Straszne państwo. Straszny pieniądz
Pan nie pamięta, ale to przypomina bardzo nieciekawe czasy". "Wy, młodzi, już zapomnieliście, ale przecież my to już przerabialiśmy" - ileż razy w ostatnich miesiącach słyszałem takie zdania. Zazwyczaj zamykały one dość ożywioną wymianę opinii na temat polityki.
Niestety te rozmowy kończyły się zazwyczaj bez konsensu. Co ja mówię konsensu! Mam wrażenie, że im dalej jesteśmy od wyborów 2015 r., tym trudniej znaleźć choćby parę centymetrów wspólnego gruntu do dyskusji. Bo o co się spieramy? Z grubsza o to, czy i jak zmieniać status quo - ustrojowe, gospodarcze, kulturowe - odziedziczone po III RP.
Moje stanowisko brzmi tak: III RP jest państwem mocno niedoskonałym. Coś jak budynek pobielony z zewnątrz, żeby się przed Europą nie wstydzić. Ale w środku już nie jest tak ładnie. Wyższe piętra wygodne i odpicowane. Dostać się tam można prywatną windą. Dół zaniedbany, schody krzywe, a o piwnicach to już lepiej nie mówić. Ludzie żyjący w tym budynku są niby tacy sami i równi, a jednak coraz bardziej inni i obcy. Wspólnota mieszkaniowa też się regularnie zbiera, ale zazwyczaj po to, by stwierdzić, że... jest, jak jest i niewiele da się z tym wszystkim zrobić.
Zapamiętajmy ten obrazek. Bo każdą kolejną ekipę rządową chciałbym oceniać przez pytanie - czy chce status quo zmienić? Czekam na propozycje progresywne, wyrównujące szanse i budujące solidarność między mieszkańcami różnych pięter. To jest miarka, którą przykładałem do PO i PSL (w pierwszej kadencji było z tym gorzej, w drugiej trochę lepiej). A teraz tak samo chciałbym oceniać PiS. Ale żeby oceniać, muszę mieć możliwość wystawienia im rozmaitych ocen. Czasem pochwalić (za 500+ czy rynek pracy), czasem zganić (za TK, TKM w mediach publicznych i fatalną politykę europejską).
Często jednak słyszę, że postępując w taki sposób, jestem "pożytecznym idiotą" PiS. Bo zdaniem moich adwersarzy projekt partii Kaczyńskiego jest tak do cna niebezpieczny, że należy odrzucić go w całości. Nie oglądając się na pozytywy, które się tu i ówdzie pojawiają (choć w drugim roku władzy trochę ich jakby mniej). Padają przy okazji mocne diagnozy o pełzającym autorytaryzmie, a czasem nawet faszyzmie. Gdy pytam o twarde dowody, słyszę zazwyczaj złowieszcze "jeszcze się ich doczekasz". Miękkie dowody widzę sam: począwszy od obezwładnienia Trybunału Konstytucyjnego przez niewybaczalny skok na media publiczne dewastujący zaufanie Polaków do tej ważnej instytucji po fatalną, prowadzoną w osamotnieniu i pozbawioną wizji politykę europejską. Mój problem polega jednak na tym, że dokładnie na tych samych polach przed 2015 r. też nie było różowo. Trybunał rozpatrywał sprawy według dziwacznego klucza, a gdy jego wyroki nie były egzekutywie na rękę, to po prostu odwlekano ich wykonanie. Media publiczne dogorywały, bo politycy nie potrafili (nie chcieli?) zapewnić im solidnych źródeł finansowania. A polska dyplomacja wspierała fatalną dla europejskiej solidarności i nierozsądną ekonomicznie strategię gaszenia pożaru benzyną przy pomocy polityki oszczędnościowej (austerity). Gdy to mówię, znów słyszę, że "tego nie można porównywać" albo że "tu nie ma żadnej symetrii". A czy ja mówię o symetrii? Nie. Czy ja mierzę linijką odstęp od jednego czy drugiego obozu? Nie! Jestem nawet w stanie zgodzić się z politologiem Jarosławem Flisem, który nazwał projekt Kaczyńskiego "IX RP". A więc III RP i jej patologiami podniesionymi do sześcianu. Zabawnie i dość celnie.
To jednak krytykom nie wystarcza. Długo nie rozumiałem dlaczego. Dlaczego nie mogą postrzegać Tuska i Kaczyńskiego jako dwóch stron tej samej monety. Jako pozorne przeciwieństwa, tak naprawdę mające bardzo podobny pomysł na Polskę i na politykę. I których trzeba tak samo uważnie pilnować, bo taka jest rola krytycznych obywateli.
Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że jest to spór, którego nie da się rozstrzygnąć samymi argumentami. Konieczny jest kontekst. I to dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, klasowy. Który w III RP z grubsza został wyznaczony przez przebieg neoliberalnej transformacji. Ona stworzyła klasę sytych zwycięzców oraz wzgardzonych przegranych. W jakimś sensie odtworzył się w przestrzeni publicystycznej, tworząc trudne do przeskoczenia podziały między obozem liberalnym (raczej beneficjentem) i prawicowym (częściej przegranym) 25-lecia. Drugi kontekst jest pokoleniowy. Dla ludzi, których uformowało doświadczenie PRL, państwo, a często nawet same wspólnotowe hasła budzą głęboką rezerwę. Wśród starszego, a nawet średniego pokolenia istnieje więc wielkie wyczulenie na możliwości nadużycia władzy politycznej.
Oba konteksty nakładają się na siebie. To oczywiste, że zwycięzcy transformacji krzywo patrzą na ideę silnego państwa, wspólnotowości i redystrybucji. Tym krzywiej, że mają narastające poczucie autentycznego zagrożenia dla osiągniętego przez nich sukcesu. Opinia publiczna w III RP zrobiła wiele, by przekonać Polaków, że wszystko zawdzięczają tylko sobie. Ten indywidualizm opiera się oczywiście na kłamstwie (gros polskiej populacji jest przecież "produktem" darmowego systemu edukacji). Niewielu jednak zdaje się to dostrzegać.
Pośród przegranych starszego pokolenia silne państwo też pewnie kojarzy się nie najlepiej, ale jest pewnie mniejszym złem. A to dlatego, że przegrani mają jeszcze drugie konkurencyjne doświadczenie. Jest to przemoc rynku. Bo to nieprawda, że w III RP, gdzie instytucje polityczne były słabe, władza leżała na ulicy. Raczej objawiła się przemocą ekonomiczną. A więc tym, że racji nie miał już sekretarz ani minister, lecz pieniądz. Gdy go miałeś, świat się do ciebie uśmiechał i nie potrzebowałeś już znajomości w komitecie ani dostępu do towarów spod lady. Gdy ci jednak siły ekonomicznej brakowało, zazwyczaj nie miałeś racji. Najlepszy przykład tego mechanizmu to warszawska afera reprywatyzacyjna. Odbywająca się w majestacie prawa akcja uwłaszczenia silnych i majętnych na dobru wspólnym. Kosztem słabych oraz pozbawionych prawa głosu.
Młodsze (choć już nie takie znów młode) pokolenie, do którego należę, przemoc ekonomiczną zna już doskonale. Jedni przywiązują do niej większą wagę, inni mniejszą. To pewnie zależy od perspektywy klasowej. Ale nikt nie zaprzecza, że ona istnieje. To jest strach naszego pokolenia. Naprzeciw nas stoją starsi, którzy boją się władzy politycznej, a ekonomiczną lekceważą. Kto ma rację? Oczywiście całkowitej nie ma nikt. Cenne jest i jedno, i drugie doświadczenie.
Dlatego rozumiem, czemu mówią do mnie "Pan tego nie pamięta, ale...". Lub - "Takie pomysły na pewno doprowadzą do...". Ale proszę przestać tak mówić. To niczego nie wnosi do dyskusji. Raczej ją kończy. Jak byście się, starsi koledzy, czuli, gdyby na każdym kroku mówić wam, że "straciliście kontakt z rzeczywistością". Każde pokolenie ma swoje strachy. Na dodatek zmieniają się one w zależności od przynależności klasowej. Po to mamy pluralistyczną opinię publiczną, by się w niej te różne perspektywy ucierały.
Ale żeby się utarły, nikogo nie należy z tej rozmowy wypychać. Na tym polega prawdziwa demokracja. Róża Luksemburg (na długo zanim pośmiertnie zrobiono z niej krwiożerczego potwora) pisała, że "wolność jest zawsze wolnością dla myślących inaczej". I ja się z nią zgadzam. ⒸⓅ
@RY1@i02/2017/054/i02.2017.054.00000090a.801.jpg@RY2@
Rafał Woś
"Polityka"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu