Dokąd zmierza Donald Tusk
Platforma Obywatelska po raz pierwszy od dekady pokonała Prawo i Sprawiedliwość. Głównie za sprawą kanibalizacji Trzeciej Drogi, której wynik zaskoczył nawet pracownie sondażowe. Niemal wszyscy prognozowali przecież, że koalicja partii Szymona Hołowni i Władysława Kosiniaka-Kamysza może liczyć na nieco ponad 10 proc. poparcia. W rzeczywistości wyniosło ono niecałe 7 proc. Nawet jeśli mieści się to w granicy błędu statystycznego, nie sposób wykluczyć, że na finiszu kampanii wydarzyło się coś, co pociągnęło w dół notowania Trzeciej Drogi. Co to mogło być? Najprawdopodobniej zamieszanie wokół aresztowania polskich żołnierzy służących na granicy oraz śmierć młodego funkcjonariusza pchniętego nożem. Trudno się dziwić, że polityczną odpowiedzialnością za oba te wydarzenia został obarczony szef PSL, sprawujący funkcję ministra obrony narodowej. Nie sposób też nie odnieść wrażenia, że wrzucenie tej informacji na kilkadziesiąt godzin przed ciszą wyborczą było kontrolowanym przeciekiem ze strony konkurencji. Szukając źródła przecieku, tropy prowadzą w stronę premiera Donalda Tuska, bo to on mógł odnieść (i odniósł) z tego polityczną korzyść. To też nasuwa szersze obserwacje dotyczące strategii komunikacyjnej, którą szef rządu stosuje niemal od początku tej kadencji.
Wojna, która już trwa
Historia dowodzi, że wybory do Parlamentu Europejskiego zawsze cieszyły się najniższym zainteresowaniem polskich wyborców – za wyjątkiem głosowania w 2019 r., które odbyło się w dość szczególnym momencie, frekwencja oscylowała w okolicach 24 proc. Tym razem udało się zmobilizować zwłaszcza elektoraty największych partii. Sympatycy mniejszych ugrupowań raczej pozostali w domu – poza zwolennikami Konfederacji, dla których te wybory są ważne ze względu na tematykę.
Podczas kampanii zarówno PO, jak i PiS, „grzały” narrację wojenną, więc najwyraźniej wyszło im z badań, że kwestie bezpieczeństwa i zagrożenia ze wschodu to nie tylko narzędzia, które skutecznie zachęcają ich wyborców do głosowania, lecz także utwardzają ich bazy. Od sejmowego exposé Tusk konsekwentnie snuł narrację o tym, że w perspektywie dwóch–trzech lat czeka nas rosyjska ofensywa. Dzisiaj już tak nie mówi. Co więcej, poza ogólnymi deklaracjami trudno zauważyć działania, które wskazywałyby na to, że rządzący szykują się na wojnę. To skłania do podejrzeń, że opowieść o zagrożeniu u bram była niczym innym jak politycznym spinem. Teraz jej miejsce zajął nowy przekaz – o wojnie hybrydowej, która już trwa. To nic, że także z wojną hybrydową nie mamy do czynienia, bo ona zakłada równoczesne wykorzystanie narzędzi konwencjonalnych i niestandardowych. A nie zauważyłem, aby rosyjska armia w konwencjonalny sposób działała na polskiej ziemi. Ważne, że spin działa. Świadczy o tym choćby to, że zdecydowana większość Polaków popiera strzelanie ostrą amunicją do osób próbujących nielegalnie przedostać się na nasze terytorium. Atak na żołnierzy broniących granicy traktowany jest jak atak na nasz dom i rodzinę. Trzeba więc odeprzeć go wszelkimi możliwymi sposobami.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.