Koniec z wieloletnim kształceniem prawników
Tytuł magistra prawa będzie można zdobyć już po 2-letnich studiach II stopnia. - To absurd. W kilka semestrów można zrobić najwyżej kurs szydełkowania - mówi prezes Naczelnej Rady Adwokackiej Andrzej Zwara
Do tej pory dyplom magistra prawa można było uzyskać wyłącznie po ukończeniu jednolitych 5-letnich studiów prawniczych. Jednak ten sposób kształcenia przyszłych sędziów, prokuratorów, adwokatów czy radców nie będzie jedynym. Dzięki rozporządzeniu ministra nauki i szkolnictwa wyższego, ich edukacja może być prowadzona także w systemie bolońskim. Oznacza to, że 2-, 3-letnie prawo będzie dostępne po ukończeniu 3-letnich studiów licencjackich na dowolnym kierunku, np. lingwistyce na UW, dietetyce na SGGW, grafice na ASP czy wychowaniu fizycznym na AWF. Przy czym tytuł magistra zdobyty w ekspresowym tempie nie przeszkodzi zdawać na aplikację adwokacką, radcowską czy notarialną. - Z treści przepisów ustaw samorządowych nie wynika rodzaj formy kształcenia magistra prawa. Jedynym wymogiem jest uzyskanie tytułu magistra, który w nowym stanie prawnym nadaje się absolwentom studiów drugiego stopnia lub jednolitych studiów magisterskich - potwierdza Patrycja Loose, rzecznik ministra sprawiedliwości.
O ile kształcenie prawników w systemie bolońskim dzieli wykładowców, o tyle już korporacje zawodowe są jednomyślne w jego ocenie. - Pochwała bylejakości i droga na skróty dla leniwych. Za tę bardzo szkodliwą politykę zapłacą najbiedniejsi i najmniej świadomi Polacy, którzy na pierwszy rzut oka nie będą widzieli różnicy między prawnikiem po ponadośmioletniej edukacji prawniczej a tym, który zdobędzie zawód w systemie bolońskim - stwierdza Andrzej Zwara, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej.
Wtóruje mu Tomasz Janik, prezes Krajowej Rady Notarialnej. - Już dziś obserwujemy spadający poziom merytoryczny absolwentów prawa, skrócenie studiów z pewnością nie odwróci tej niekorzystnej tendencji - mówi Janik. Także zdaniem Ewy Stompor-Nowickiej z Krajowej Rady Radców Prawnych dualizm w systemie kształcenia prawników nie służy dobrej sprawie.
Studia prawnicze w systemie bolońskim podobają się jednak obecnym studentom. - Jeżeli po czwartym roku studiów nie mógłbym kontynuować nauki, to nadal posiadałbym wykształcenie średnie, tymczasem moi koledzy po trzech latach spędzonych na innych kierunkach mają licencjaty. To daje duży komfort psychiczny - komentuje Łukasz Jankowski, student V roku prawa na UW. - Nie należy też zapominać, że na aplikację ludzie nie dostają się na piękne oczy, trzeba zdać egzamin. Jeśli ktoś jest na tyle zdolny, żeby przygotować się do egzaminu w 2,5 roku, dlaczego mu tego zabraniać - dodaje.
Paulina Bąk
Dr Piotr Milczarek
@RY1@i02/2012/162/i02.2012.162.070000400.804.jpg@RY2@
FOT. MATERIAŁY PRASOWE
Dr Piotr Milczarek, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego i New York University School of Law, radca prawny kierujący praktyką prawa konkurencji w kancelarii PwC Legal
Z zainteresowaniem przysłuchuję się dyskusji na temat rozbicia jednolitych magisterskich studiów prawniczych i uruchomienia przez niektóre uczelnie studiów drugiego stopnia w systemie bolońskim. Zwolennicy tego rozwiązania twierdzą, że pięć semestrów wystarczy, i powołują się na przykłady krajów, gdzie studia prawnicze trwają krócej i nie prowadzi to do tragedii. Przeciwnicy szybkiego prawa odpowiadają, że nie da się w ten sposób wykształcić pełnowartościowych magistrów prawa. Tymczasem moim zdaniem obie strony wypowiadają się na dwa zupełnie inne tematy. Pierwsi zastanawiają się, czy możliwa jest skuteczna edukacja prawnicza oparta na studiach trwających pięć semestrów. Drudzy wątpią, czy wprowadzenie w polskich realiach krótszej ścieżki uzyskiwania tytułu magistra prawa ma sens.
W moim przekonaniu określeniu warunków skuteczności modelu, ocenie proponowanych zmian i przy okazji pogodzeniu obu stron może posłużyć przeanalizowanie modelu trzyletnich studiów prawniczych w Stanach Zjednoczonych.
Nabór do amerykańskich szkół prawa oparty jest na wynikach osiągniętych w college’u i standardowym teście. Kandydaci na prawników są absolwentami czteroletnich studiów realizujących ideał liberal education. Bowiem w USA miejscem uzyskiwania podstawowej informacji z zakresu historii, filozofii, socjologii, myśli politycznej czy ekonomii jest college, nie szkoła prawa. Dyplom licencjata potwierdza zdobycie wszechstronnej wiedzy i umiejętności, których należy spodziewać się po osobie posiadającej wyższe wykształcenie.
Przeprowadzany test sprawdza natomiast przygotowanie do nauki prawa, skupiając się na umiejętnościach analitycznych, logicznej argumentacji, umiejętności krytycznej analizy tekstu i pisemnego uzasadnienia decyzji. Amerykański model edukacji prawniczej zakłada, że rozpoczynający studia prawnicze będą posiadali wszelkie wymagane umiejętności z tego zakresu i dostarcza im jedynie krótkie kursy dostosowawcze.
Po ukończeniu szkoły prawa edukacja amerykańskiego prawnika w ogromnej większości przypadków sprowadza się do odbycia kilkutygodniowego kursu przygotowującego do stanowego egzaminu zawodowego. Duża część absolwentów przystępuje do niego już po podjęciu pracy w zawodzie. Jedynie niewielki odsetek najlepszych absolwentów podejmuje praktyki sądowe. Dlatego kandydaci wiedzą, że to w czasie studiów muszą zdobyć wiedzę niezbędną do wykonywania zawodu.
Ponadto za studia trzeba słono płacić. Bez stypendiów i wsparcia bogatych krewnych absolwent prywatnego college’u i dobrej szkoły prawa kończy studia z kredytem wynoszącym ok. 350 tys. dol. Ta świadomość bardzo silnie wpływa na motywację studentów.
Szkoły prawa są w ścisłym sensie szkołami zawodowymi. W toku studiów występują jedynie dwa przedmioty propedeutyczne: legal analysis i legal writing. Pozostałe wykłady obowiązkowe, także realizowane na pierwszym roku, są czysto prawnicze i są nimi prawo konstytucyjne, karne, rzeczowe, kontrakty, delikty i federalna procedura cywilna. Obowiązkowy jest także kurs etyki zawodowej. Wszystkie inne zajęcia mają charakter fakultatywny. W ramach studiów dostępne są oczywiście kursy z teorii, historii czy ekonomicznej analizy prawa. Konkurują one jednak z przedmiotami, takimi jak prawo własności przemysłowej lub postępowanie dowodowe w sprawach karnych.
Studiowanie prawa w Stanach to zajęcie na pełen etat. Dominuje metoda sokratyczna: zajęcia mają charakter seminariów, w ramach których wykładowca pomaga studentom uporządkować zdobytą wiedzę, głównie poprzez zadawanie pytań i stymulowanie dyskusji. Wymaga to od studentów opanowania całości materiału przed zajęciami (a nie w ich trakcie lub tuż przed egzaminem). Standardem jest tygodniowe obciążenie literaturą na poziomie ok. tysiąca stron. Amerykańscy studenci prawa "mieszkają" w bibliotekach od pierwszego do ostatniego dnia studiów. W trakcie studiów pisze się także wiele referatów, ale napisanie odpowiednika pracy magisterskiej nie jest ani warunkiem ukończenia, ani standardowym elementem studiów.
Także w polskich warunkach możliwe wydaje się skoncentrowanie dogmatyki prawniczej w czasie pięciu semestrów. W ramach studiów jednolitych też nie zajmują one więcej niż sześć. Niestety z punktu widzenia programu oznacza to nie tylko ograniczenie do minimum przedmiotów propedeutycznych, lecz także brak czasu na wyrównywanie poziomu wiedzy i akceptację tego, że studenci skoncentrują się na przedmiotach ściśle związanych z wykonywaniem planowanego zawodu. Na przygotowanie pracy magisterskiej nie będzie już czasu bądź nabierze ona charakteru pozornego. Aby szybkie prawo miało jakikolwiek sens, musi stać się szkołą zawodową, rezygnując z innych celów edukacji uniwersyteckiej.
Uczelnia musi założyć, że absolwent gdzie indziej uzyska wiedzę ogólną, której należy spodziewać się po osobie posiadającej wyższe wykształcenie, samodzielnie nabędzie też szerszego spojrzenie na prawo i otoczenie, w jakim ono funkcjonuje, dzięki komuś innemu pozna etos prawniczy. W najbardziej optymistycznym scenariuszu szybkie prawo może skutecznie kształcić absolwentów na potrzeby rynku pracy sektora usług prawniczych. Natomiast nie będzie ono w stanie kształtować kandydatów do wolnego zawodu, w szczególności zawodów zaufania publicznego.
Uczciwie potraktowane szybkie prawo musiałoby upodobnić się do amerykańskich szkół prawa, tj. uczelnie prowadzące tego typu studia muszą przyjąć rygorystyczne kryteria naboru, założyć bardzo duże zaangażowanie studentów i zaakceptować ogromną selekcję w trakcie studiów. Tylko w taki sposób można w pięć semestrów przygotować absolwentów na poziomie dorównującym poziomowi absolwentów studiów jednolitych. Trudno jednak oczekiwać, że w polskich warunkach uczelnie, kadra dydaktyczna i kandydaci będą w stanie sprostać tym wymaganiom.
Moim zdaniem dla własnego dobra, kariery, a może wygodnictwa najlepsi studenci nadal będą wybierać tradycyjne jednolite studia magisterskie na renomowanych uczelniach, a to oznacza, że szybkie prawo stanie przed koniecznością obniżenia wymogów rekrutacyjnych. Tym, którzy na nie się dostaną, będzie trzeba pomóc zarówno wyrównać braki, jak i nadążyć za programem. Wątpię, czy zarówno studenci, jak i kadra dydaktyczna są gotowi na taki wysiłek. I naprawdę nie wierzę, że uczelnie uruchamiające płatne szybkie prawo zaakceptują niezbędny poziom selekcji w trakcie studiów, oznaczający utratę czesnego.
Ponadto należy się spodziewać, że magistrowie szybkiego prawa i tak będą - przynajmniej na początku - traktowani jak absolwenci drugiej kategorii. Jeżeli moje wątpliwości się potwierdzą, opinia o niższych kwalifikacjach absolwentów szybkiego prawa będzie po prostu uzasadniona. Nie oznacza to wcale, że jestem entuzjastą obecnego modelu edukacji prawniczej, model boloński wydaje mi się sensowny. Uważam jednak, że zmiany powinny być elementem szerszej reformy. Należy zastanowić się, jaka wiedza potrzebna jest licencjatom, jaka magistrom prawa, a jaka jest ściśle związana z wykonywaniem zawodu regulowanego i powinna być nabywana w związku z uzyskiwaniem uprawnień zawodowych. Jeżeli zmieniać, to cały model edukacji prawniczej. Wprowadzanie rozwiązań cząstkowych wydaje mi się po prostu szkodliwe.
Nie jestem entuzjastą obecnego modelu kształcenia prawników, ale zmiany muszą być elementem szerszej reformy. Cząstkowe rozwiązania są szkodliwe
Prof. dr hab. Marek Chmaj
@RY1@i02/2012/162/i02.2012.162.070000400.805.jpg@RY2@
FOT. WOJCIECH GÓRSKI
Prof. dr hab. Marek Chmaj, Wydział Prawa i Nauk Społecznych Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, która chce uruchomić studia prawnicze w systemie bolońskim
W dobie dostosowywania programów studiów do wymogów wynikających z uczestnictwa Polski m.in. w procesie bolońskim nie powinno dziwić, że pojawiają się nowe, niekonwencjonalne rozwiązania. Niekiedy jednak problem nie wynika z tego, iż dane rozwiązanie jest wątpliwe z punktu widzenia interesu społecznego czy nawet prawnego, ale z tego, iż ma ono po prostu charakter nowatorski. Może to rodzić wiele wątpliwości, zwłaszcza osób powątpiewających w sens jakichkolwiek zmian, dla osób mających często poglądy bardziej konserwatywne czy po prostu - w pewnych obszarach - bardziej zachowawcze. Najczęściej stanowisko tych osób opiera się bowiem na racjonalnych i bardzo dobrze uzasadnionych argumentach. Podkreślić należy, że system szkolnictwa wyższego oparty jest na głęboko zakorzenionych tradycjach. Z natury rzeczy opiera się on dość nieznacznym choćby przekształceniom, które powodują zachwianie dotychczasowych relacji.
Minister nauki i szkolnictwa wyższego wydając rozporządzenie pozwalające na otworzenie studiów prawniczych II stopnia, stworzył zupełnie nowe możliwości na rynku edukacyjnym. Osiągalne stało się uzyskanie tytułu zawodowego magistra prawa po ukończeniu studiów, których czas trwania wynosiłby w zasadzie od 2 do 3 lat. Standardem było do tej pory, iż aby uzyskać ten tytuł, należy ukończyć jednolite 5-letnie studia magisterskie. Na tym gruncie rodzi się jedno - podstawowe, jak się zdaje - pytanie: czy zmiana tego modelu jest pożądana z punktu widzenia interesu społecznego? Pytanie to ma charakter zasadniczy, a ma na to wpływ kilka okoliczności. Po pierwsze, to że skrócenie okresu studiowania powoduje konieczność dostosowywania programów zajęć do długości trwania toku nauczania. Po drugie, że poprzez wprowadzenie takiego systemu studiów otwiera się możliwość uzyskania tytułu magistra prawa dla osób, które wcześniej uzyskały tytuł magistra, lekarza lub licencjata innego kierunku studiów, także bezpośrednio niezwiązanego z zawodem prawnika (np. kulturoznawstwo, dziennikarstwo, komunikacja społeczna czy politologia).
Odpowiedź na pytanie co do skutków (w tym społecznych) wprowadzenia takiego modelu studiowania i tym samym zmiany dotychczasowych programów studiów nie jest jednak łatwa. Wręcz przeciwnie - wydaje się, że jest to dylemat, którego stopień zawiłości wykracza daleko poza możliwości czysto teoretycznej oceny pewnych zjawisk. Dlatego najbardziej słuszny i racjonalny wydaje się pogląd, iż ocena efektów jakie mogą wystąpić po wdrożeniu w życie tych zamierzeń, powinna zostać dokonywana na podstawie analizy doświadczeń w tym względzie innych państw. Dobrym tego przykładem są kraje Europy Zachodniej, gdzie możliwość studiowania prawa po licencjacie uzyskanym na innym aniżeli prawo kierunku studiów istnieje już od dawna. Obserwacja funkcjonowania systemu edukacji prawniczej w tych krajach prowadzi do wniosku, że działające tam rozwiązania są nie tylko pozytywne pod kątem możliwości rozwoju zawodowego, ale także - a może przede wszystkim - uzyskanie wcześniejszego licencjatu na innym kierunku daje prawnikowi wykształcenie o wiele bardziej wszechstronne niż ewentualnie wyeliminowane z programu 2-, 3-letnich studiów niektórych przedmiotów, które uczynić mają z prawnika osobę o horyzontach na tyle szerokich, by można było go uznać za osobę wyróżniającą się wiedzą spośród większości innych profesji.
W całej dyskusji, jaka pojawiła w związku z powstaniem możliwości uruchomienia studiów prawniczych II stopnia, nie można zapominać o tym, że konieczność dostosowywania programów studiów do długości ich trwania wymusza na uczelniach wyższych konieczność bardzo precyzyjnego doboru nauczanych przedmiotów. W efekcie nauka na takim kierunku jest co prawda krótsza, jednak wcale nie oznacza to, że mniej efektywna. Wręcz przeciwnie, wszystko wskazuje na to, że skrócenie okresu studiów może spowodować swoistą selekcję studentów i wybór wyłącznie osób, których umiejętności umożliwiają szybką percepcję znacznej ilości materiału. Studia takie dają zatem ogromne możliwości, nie tylko poszerzając horyzonty osób po innych kierunkach studiów, ale także dając szansę szybkiego studiowania o charakterze modułowym.
Należy zatem stwierdzić, że studia prawnicze II stopnia mogą paradoksalnie przyczynić do zwiększenia poziomu nauczania na wydziałach prawa uczelni wyższych, a studenci, którzy ukończyli tego rodzaju kierunek i uzyskali tytuł zawodowy magistra prawa będą lepiej przygotowani do funkcjonowania w zawodzie aniżeli studenci, którzy z powodzeniem ukończyli jednolite 5-letnie prawnicze studia magisterskie. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatecznej weryfikacji wiedzy i umiejętności takich osób dokona wyłącznie bezlitosny, jak się zdaje, rynek usług prawniczych. Zatem nie kto inny, jak tylko przedstawiciele środowisk zrzeszeni w poszczególnych samorządach zawodowych będą oceniać, czy prawnicze studia trwające od 4 do 6 semestrów przygotowują we właściwy sposób do wykonywania zawodu.
Trzeba także zauważyć, że ważnym aspektem tego przedsięwzięcia jest to, iż studia prawnicze II stopnia w żaden sposób nie pozbawiają studentów możliwości korzystania z przywilejów i możliwości, jakie posiadają studenci jednolitych studiów magisterskich na wydziale prawa. Jest to bardzo istotny element kształcenia, który w zasadzie sprawia, że studenci studiów prawniczych II stopnia są zrównani ze studentami jednolitych studiów magisterskich. Mają oni zatem możliwość rozpoczęcia studiów III stopnia, których ukończenie umożliwia uzyskanie stopnia naukowego doktora nauk prawnych. Studenci takich studiów mają także możliwość uczestniczenia w programach edukacyjnych, np. Erasmus. Mogą także, jako pełnoprawni uczestnicy społeczności akademickiej, korzystać z możliwości udziału w bardzo popularnych od dłuższego czasu studenckich poradniach prawnych (o ile uczelnia uruchomiła tego rodzaju formy działalności studenckiej). Wszystko to oznacza, że studia te niczym nie różnią się od innych form kształcenia prawniczego na uczelniach wyższych, a z całą pewnością mogą przyczynić się do zróżnicowania systemu edukacji prawniczej.
W mojej ocenie kwestią zasadniczą nie jest obecnie to, czy studia takie powinno się w ogóle uruchamiać, skoro przewidują to aktualnie obowiązujące przepisy, ale to, w jaki sposób optymalnie dostosować programy kształcenia do wymogów wynikających ze specjalizacji oraz konieczności szybkiego przyswojenia dużej ilości wiedzy. Tematem zasadniczym powinna być zatem ocena konkretnych programów kształcenia dających możliwość wysokiego pod względem poziomu i jakości uzyskiwania kompetencji zawodowych w świecie, w którym kompetencje te traktowane są nadzwyczaj restrykcyjnie i surowo.
Trzyletnie studia prawnicze II stopnia w niczym nie będą się różnić od innych form kształcenia prawniczego na uczelniach wyższych, a z całą pewnością mogą przyczynić się do zróżnicowania systemu edukacji prawniczej
Prof. dr hab. Fryderyk Zoll
@RY1@i02/2012/162/i02.2012.162.070000400.106.jpg@RY2@
Fot. Materiały prasowe
Prof. dr hab. Fryderyk Zoll wykładowca w Katedrze Prawa Cywilnego Uniwersytetu Jagiellońskiego
Niepokoją mnie pojawiające się ostatnio informacje, że niektóre polskie wydziały prawa zamierzają otworzyć trzyletnie, a nawet dwuipółletnie studia prawnicze, jako magisterskie studia uzupełniające. Powstaje pytanie, czy jest to dopuszczalne i dydaktycznie uzasadnione, aby pięcioletnie studia prawnicze zostały tak drastycznie skrócone? Czy w ten sposób nie dochodzi do odtworzenia niesławnej pamięci szkoły Duracza, która kształciła prawnicze kadry dla komunistycznej władzy w sześć miesięcy? Czy w obecnym złożonym świecie, rządzącym się coraz bardziej skomplikowanym systemem prawnym, taki skrócony okres studiów prawniczych może okazać się wystarczający?
Mając na uwadze, że obecne studia prawnicze trwają typowo pięć lat, tak radykalne skrócenie studiów prawniczych może wywoływać uzasadnione obawy. Czy prawnicy po takich studiach nie będą stanowili szczególnego zagrożenia? Przecież otwierają się aplikacje i dostęp do zawodu staje się łatwiejszy. Czy taka droga na skróty nie spowoduje radykalnego obniżenia poziomu wykształcenia prawników i nie odbije się negatywnie na poziomie wykształcenia prawników?
Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest jednoznaczna. Odpowiednie przygotowanie prawnika w ciągu trzech lat - co obecnie wydaje się nam abstrakcją - nie jest wykluczone. Tak to robią Amerykanie, a nasz system prawny nie jest istotnie bardziej złożony od prawa obowiązującego w USA. Co więcej, trzyletnie studia prawnicze w Ameryce zastępują nie tylko nasze studia uniwersyteckie, ale także aplikacje. Dlatego sam pomysł, aby po trzech latach studiów licencjackich przez trzy lata wykształcić magistra prawa, moim zdaniem mógłby okazać się bardzo sensowny. Niestety w polskich warunkach się nie okaże. A przynajmniej się nie okaże bez zasadniczej, głębokiej reformy kształcenia. Niestety obecne studiowanie prawa w Polsce składa się z okresów gwałtownej pracy dniami i nocami i długich okresów nicnierobienia. To jest zresztą ogólna cecha studiowania w Europie kontynentalnej. Studenci nie są wdrażani do codziennej pracy i przygotowań, a prowadzący zajęcia nie są przygotowani, aby prowadzić zajęcia przysposabiające studentów do takiej intensywnej i regularnej pracy. Zresztą nawet kiedy próbują to robić, zderzają się z niechęcią studentów. Nasze studia w Europie kontynentalnej są kierowane do osób, które są przyzwyczajone do otrzymywania całego materiału podanego na tacy i do odtwarzania krótkotrwałej wiedzy zdobytej po spędzeniu szaleńczych kilku nocy z podręcznikiem. System, który zakładałby, że dana osoba najpierw studiuje jakąś inną dziedzinę - np. matematykę - na poziomie licencjackim, a potem w ciągu trzech lat uczy się prawniczej metody, mógłby kształcić znakomitych prawników. Nauka prawa bowiem nie może polegać na biernym poznawaniu setek czy tysięcy artykułów, pamięciowym opanowywaniu ogromnej wiedzy, która z jednym pociągnięciem pióra ustawodawcy staje się nieaktualna. W dzisiejszym czasie studenci muszą w o wiele większym stopniu poznawać struktury prawniczej argumentacji. W prawie najważniejsze jest poznanie "jak", a nie "co". Przy czym to "jak" trzeba poznać na podstawie zasadniczych dziedzin prawniczych. Później staje się to przekładalne na inne dziedziny prawa. W świecie tak szybko się zmieniającym każde inne podejście prowadzi do całkowitej dezaktualizacji wiedzy w szybkim czasie.
Ponadto chciałbym zwrócić uwagę, że trzyletnie studia wymagałyby nie tylko pracy w małych grupach, ale przede wszystkim studiowania w bardzo intensywny sposób. Byłyby to studia zapewne znacznie droższe niż studia masowe. Jeżeli dotychczasowe podejście przełoży się na studia trzyletnie i będzie to jedynie powtórzenie dzisiejszego podejścia, tylko krócej, to rzeczywiście skończy się to katastrofą, a absolwenci takich kierunków nie dostaną się nigdzie dalej i będą jedynie zawiedzeni.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu