Komu przeszkadza brak deficytu
Z a planowane w przyszłorocznym projekcie budżetu państwa zrównoważenie dochodów i wydatków – czyli brak deficytu – to takie 500+ dla ekonomistów. Rząd sprezentował im gorący temat do dyskusji, a ich analizy będą się nim karmiły jeszcze długie tygodnie. Miła to odskocznia od śledzenia wpisów Donalda Trumpa na Twitterze i wieszczenia, kiedy i na kogo swoimi wojnami celnymi sprowadzi recesję.
Zasadniczo do istotnego ograniczenia deficytu, zrównoważenia budżetu, a nawet wypracowania nadwyżki ekonomiści nakłaniają polityków zawsze. Szczególnie jak jest dobra koniunktura – wtedy radzą obrastać w fiskalny tłuszczyk, aby było co zrzucać, gdy przyjdą gorsze czasy (a te przychodzą zawsze). Prywatnie ekonomiści powiedzą wam, że deficyt jest w porządku, bo można dzięki niemu finansować rozwój, trzeba tylko trzymać pod kontrolą dług publiczny i koszty jego obsługi. Chwalenie deficytu to jednak dawanie politykom palca – ci zaraz wezmą całą rękę i będzie z tego wielka dziura w finansach państwa.
Plan zrównoważenia budżetu na tyle wszystkich zaskoczył, że jeszcze chwila i zacznie się nawoływanie: premierze Morawiecki, pokaż deficyt, bo bez niego idziemy na zderzenie ze spowolnieniem i jeszcze będziemy je pogłębiali. Wiele wskazuje, że taki tok rozumowania ma sens, bo przecież budżetem państwa, szczególnie wydatkami inwestycyjnymi, można stymulować wzrost PKB, a obniżkami podatków czy kolejnym socjałem da się zwiększać konsumpcję. Dlatego już niedługo eksperci mogą zacząć kampanię pod hasłem: rządzie, popuść pasa.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.