKW posłowie uwzględnili aż 14.
Za to nie wycofano się m.in. z nowej definicji znaku "x" na karcie wyborczej (rozumianego jako co najmniej dwie przecinające się linie), powołania w "nieodległym czasie" nowego szefa Krajowego Biura Wyborczego czy nowej formuły wskazywania 9 członków Państwowej Komisji Wyborczej. - Mamy nadzieję, że wreszcie skończycie państwo z bezpodstawnym atakiem na ten projekt, dostrzeżecie nasze daleko idące dążenie do kompromisu i będziemy mogli go wspólnie przyjąć - podkreślił poseł Horała.
Dla samorządowców najistotniejsza może się okazać poprawka PiS dotycząca kadencyjności. Oczywiście partia rządząca nie wycofuje się z zasady, zgodnie z którą szefowie miast i gmin będą mogli sprawować swoją funkcję maksymalnie przez dwie kadencje. - Przy czym wójt po dwóch kadencjach będzie mógł kandydować do innej jednostki samorządu terytorialnego - precyzuje poseł Szymon Szynkowski vel Sęk. Jedna kadencja nie będzie trwać 4 lata jak obecnie, ale zostanie wydłużona do 5 lat. To oznacza, że "wyborczy topór" opadnie na dwukadencyjnych samorządowców dopiero w 2028 r. Jest to także wyjście naprzeciw oczekiwaniom tzw. gowinowców, wchodzących w skład Zjednoczonej Prawicy, którzy stawiali właśnie na wydłużenie czasu sprawowania rządów.
Opozycja i tak niezadowolona
Partie opozycyjne mimo złożonych poprawek krytykuje projekt PiS. PO, Nowoczesna i PSL wniosły o jego odrzucenie. - Zobaczymy, jak te poprawki wyglądają, bo diabeł tkwi w szczegółach. To, że zapowiadacie wycofanie się ze złych rozwiązań, nie znaczy, że to będzie miało odzwierciedlenie w poprawkach. Grzebiecie w kodeksie wyborczym na parę miesięcy przed wyborami samorządowymi nie po to, żeby je ulepszyć albo przeprowadzić sprawniej, tylko po to, żeby zwiększyć w nich swoje szanse - grzmiał w środę z sejmowej mównicy poseł PO Jacek Protas.
Natomiast Kukiz,15 jeszcze w środę określił projekt mianem "niechlujstwa legislacyjnego". Tymczasem wkrótce projektem ustawy zajmą się senatorowie. Z naszych rozmów z przedstawicielami PiS w izbie wyższej wynika, że wiele propozycji ich partyjnych kolegów z Sejmu budzi ich sprzeciw. Chodzi np. o zasadę dwukadencyjności. To oznacza, że projekt może jeszcze ulec zmianom, zanim na dobre opuści parlament.
@RY1@i02/2017/243/i02.2017.243.18300070a.801.jpg@RY2@
Tomasz Żółciak
@tzolciak
Wybory nie będą już takie same
@RY1@i02/2017/243/i02.2017.243.18300070a.103(c).jpg@RY2@
Wybory nie będą już takie same
OPINIE
Zmiany wprowadzane 10 miesięcy przed wyborami świadczą co najmniej o braku wyobraźni projektodawców, jeśli nie o złej woli
@RY1@i02/2017/243/i02.2017.243.18300070a.802.jpg@RY2@
Wojciech Hermeliński przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej
W lipcu 2016 roku minęło 25 lat od momentu, gdy zarządzeniem Prezydenta RP została po raz pierwszy powołana Państwowa Komisja Wyborcza w składzie sędziowskim z prof. Andrzejem Zollem jako przewodniczącym. Zarządzenie prezydenta z 5 lipca 1991 r. było wypełnieniem łacińskiej paremii iudices electionis custodes (sędziowie kustoszami wyborów - red.). Przyświecała ona także ustawodawcy wprowadzającemu - w trakcie procesu transformacji ustrojowej w Polsce rozpoczętej w 1989 r. - system wyborczy, nad którym mieli czuwać sędziowie. Decyzja ta była ze wszech miar słuszna, jeśli zważyć niepodważalną i faktycznie niekwestionowaną wówczas godność urzędu sędziowskiego, wymogi adresowane do osób ubiegających się o dostęp do urzędu sędziowskiego oraz atrybuty łączące się z funkcją sędziowską, w tym zwłaszcza gwarancję niezawisłości. Zgodnie z obowiązującym kodeksem wyborczym, składająca się z 9 sędziów PKW (po trzech z Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego), którą Prezydent RP powołuje na 9-letnią kadencję, jest stałym najwyższym organem wyborczym w sprawach przeprowadzania wyborów i referendów. Jej podstawowym zadaniem jest sprawowanie nadzoru nad przestrzeganiem prawa wyborczego, a także m.in. powoływanie komisarzy wyborczych, okręgowych i rejonowych komisji wyborczych oraz ustalanie i ogłaszanie wyników głosowania i wyników wyborów. Sędziami są także komisarze wyborczy, jak również członkowie okręgowych i rejonowych komisji wyborczych oraz przewodniczący terytorialnych komisji wyborczych. Obowiązujący w Polsce sędziowski model niezależnej administracji wyborczej zalecany jest państwom tzw. młodej demokracji przez Komisję Wenecką. Został nadto przychylnie oceniony w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego, który w wyroku o sygn. K 26/00 stwierdził: "Rozwiązania dotyczące PKW przyjęte w Ordynacji z 2001 r., a wcześniej także w Ordynacji z 1993 r., w szczególności jej sędziowski skład, gwarantują obiektywizm i niezawisłość od nacisków politycznych i urzędowych".
Oczywiste jest, że model obowiązujący w Polsce, tj. sędziowski system wyborczy, jest jednym z wielu możliwych i do dyskrecjonalnej decyzji ustawodawcy należy możliwość jego zmiany bądź modyfikacji. Wydaje się jednak, że zarówno wyborcom, jak i osobom pełniącym funkcje w organach wyborczych należy się uczciwe i przekonywające uzasadnienie decyzji skutkującej odstąpieniem od dotychczasowego systemu. Tymczasem jedyną przesłanką mającą uzasadnić odstąpienie od obecnego modelu struktury organów wyborczych i wyrugowanie z niego sędziów jest powoływanie się na rzekome sfałszowanie wyników wyborów do organów samorządu terytorialnego w 2014 r. Taką też tezę prezentuje uzasadnienie procedowanego obecnie w Sejmie projektu zmian w Kodeksie wyborczym, stwierdzając, że analiza procedur wyborczych przeprowadzonych jesienią 2014 r. nie pozwala wykluczyć świadomych działań na korzyść jednych komitetów wyborczych i na szkodę innych, a "suma takich fałszerstw faktycznie mogła również wpłynąć w istotny sposób na wynik wyborczy". Teza ta, rozdęta do kuriozalnych wręcz rozmiarów, była prezentowana przez przedstawicieli Ruchu Kontroli Wyborów podczas posiedzeń komisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektów ustaw z zakresu prawa wyborczego. Tymczasem po wyborach w 2014 r. do sądów okręgowych wpłynęły łącznie 1472 protesty, z czego uwzględniono 53. Oczywiste jest, że nie miały one wpływu na ostateczny wynik wyborów, tym bardziej jeśli zważy się, że Polska podzielona była na ponad 39 tys. okręgów wyborczych. Dodać należy, że badania - przeprowadzone przez ekspertów powołanych przez Fundację Batorego - 52 tys. kart wyborczych z roku 2014 ze 100 losowo wybranych obwodów głosowania pozwoliły na stwierdzenie, iż 18 proc. głosów nieważnych było spowodowanych w większości niepostawieniem żadnego znaku w żadnej kratce (prawdopodobnie wyborcy nie odpowiadał żaden kandydat) oraz postawieniem więcej niż jednego znaku na karcie wyborczej (co może świadczyć o braku umiejętności posługiwania się kartą wyborczą).
Dla wykazania potrzeby zmian w strukturze organów wyborczych podnosi się nieprawdziwe zarzuty o sfałszowanych wyborach w 2014 r. Tymczasem każdy racjonalnie myślący wyborca doskonale pamięta, że przyczyną problemów był wówczas wyłącznie wadliwie działający system informatyczny, który doprowadził do opóźnień w ogłoszeniu wyniku. Całkowicie pomija się natomiast trzy ważne przedsięwzięcia wyborcze w roku 2015: wybory prezydenckie, referendum i wybory parlamentarne, co do których przebiegu i uczciwości nie stawiano wówczas zarówno PKW, jak i Krajowemu Biuru Wyborczemu jakichkolwiek zarzutów. Niezrozumiałe są wypowiedzi niektórych polityków, np. posła Matusiewicza, który stwierdził, że projekt zmian wprowadza system europejski. Wypadałoby zapytać, w jakich wyborach pan poseł i pozostali posłowie, a także senatorowie obecnej kadencji parlamentu wybrani zostali w wyborach w 2015 r? Czyżby nieeuropejskich?
Wybory do organów samorządu terytorialnego są najtrudniejszymi i najbardziej skomplikowanymi spośród wszystkich przeprowadzanych w Polsce. Stąd zaniepokojenie PKW szybkością wprowadzanych zmian, jak również - a może wręcz przede wszystkim - jakościową zmianą dotychczasowych instytucji wyborczych.
Za znaczące utrudnienie procesu wyborczego - grożące wręcz jego zablokowaniem - należy uznać, mające nastąpić niemalże natychmiast po wejściu w życie noweli, usunięcie ze stanowiska dotychczasowego szefa Krajowego Biura Wyborczego i zastąpienie go nowym, wybranym przez PKW spośród kandydatów przedstawionych przez organ władzy wykonawczej, jakim jest minister spraw wewnętrznych i administracji po zasięgnięciu niewiążącej opinii szefów kancelarii Sejmu, Senatu i Prezydenta RP. PKW sprawuje nadzór nad przestrzeganiem prawa wyborczego. Cały ciężar technicznego, administracyjnego i finansowego przeprowadzenia wyborów spoczywa natomiast na Krajowym Biurze Wyborczym. Wymiana jego szefa, legitymującego się wiedzą i wieloletnim doświadczeniem (i w ślad za nim - co oczywiste - szefów poszczególnych komórek, a być może także pracowników), na 10 miesięcy przed terminem wyborów świadczy co najmniej o braku wyobraźni projektodawców, jeśli nie o złej woli. Ponadto zaangażowanie do tego procesu organu stricte politycznego, jakim jest członek rządu, zdaje się nie potwierdzać forsowanej przez projektodawców tezy o chęci uspołecznienia wyborów. Natomiast wprowadzone przez projektodawców uprawnienie ministra do niezwłocznego powołania szefa KBW w wypadku, gdyby PKW go nie powołała w wyznaczonym ustawowo terminie, świadczy o całkowitym braku zaufania ustawodawcy do PKW i na dodatek proces powoływania szefa KBW czyni fikcją. Uczciwiej byłoby przekazać ministrowi w całości prawo do powoływania szefa KBW bez wywoływania wobec wyborców iluzorycznego wrażenia o rzekomej niezależności PKW w tym zakresie.
Jeśli do powyższego dodamy jeszcze całkowicie odmieniony sposób głosowania (głos jest ważny niezależnie od tego, co wyborca "namalował" w obrębie kratki) czy też nałożony na PKW nowy obowiązek całkowicie wykraczający poza cele, jakie ten organ ma pełnić - tzn. obowiązek sprawdzenia wybranych kart do głosowania i innych dokumentów z wyborów w celu wykluczenia podejrzenia nieprawidłowości w przebiegu wyborów - to wydaje się, że sygnalizowane obawy, co do możliwości sprawnego i przejrzystego przeprowadzenia najbliższych wyborów do organów samorządu terytorialnego na podstawie przepisów zmienionych w sposób, jaki zakłada dyskutowany obecnie w Sejmie projekt, nie są przesadzone.
Opr. T.Ż.
Ograniczanie liczby kadencji jest niezgodne z konstytucją
@RY1@i02/2017/243/i02.2017.243.18300070a.803.jpg@RY2@
Prof. Krystian M. Ziemski założyciel Kancelarii Prawnej Dr Krystian Ziemski & Partners w Poznaniu,
@RY1@i02/2017/243/i02.2017.243.18300070a.804.jpg@RY2@
Maciej Kiełbus parter w Kancelarii Prawnej Dr Krystian Ziemski & Partners w Poznaniu,
Procedowany obecnie w parlamencie poselski projekt nowelizacji zawiera szereg niezwykle istotnych propozycji zmian w samorządowym prawie wyborczym, które mają charakter ustrojowy. Stąd niezwykle istotne pozostaje dokonanie oceny ich zgodności z przepisami Konstytucji RP oraz wyrażonymi w niej wartościami. Dotyczy to w szczególności proponowanych ograniczeń dotyczących wyborów organów wykonawczych gmin polegających na wprowadzeniu limitu kadencji.
Wbrew formułowanym przez niektórych prawników poglądom, konstytucyjnych zasad samorządowego prawa wyborczego dotyczących wyborów organów wykonawczych nie można rekonstruować wyłącznie na podstawie art. 169 ust. 3 Konstytucji RP. Przepis ten stanowi, iż zasady i tryb wyborów oraz odwoływania organów wykonawczych jednostek samorządu terytorialnego określa ustawa. W szczególności za obarczoną poważnym błędem uznać należy tezę bazującą wyłącznie na interpretacji tego przepisu, sprowadzającą się do twierdzenia, iż ustawodawca posiada w przedmiotowym zakresie pełną swobodę regulacyjną.
Zasady samorządowego prawa wyborczego związane z wyborem organów wykonawczych powinny być rekonstruowane z uwzględnieniem całokształtu regulacji konstytucyjnych i wynikających z nich wartości, w tym zasady pomocniczości (subsydiarności) wyrażonej w preambule Konstytucji RP, naczelnych zasad ustrojowych wyrażonych znajdujących się w Rozdziale I, wolności i praw wyrażonych w Rozdziale II oraz całokształtu regulacji odnoszących się do samorządu terytorialnego wyrażonych w Rozdziale VII.
W oparciu o całokształt regulacji konstytucyjnych należy uznać, iż wprowadzenie ograniczenia maksymalnej liczby kadencji pełnionych przez osoby sprawujące urząd wójta, burmistrza czy prezydenta miasta stanowi nie tylko ograniczenie biernego prawa wyborczego, ale również ograniczenie czynnego prawa wyborczego, a tym samym jako ograniczenie samodzielności wspólnot lokalnych.
Ograniczenie samorządowych praw wyborczych związanych z wyborem organów wykonawczych może być, w świetle Konstytucji RP, ustanawiane tylko ustawą i tylko wobec spełnienia się określonych przesłanek, tj. w sytuacji gdy jest to konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw. Ustawowe ograniczenie samorządowych praw wyborczych związanych z wyborem organów wykonawczych, polegające na ograniczeniu maksymalnej ilości kadencji pełnionych przez osoby sprawujące urząd wójta, burmistrza czy prezydenta miasta, nie wypełnia powyższych przesłanek uzasadniających ograniczenie samorządowych praw wyborczych związanych z wyborem organów wykonawczych.
Jednocześnie podkreślić należy, iż całkowicie błędne i pozbawione jakichkolwiek podstaw są argumenty zwolenników ograniczenia kadencyjności organów wykonawczych jednostek samorządu terytorialnego odwołujące się do analogii z rozwiązaniami dotyczącymi Prezydenta RP. Twierdzenia w tym zakresie całkowicie abstrahują od obowiązujących w Polsce rozwiązań ustrojowych, które dotyczą tych organów. W szczególności w przypadku organów samorządu terytorialnego ustawodawca zagwarantował szeroki system kontroli i nadzoru nad ich działalnością oraz wprowadził stosunkowo rozbudowane rozwiązania pozwalające na odwołanie przed upływem kadencji (zarówno w drodze referendum, jak i w trybie nadzorczym).
Dodatkowo należy wskazać, iż z zasady prawidłowej legislacji, wywodzonej z art. 2 Konstytucji RP, wynika obowiązek poprzedzenia decyzji o przygotowaniu projektu ustawy m.in. ustaleniem możliwości podjęcia środków interwencji organów władzy publicznej, alternatywnych w stosunku do uchwalenia ustawy pozwalających na uzyskanie zakładanych celów, określeniem przewidywanych skutków społecznych, gospodarczych, organizacyjnych, prawnych i finansowych każdego z rozważanych rozwiązań oraz zasięgnięciem opinii podmiotów objętych zakresem interwencji organów władzy publicznej. W przedmiotowym zakresie projektodawcy, słusznie diagnozując niektóre problemy dotyczące funkcjonowania samorządu terytorialnego w Polsce, proponują całkowicie błędne rozwiązania, które ich nie wyeliminują, a w niektórych sytuacjach mogą je wręcz spotęgować. Konieczne jest w tym zakresie podjęcie rzeczywistych prac zmierzających do systemowej reformy ustrojowego prawa samorządowego.
Wobec powyższych uwag uznać należy, iż sposób liczenia kadencji w kontekście wprowadzenia ograniczenia kadencyjności ma charakter wtórny. Uznając bowiem samo wprowadzenie ograniczenia w tym zakresie za sprzeczne z przepisami Konstytucji RP także bez znaczenia pozostaje sposób liczenia kadencji. Zarówno odniesienie się w tym zakresie do kadencji minionych, jak i ograniczenie rozwiązań wyłącznie do kadencji przyszłych należy uznać z gruntu za wadliwe. Podobnie bez znaczenia dla powyższej oceny pozostają propozycje zmiany długości kadencji.
Odrębną kwestią pozostaje ocena trybu, w którym proponuje się wprowadzić przedmiotowe zmiany. Tak ważna zmiana ustrojowa zawarta w projekcie poselskim zgłoszonym przez parlamentarzystów partii rządzącej zdaje się zmierzać do ominięcia szeregu wymogów proceduralnych związanych z projektami rządowymi. W szczególności zmierza to do pominięcia konsultacji i uzgodnień, które pozwoliłyby na przedstawienie uwag przez wszystkich zainteresowanych. Tymczasem inicjatywa poselska procedowana w nadzwyczajnie szybkim tempie znacząco zadanie to utrudnia, i jak się zdaje to właśnie ma na celu.
Na chwilę obecną nie sposób przewidzieć ostatecznego kształtu procedowanych rozwiązań. Zapowiedziano bowiem ich częściową korektę. Czas pokaże, czy zmiany te będą miały charakter stricte techniczny, czy też odnosić się będą do istoty proponowanych rozwiązań.
Opr. L.J.
OPINIA EKSPERTA
System wyborczy, aby mógł służyć wyłanianiu prawomocnej reprezentacji politycznej, musi być zrozumiany i zaakceptowany zarówno przez wybierających, jak i kandydujących
@RY1@i02/2017/243/i02.2017.243.18300070a.805.jpg@RY2@
dr hab. Bartłomiej Michalak prof. UMK, specjalista z zakresu prawa wyborczego, ekspert Fundacji im. Stefana Batorego w Warszawie
System wyborczy to mechanizm, za pośrednictwem którego głosy wyborców przekształcane są w mandaty. Mówiąc bardziej obrazowo, system wyborczy jest jak lustro, w którym skupiają się preferencje polityczne obywateli (pod postacią głosów wrzucanych do urny), a jego odbiciem jest pewien układ polityczny (w postaci stanowisk i mandatów obsadzanych w konkretnych wyborach). Nie jest to jednak obraz w pełni symetryczny. Oznacza to, że systemy wyborcze zawsze deformują w pewien sposób wynik wyborczy, tak jak odbicie w lustrze jest zawsze zniekształceniem spowodowanym właściwościami samego lustra. Ta nieunikniona deformacja jest wpisana w istotę systemu wyborczego. Znając ten mechanizm i właściwości poszczególnych ordynacji wyborczych, można wpływać na kierunek procesów politycznych zachodzących w państwie. Mówiąc wprost, można faworyzować lub utrudniać pewnym partiom politycznym zdobywanie mandatów i stanowisk, a w konsekwencji ich wpływ na władzę. Politolodzy dobrze wiedzą, że to właśnie system wyborczy jest jednym z bardziej podatnych na manipulację elementów systemu politycznego. Dlaczego? Bo pod pretekstem zmian "technicznych" można znacząco zmieniać kierunek i siłę deformacyjnej natury tego systemu i manipulować jego "odbiciem".
Pokusa manipulacji regułami wyborczymi jest wśród polityków bardzo silna i nie ma tutaj geograficznych wyjątków. Najstarszą i najlepiej znaną praktyką jest manipulacja granicami okręgów wyborczych, tzw. gerrymandering. W USA sięga ona początków XIX w. Jego przykłady znaleźć można również w innych państwach. Ilustracją takiej spektakularnej manipulacji okręgami wyborczymi - dodajmy, że zakończonej porażką manipulatora - jest Irlandia z 1977 r. Tymczasem przepływ elektoratu między zwolennikami rządzącej w Irlandii koalicji a opozycją okazał się większy, niż to wynikało z przedwyborczych analiz. W rezultacie plan wygrania wyborów dzięki zmianie granic okręgów - po to, aby zminimalizować zjawisko marnowania głosów w okręgach, gdzie przewagę miała opcja rządząca - zakończył się całkowitą porażką rządzących. Manipulujący granicami minister James Tully osiągnął rezultat przeciwny do zamierzonego, a w słowniku politologicznym pojawił się nowy termin tullymander - na oznaczenie sprzecznego z intencjami manipulatorów efektu odwrotnej gerrymanderki.
Przykładów na to, że manipulacja systemem wyborczym to zdecydowanie miecz obosieczny jest jednak więcej. Przed wyborami samorządowymi w 2006 r. rządząca w Polsce koalicja PiS-Samoobrna-LPR wprowadziła instytucję łączenia w tzw. bloki list komitetów wyborczych w wyborach samorządowych. Miała ona umożliwić zgrupowanym w ten sposób podmiotom przechwycenie większej liczby mandatów niż gdyby startowały poza blokiem. Mechanizm w założeniu miał premiować najsilniejsze komitety. Tymczasem jednym z beneficjentów tego rozwiązania okazało się Polskie Stronnictwo Ludowe. Przy 13 proc. głosów uzyskało ono prawie 15 proc. mandatów (bez blokowania miałby o 5 mandatów mniej). Najbardziej na blokowaniu skorzystała jednak Samoobrona, która zdobyła o 23 mandaty więcej, niż przypadłoby jej na podstawie normalnego podziału. Z kolei dwa największe ugrupowania tych wyborów straciły: PiS 10, a PO 6 mandatów.
System wyborczy, aby mógł w sposób skuteczny i uczciwy służyć wyłanianiu prawomocnej reprezentacji politycznej, musi być zrozumiany i zaakceptowany zarówno przez wybierających, jak i kandydujących. Szeroki konsensus - poprzedzony rzetelną publiczną debatą na ten temat - powinien stanowić zaś gwarancję jego trwałości, a także skuteczny mechanizm uniemożliwiający politykom dokonywanie doraźnych modyfikacji i manipulacji dyktowanych partykularnymi interesami politycznymi. Zmiany przeprowadzane jako odpowiedź na bieżące potrzeby polityczne, realizowane w pośpiechu i bez należytej refleksji na temat ich konsekwencji, mogą doprowadzić do stanu, w którym wybory przestaną spełniać swoją podstawową funkcję, czyli legitymizującą rządzących. To zaś w skrajnej sytuacji może podważyć samą istotę rządów demokratycznych, która przecież opiera się na zaufaniu do sposobu, w jaki te rządy są wyłaniane. ⒸⓅ
Opr. T.Ż.
Lokalnie powinniśmy wybierać nie partie, ale ludzi, których znamy
EUGENIUSZ GOŁEMBIEWSKI: Samorządy powinny przekonywać swoich mieszkańców, by głosowali na lokalne komitety. Jeśli nie dotrzemy z tym przekazem do naszych wyborców, wówczas "piekło polityczne" z Warszawy przeniesie się do Polski lokalnej.
Podczas II czytania PiS wycofał się z wielu zmian m.in. w kodeksie wyborczym. M.in. zdecydował się na pozostawienie JOW-ów w gminach do 20 tys. mieszkańców. Czy to dobrze?
To bardzo dobrze. W małych gminach znamy się wszyscy bardzo dobrze. Wyborcy chcą głosować na ludzi, a nie partie polityczne, jakby to było w przypadku wprowadzenia ordynacji proporcjonalnej. JOW-y dają także szansę zaistnienia w życiu publicznym indywidualnym osobom, które chcą reprezentować swoich sąsiadów, a nie taki bądź inny "zbiorowy" komitet wyborczy. Dzięki tej możliwości takie osoby już pojawiły się w życiu publicznym mojego miasteczka i są znakomitymi radnymi. Sądzę, że i w innych małych gminach jest podobnie.
Jaką rolę po zmianach miałaby odgrywać gmina przy organizacji wyborów? Czy to samorząd będzie musiał zakupić przezroczyste urny i założyć kamery z internetowym podglądem?
Z relacji medialnych wynika, że za zapewnienie warunków materialnych i technicznych mają odpowiadać gminy. Przy czym przezroczyste urny już mamy, natomiast kamery do transmisji internetowej trzeba będzie kupić, a to nie będzie mały wydatek. Kłopotem mogą być też dobrej jakości łącza internetowe. Największym problemem będzie jednak zapewnienie wystarczającej liczby sprawnych informatyków.
Czy liczy pan, że samorządy dostaną odpowiednie środki na przeprowadzenie wyborów?
Mam nadzieję, że tak będzie. Bo skąd mamy mieć na to pieniądze. Można się obawiać, że jeśli organizacja wyborów od strony technicznej przestanie być zadaniem zleconym, a stanie się własnym, to możemy być prawnie zmuszeni do ich współfinansowania z budżetów gmin. A co będzie, jeśli gmina w swoim budżecie tych pieniędzy nie znajdzie?
Według nowych zasad mają być też dwie komisje wyborcze. Czy i jakie zagrożenia pan w tym dostrzega?
Na pewno będzie to dużo droższe. Jak mówią mi osoby, które wiele razy pracowały w komisjach, największym problemem stanie się przekazywanie dokumentów wyborczych. Może to trwać bardzo długo w przypadku jakichkolwiek niezgodności. Największe problemy mogą być przy przekazywaniu czystych kart do głosowania i list wyborczych z podpisami. Jeśli się zdarzy jakakolwiek rozbieżność między liczbą kart wydanych i podpisów na listach, wówczas ustalanie przyczyn tego typu rozbieżności może trwać bardzo długo. A wybory samorządowe są najbardziej skomplikowane spośród wszystkich wyborów w Polsce. Osobiście jestem zwolennikiem tego, aby wybory do rad gmin i ich szefów, a więc wójtów, burmistrzów i prezydentów, oddzielić od tych do rad powiatów i sejmików. To, że wybory samorządowe do wszystkich szczebli przeprowadzane są jednocześnie, sprawia, że jest tak wiele nieważnych głosów.
Posłowie poszli jednak na ustępstwa i w efekcie każda z komisji będzie mogła mieć minimalnie 5 członków. A więc łącznie będzie ich 10, czyli tylu, z ilu składa się obecnie jedna komisja wyborcza. To chyba kolejna poprawka na plus?
W przypadku liczenia głosów pięć osób w komisji to stanowczo za mało. Jeśli w takim gremium przeważać będą "znajomi królika", którzy nie będą mieć wiedzy, predyspozycji i umiejętności do wykonania tej ciężkiej i odpowiedzialnej pracy, to mogą być kłopoty. Dotyczyć to będzie w szczególności przedstawicieli kanapowych, niemających swoich struktur w terenie, partii politycznych. Do takich ugrupowań zgłaszają się różni, czasem przypadkowi ludzie, którzy otrzymują pełnomocnictwa, a następnie zgłaszają do pracy w komisji swoich znajomych. Dla wielu z nich to tylko okazja, aby zarobić kilkaset złotych. W starym systemie delegowani do pracy w komisji urzędnicy samorządowi czuwali nad tym, aby praca tego gremium była właściwa i zgodna z prawem. Gdy ich zabraknie, mogą być kłopoty. Myślę też, że w większości gmin komisje będą obsadzane w pełnym składzie, bo każdy będzie chciał obserwować wybory, a zwłaszcza liczenie głosów.
Czy nie obawia się pan, że wyborów według nowych zasad nie uda się przygotować na czas?
Jeśli taką opinię ma nawet Państwowa Komisja Wyborcza, to jest w tym na pewno wiele racji. Jak będzie? Pokaże czas. Po wycofaniu się przez PiS z wielu wcześniejszych propozycji komplikujących proces wyborczy jestem nieco większym optymistą, że wybory uda się jednak sprawnie zorganizować.
PiS wycofał się z rozwiązania, aby o mandat radnego w gminie mogły ubiegać się osoby zamieszkałe na terenie województwa, na którym znajduje się ta gmina. Czy to dobra zmiana?
W mojej ocenie ten pierwotny pomysł był fatalny. Z góry widać było, że to koncepcja polityczna, fundująca społecznościom lokalnym "spadochroniarzy" z innych gmin. Tego na pewno nie robiłyby komitety lokalne, ale partie polityczne, więc z góry wiadomo, w czyim miało to być interesie. Czym innym jest "wynająć" wójta, burmistrza czy prezydenta jako menedżera, choćby z innej gminy, a czym innym jest wybór radnych.
Rządzi pan od 1991 r. Jak ocenia pan ograniczenie dla włodarzy, którzy będą mogli sprawować swoje funkcje tylko przez dwie, za to 5-letnie kadencje?
Jako obywatel nie zgadzam na wprowadzenie limitu dwukadencyjności. To, że kadencje mają być pięcioletnie, jest tylko "mniejszym złem". Wprowadzenie tej zasady odbierze część praw konstytucyjnych zarówno tym, których to dotyczy, czyli wójtom, burmistrzom i prezydentom, ale także naszym wyborcom, którzy nie będą mogli głosować na sprawdzonych gospodarzy gmin. Z tego, co pamiętam, limit kadencyjności w Europie prowadzony jest tylko w Portugalii i we Włoszech. Jeśli limit ten zostanie wprowadzony także i w Polsce, to wówczas wielu wartościowych kandydatów nie będzie zainteresowanych karierą w samorządzie. Nie mówię tego, myśląc o sobie, bo z mojego PESEL-u wynika, że dwie kadencje, o które będę mógł się ubiegać, to więcej niż potrzeba mi do emerytury. Jest bardzo wiele przykładów nie tylko w małych gminach, że wielokadencyjni włodarze wybierani są na kolejne kadencje nie dlatego, że stworzyli sitwę, ale tylko z tego powodu, że są najlepsi. Wymienię tu choćby znakomitych, wielokadencyjnych prezydentów: Gdyni, Torunia, Rzeszowa, Tych czy Bielska-Białej.
Na co samorządy powinny zwrócić szczególną uwagę przy organizowaniu wyborów?
Samorządy, zwłaszcza te, w których dominują przedstawiciele obywatelskich komitetów lokalnych, powinny przede wszystkim uświadamiać swoich mieszkańców i przekonywać ich, aby wybierali nie partie polityczne, ale ludzi, których dobrze znają. Jeśli nie dotrzemy z tym przekazem do naszych mieszkańców, to wówczas "piekło polityczne" z Warszawy przeniesie się do Polski lokalnej. Wtedy nie będzie ważne kto ma rację, a tylko to, kto tę rację głosi.
ⒸⓅ
@RY1@i02/2017/243/i02.2017.243.18300070a.806.jpg@RY2@
Eugeniusz Gołembiewski burmistrz Kowala, wiceprezes Unii Miasteczek Polskich, członek zespołu finansów publicznych Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu
Rozmawiał Artur Radwan
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu