Obchodzenie prawa jest nagminne, nikomu nie zależy na zmianach
Filip Pazderski: Do starych metod dochodzą nowe, związane z wykorzystywaniem w kampanii wyborczej mediów społecznościowych. Jest to coraz bardziej powszechne i niebezpieczne, bo wyborcy nie mają świadomości, jak wygląda przekaz informacji w internecie.
Cztery lata temu Instytut Spraw Publicznych sprawdzał, jak przebiegała kampania samorządowa, analizował rozliczenia finansowe komitetów wyborczych. Stwierdził wiele nieprawidłowości, związanych m.in. z niedozwolonymi wpłatami. Czy dziś jest inaczej, czy nadal dochodzi do omijania prawa?
Nadal mamy do czynienia z czymś, co za prof. Adamem Podgóreckim nazywam brudną wspólnotą. Większość kandydatów, którzy biorą udział w wyborach, zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy grają fair, że obchodzą lub naginają przepisy, korzystają z luk w prawie. Ale nikt z tym nic nie robi, nie zgłasza poważniejszych spraw do organów ścigania, a tym bardziej nie podejmuje zmian systemowych. Dlaczego? Bo wszyscy na tym korzystają. Nieprawidłowości się powtarzają, podobne były w poprzednich kampaniach. Teraz dochodzą nowe, bo zmieniają się narzędzia komunikacji, a przepisy nie nadążają za rzeczywistością.
Mówi pan o wykorzystywaniu w kampanii mediów społecznościowych. Chyba nie mamy żadnych zapisów wprost, które jakoś by to regulowały?
Przy poprzednich wyborach jedną z nagminnie obserwowanych przez nas nieprawidłowości było niewłaściwe albo niedostateczne oznakowanie materiałów wyborczych przygotowywanych przez komitety wyborcze. Tylko ok. 26 proc. stron internetowych monitorowanych przez nas kandydatów była oznakowana prawidłowo, różnie to też wyglądało w przypadku materiałów wyborczych, szczególnie tych stosowanych w internecie. Teraz jest tego o wiele więcej, bo mamy olbrzymią kampanię prowadzoną w sieciach społecznościowych, gdzie pod przykrywką niezależnych wyborców kryją się firmy doradcze, które upowszechniają treści na rzecz kandydatów i w ogóle nie wiemy, że jesteśmy poddawani działaniom marketingowym. A ten przepis był po to wprowadzony, by wyborca był świadomy, kto kieruje do niego przekaz. I jeśli nie mamy odrębnych regulacji dla samego internetu, to powinniśmy go tam stosować. Na przykład na Facebooku widać, które materiały są reklamą. Na tej samej zasadzie przy informacji wyborczej powinna być adnotacja, jaki komitet wyborczy ją zlecił. Wiele osób nie ma świadomości, jak ten przekaz informacji w internecie działa. Tworzy się taki dowód społecznej słuszności – nawet jeśli myślę inaczej, to pod wpływem otaczających mnie opinii innych osób, zaczynam zmieniać zdanie. To bardzo niebezpieczny mechanizm. Kolejną rzeczą, o której teraz sporo się mówi, jest wykorzystanie w kampanii botów. To jest przecież narzędzie wpływu na sposób myślenia wyborców. Jego działanie pokazuje na swoim blogu ekspertka z zakresu social mediów Anna Mierzyńska. Jak pisze, boty są wykorzystywane także w obecnej kampanii wyborczej na prezydenta Warszawy i przede wszystkim zajmują się one multiplikowaniem pozytywnych komentarzy na temat kandydata partii rządzącej i jednocześnie bardzo negatywnych opinii o jego głównym przeciwniku. Najwyższy więc czas na zmianę przepisów kodeksu wyborczego w tym zakresie.
Ale brak norm prawnych to jedno, a skuteczna ich egzekucja to drugie…
Faktycznie. Problem polega na tym, że mechanizm kontrolny jest mocno niedoskonały, a narzędzia organów ścigania ograniczone, bo ponad 98 proc. zgłoszeń naruszeń związanych z kampanią wyborczą jest umarzanych. Prokuratura pewnie nie chce się angażować w działania polityczne. Niezależnie od tego, faktem jest, że te przewidziane w prawie środki są nieefektywne i nie odpowiadają realiom współczesnej komunikacji, olbrzymiej aktywności w internecie. Ona w ogóle nie podlega żadnej kontroli.
A jak jest z finansowaniem kampanii wyborczej? Bo przecież nie możemy powiedzieć, że tu prawa się nie nagina.
O tym, ile wydać na agitację danego kandydata, decyduje komitet wyborczy. Nie ma zasad, jak dzielić te środki na poszczególne osoby startujące w wyborach. Zazwyczaj więc najwięcej przekazuje się na działania na rzecz tego kandydata, który jest liderem. Cała reszta, która jest na dole listy musi radzić sobie sama i stąd jakieś kreatywne pomysły, np. zaniżanie faktur na działania agitacyjne. Kolejna rzecz, o której trzeba pamiętać – duże partie polityczne dostają pieniądze z subwencji, mają też inne wpływy i przekazują je zakładanym przez siebie komitetom wyborczym. Dobrym pomysłem byłoby, by partie miały obowiązek na bieżąco, przynajmniej w okresie przed i w trakcie kampanii, informować o wpłatach na swoje konto, a tym bardziej na fundusz wyborczy. Teraz tylko raz w roku, w kwietniu, składają sprawozdanie finansowe. Wyborcy tuż przed głosowaniem nie mają więc wiedzy o tych przepływach finansowych, nie wiedzą jaka grupa interesów stoi za konkretnym kandydatem wystawionym przez partię polityczną. Zupełnie inaczej to wygląda w przypadku kandydatów niezależnych, których komitety mają na swoich stronach rejestry wpłat, informujące na bieżąco, kto własnymi pieniędzmi popiera ich działalność. Dzięki temu możemy zresztą zaobserwować wiele ciekawych powiązań kandydatów z lokalnym biznesem czy przedsiębiorstwami komunalnymi (nawet jeśli przedstawiciele odpowiednich podmiotów dokonują wpłat zgodnie z prawem, czyli jako osoby fizyczne). Jeszcze dalej idące rozwiązanie zastosowano już w 2014 r. na Słowacji, gdzie podmioty startujące w wyborach samorządowych (oficjalnie wprowadzono to rok później) zgodziły się na „system otwartych kont”. Dzięki temu wyborcy mogli zajrzeć w ich rachunki bankowe i zobaczyć, jakie operacje były na nich wykonywane. Chodziło o zademonstrowanie, że nie ma się nic do ukrycia.
U nas o takich pomysłach nawet się nie dyskutuje…
No właśnie. Jestem rozczarowany ostatnią nowelizacją kodeksu wyborczego, bo większość rzeczy, które porusza dotyczy spraw mniej istotnych – wyglądu urn, nagrywania przebiegu głosowania, z czego zresztą trzeba się było wycofać, a nie spraw kluczowych. Czyli tego, kto finansuje poszczególne komitety i jaki jest dostęp obywateli do tych informacji. Wprowadzono jedną dobrą zasadę – że przestrzeń reklamowa może być udzielana przez osoby fizyczne komitetom wyborczym bezpłatnie. Do tej pory było z tym wiele zamieszania. Zdarzało się, że ktoś wynajmował płot na reklamę kandydata za złotówkę czy tworzył stronę internetową za pięć złotych. Teraz może to być pewnego rodzaju darowizną czy wolontariatem, trochę w stylu amerykańskim, gdzie w każdym ogródku są tabliczki wspierające kandydata. Ten zapis pozwala uniknąć fikcji prawnej.
Wiele się mówi o wykorzystywaniu sprawowanej władzy w kampanii wyborczej czy prekampanii. Ma pan jakiś pomysł, jak to ukrócić?
Przed każdymi wyborami ktoś startuje wcześniej niż powinien. W tej kampanii samorządowej w zasadzie w każdym większym mieście kandydaci zostali zaprezentowani nawet na parę miesięcy przed oficjalnym ogłoszeniem terminu wyborów. W tej kwestii PKW jest bezradna, nie ma narzędzi, by to zjawisko ukrócić. Może tylko apelować do startujących w wyborach, by się opamiętali. Zaś jeśli chodzi o wykorzystywanie urzędu, pozycji w lokalnych władzach do reelekcji, to mamy z tym do czynienia nagminnie. Niestety często w kampanię na rzecz starającego się o reelekcję włodarza zaangażowani są w godzinach pracy zatrudnieni przez niego urzędnicy czy prowadzona przez dany samorząd lokalna gazeta lub telewizja. W tym wypadku dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie przynajmniej jakiegoś urlopu kampanijnego, w trakcie którego kandydat wycofywałby się z aktywnego prowadzenia kierowanego urzędu – samorząd nic by przez ten miesiąc czy dwa nie stracił, a sytuacja byłaby jasna. W Polsce tak się nie dzieje, ale w innych krajach, np. w Wielkiej Brytanii, kandydat, który naginałby prawo i np. wykorzystywał swoją uprzywilejowaną pozycję, nie wygrałby wyborów. Świadomi obywatele nie oceniliby pozytywnie takiego zachowania.
Co więc można zrobić, by kampania była prowadzona bez omijania prawa?
Pomogłoby zwiększenie kultury prawnej wśród Polaków. Byłoby też dobrą reakcją, na obserwowane przez nas wielokrotnie, prowadzenie kampanii wyborczej na rzecz kandydata przez podmiot inny niż jego komitet. W przypadku wyborów samorządowych chodzi przede wszystkim o zaangażowanie jednostek pomocniczych, np. spółdzielni, z których wywodzą się kandydaci danego komitetu. W ich salach organizowane są spotkania wyborcze, na zewnętrznych ścianach budynków umieszczane banery reklamowe, a nawet wykorzystuje się prowadzone przez nie media. Wszystko ma miejsce nieodpłatnie i jest skierowane na wspieranie tylko wybranych kandydatów, a więc jest niezgodne z obowiązującym prawem. Niestety obywatele rzadko zdają sobie z tego sprawę.©℗
Filip Pazderski kierownik projektów, analityk Instytutu Spraw Publicznych
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu