Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Infrastruktura

W nagrodę będzie hala

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Polskie panczenistki sięgnęły po 50 latach po brązowy medal igrzysk olimpijskich. - W Soczi tych krążków będzie więcej. Także w konkurencjach indywidualnych - prorokuje Helena Pilejczyk.

- To coś cudownego. Widać, cuda się zdarzają - mówiła po biegu Katarzyna Bachleda-Curuś. Katarzyna Woźniak długo nie mogła uwierzyć w to, co się stało. - Spojrzałam na czas i zobaczyłam, że tracimy do Amerykanek blisko sekundę. Pomyślałam sobie: nie damy rady. Ale jak minęłyśmy linię mety, okazało się, że mamy brąz - dodała warszawianka.

- Igrzyska to odrębne zawody. Mieliśmy wiele przypadków, gdy po medale sięgali zawodnicy, którzy nie mieścili się w dziesiątce Pucharu Świata. Choćby Niemiec Jens Boden, który wygrał brąz w Salt Lake City na dystansie 5000 m. A medal naszej drużyny w porównaniu z jego wyczynem to znacznie mniejsze zaskoczenie. W Vancouver wystąpiło tylko osiem najlepszych ekip świata. A to nie jest tak, że jedzie ten, kto chce. Trzeba zająć miejsce w ósemce na trzech Pucharach Świata - mówi Paweł Zygmunt, medalista mistrzostw Europy i świata, czterokrotny olimpijczyk.

Sukces polskiej ekipy przyszedł niespodziewanie. Po słabych występach indywidualnych, w których nasi panczeniści osiągali jedne z najsłabszych czasów, wielu postawiło na nich krzyżyk.

- Pokazały wspaniały charakter. Z Japonkami przegrały niewiele, o ułamki sekund, a mogły przecież walczyć nawet o złoto. A z Amerykankami to było coś wspaniałego. Trochę się poczułam, jakby to był prezent dla mnie, w końcu medal został wywalczony niemalże w rocznicę mojego osiągnięcia (21.02.1960) - uważa Helena Pilejczyk, brązowa medalistka sprzed 50 lat ze Squaw Valley. - Ten sukces zmobilizuje dziewczęta do większego wysiłku, doda im także wiary, że mogą wygrywać indywidualnie. W Soczi będziemy się cieszyć z więcej niż jednego krążka - dodaje.

Co dalej z polskimi z panczenami? Mimo ogromnych tradycji medali w imprezach międzynarodowych Polacy to ubodzy krewni takich potęg jak Niemcy, Holendrzy czy Kanadyjczycy i Amerykanie. Warszawski tor Stegny to rozpadający się zabytek, który nie nadaje się nawet do jazdy amatorskiej. Mimo to jeszcze w ubiegłym roku odbyły się na nim mistrzostwa Polski. Wizerunek związku ratuje nowoczesny obiekt w Zakopanem otwarty przed rokiem. - Największym problemem jest brak hali. Musimy wydawać pieniądze, by trenować w Berlinie, USA czy w Holandii. Potrzebny jest tor w Elblągu, skąd pochodzi wielu zawodników i gdzie pracuje trenerka Ewa Białkowska. Wystarczyłby taki na 330 m, aby można było organizować mistrzostwa Polski - mówi Zygmunt.

Hala miałaby powstać w miejsce toru Stegny. Obiekt z trybunami na przynajmniej 6 tys. widzów mógłby służyć nie tylko panczenistom, ale też hokeistom. Warszawa w końcu mogłaby się ubiegać o organizację zawodów z cyklu Pucharu Świata, a kto wie, czy i nie imprez takich jak mistrzostwa Europy lub świata.

Niestety mimo że projekt powstał przed wielu laty, nadal nie znalazły się fundusze na jego realizację. - Mam nadzieję, że teraz coś drgnie. Że ta hala stanie jeszcze za mojego życia - mówi Pilejczyk.

@RY1@i02/2010/041/i02.2010.041.000.018a.001.jpg@RY2@

Fot. AP

Po słabych startach indywidualnych sukces drużynowy Polek był piękną niespodzianką

Marta Pytkowska

marta.pytkowska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.