Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Bez totalnej reformy uczelni nasz kraj zdominują półinteligenci

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Uniwersytet, o jakim marzę, powinien być przede wszystkim dobry. Wbrew pozorom wcale nie jest trudno powiedzieć, jakie warunki powinien spełniać dobry uniwersytet.

Powinni po prostu być dobrzy nauczyciele i dobrzy studenci. A to jest uzależnione od wiedzy, pieniędzy i cyfr, a cyfry te to przede wszystkim liczba studentów, jakimi sensownie, osobiście oraz z uwagą może się zająć nauczyciel akademicki. Być może na pierwszym (ewentualnie drugim) roku jest to mniej ważne, ale potem jest kluczowe.

Studenci to nie węgiel

Natychmiast nasuwa się wniosek, że istnieje w tym zakresie zasadnicza i niepokonywalna sprzeczność między jakością a ilością. I rzeczywiście tak jest. Dopóki będziemy liczyli ilość studentów, tak jak się liczy urobek węgla w kopalni, to będziemy (jak podobno jesteśmy) najlepsi w Europie. Nie ma to jednak żadnego sensu. Wiem, że w naszych czasach wyższe wykształcenie staje się coraz bardziej powszechne, ale to tym bardziej argument za wprowadzeniem wyższego podwójnie wykształcenia, czyli form - nie bójmy się słowa - elitarnych. Osobna kwestia dotyczy finansowania tych elitarnych form nauczania i nie będę się w nią wdawał poza stwierdzeniem, że mogą być to pieniądze państwowe, samorządowe i każde inne, aby pozwolono bardzo dobrym uniwersytetom kształcić tylu tylko studentów, ilu naprawdę można wykształcić, a nie jak jest obecnie, by budżet uczelni w znacznej mierze zależał od liczby studentów.

Na masówkę poszła Sorbona, uniwersytety włoskie i niektóre niemieckie, co spowodowało dramatyczny upadek jakości nauczania. Trzeba się zatem pogodzić z tym, że za chwilę "zwyczajny" dyplom wyższej uczelni stanie się odpowiednikiem matury i dopiero "prawdziwy" dyplom będzie znaczył więcej. Praktycznie ten problem można rozwiązywać na wiele sposobów, trzeba jednak uwzględnić warunki niezbędne i te tylko wymienię. Możliwość zupełnie swobodnego układania programu studiów przez autonomiczne, ale też w pełni odpowiedzialne uczelnie. Obecnie w teorii program ustalają urzędnicy odpowiedniego ministerstwa. Po skutkach ich poznacie: jak się okaże, że dany uniwersytet nie spełnia postawionych przez siebie zadań, to można będzie wyciągać konsekwencje.

Koniec z fabryką dyplomów

Profesor powinien uczyć kilku do kilkunastu magistrantów i kilku doktorantów. Nauczanie na więcej niż jednej uczelni powinno być wykluczone, co oznacza oczywiście odpowiednio wyższe pensje dla profesorów elitarnych szkół wyższych. A ponadto państwo, miasto, czy Bóg wie kto, powinny umożliwiać zatrudnianie na przykład w Warszawie świetnego uczonego z Zielonej Góry. Dzisiaj jest to niemożliwe, bo kto zamieni willę w Zielonej Górze na 45 metrów w Warszawie? Zaś profesor dojeżdżający to pół profesora.

Dobór studentów do takich jakościowych szkół wyższych powinien być inny niż obecnie obowiązujące szatańskie zasady stopni z matury państwowej. Ich eliminacja po pierwszym roku powinna być także bardzo surowa. Wychodzę tu z założenia. które sprowadza się do tego, że to przecież studenci przychodzą się kształcić i mądrzy to robią, a głupimi oraz leniwymi nie warto się zajmować.

Uczenie studentów nie może być czynione ani w konflikcie, ani obok pracy naukowej. Jeżeli jedno drugiemu przeszkadza, to znaczy, że uniwersytet lub profesor jest kiepski. Tylko ten profesor, który pracuje intensywnie naukowo, ma studentom coś do powiedzenia, a często od nich uzyskuje bodźce i inspiracje. Jeżeli ktoś nie lubi uczyć lub nie lubi studentów, niech idzie pracować na pocztę.

Absolwenci takich szkół będą bardzo łatwo znajdowali pracę, tak jak absolwenci prawa po Harvardzie. Konkurencja zatem będzie nieunikniona, ale to od doktorów i profesorów zależy, czy potem pracodawcy się nie zawiodą. Czy społeczeństwo się nie zawiedzie.

Jakość albo... śmierć

Wszystkie moje uwagi sprowadzają się przecież do tego, że musimy my, Polacy, my, ludzie Zachodu, my, obywatele świata, walczyć o jakość jak o niepodległość. Każde ustępstwo z jakości na rzecz ilości - o ile nie dotyczy szkół wyższych o charakterze zawodowym - jest zbrodnią. Naturalnie zawsze będzie mnóstwo marnych uniwersytetów, ale poziom nauki i poziom kraju nie od nich będzie zależał, lecz od tego, czy są te naprawdę bardzo dobre. Jeżeli utrzymają się tendencje, jakie narzucają czy chciałyby narzucić instytucje państwowe, to jakość zginie. Teraz w dodatku każdy wybitny profesor może z łatwością wyjechać na lata czy na stałe za granicę.

Czy Polska może sobie na to pozwolić? Czy chcemy, by nasz kraj zdominowała postuniwersytecka, magisterska półinteligencja? Jeżeli nie, to musimy odwrócić cały obecny porządek szkolnictwa wyższego i zacząć patrzeć od góry, od szczytów i z troską o nielicznych.

@RY1@i02/2009/197/i02.2009.197.000.0015.001.jpg@RY2@

Marcin Łobaczewski

Marcin Król

Marcin Król*

historyk idei

*, filozof, historyk idei, założyciel pisma "Res Publica"

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.