Rząd się sam wykształci
P remier posyła dzieci do prywatnych szkół. Przypomniał o tym, kiedy opublikował zdjęcie swojej córki wchodzącej w mury elitarnego warszawskiego liceum. Taki strzał w kampanii wyborczej to oczywista wizerunkowa wpadka premiera. W czasie, gdy uczniowie chodzą gdzieniegdzie na trzy zmiany, a szkoły miesiącami nie mogą zapełnić wakatów, bo nowy nauczyciel zarabiałby mniej, niż na dzień dobry dostaje kasjer w dyskoncie, afiszowanie się ewakuacją z systemu to gorsze niż zbrodnia, to błąd.
Warto jednak przy tej okazji pamiętać, że prywatne szkoły były wyborem nie tylko polityków Prawa i Sprawiedliwości. Do niepublicznych placówek swoje dzieci wysyłali Roman Giertych, kiedy był ministrem edukacji z ramienia Ligi Polskich Rodzin, a także Joanna Kluzik-Rostkowska, szefując oświacie w rządzie Platformy Obywatelskiej. Prywatne placówki zakładała i publicznie chwaliła minister edukacji Katarzyna Hall (PO).
Choć politykom można oczywiście wytykać hipokryzję, problem nie polega na tym, że prywatne placówki istnieją. Ich tworzenie się było w latach 90. wręcz symbolem wolności odzyskanej po 50 latach komuny. Do dziś warto je traktować właśnie jako jej przejaw – rodzic może zdecydować się nie tylko na specyficzną ofertę edukacyjną, lecz także na placówkę kształtującą dzieci według odpowiadającego mu zestawu wartości. Uczniów korzystających z alternatywnych dróg sukcesywnie przybywa co najmniej od dekady, grupa ta zwiększa się o 10–20 tys. osób rocznie – bez względu na aktualnie prowadzone reformy, pandemię, strajk nauczycieli czy inne zmiany w systemie szkolnictwa.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.