Zaścianek ocenia zaścianek
Za katastrofalny stan polskiej edukacji nie odpowiada wyłącznie rząd. Nawet 30 proc. profesorskiej kadry naukowej powinno przejść w stan spoczynku
Stanisławem Karpińskim
@RY1@i02/2013/188/i02.2013.188.00000100c.803.jpg@RY2@
Wojtek Górski
Prof. Stanisław Karpiński, były wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego, Katedra Genetyki, Hodowli i Biotechnologii Roślin w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego
Narodowe Centrum Badań i Rozwoju uruchamia program staży dla polskich uczonych w najlepszych jednostkach badawczych na świecie, by nauczyć się zarządzania naukową infrastrukturą. Czy to nie dziwne, że dopiero teraz mają nabywać taką wiedzę? Przecież na rozwój nauki wydaliśmy już z unijnych środków wiele miliardów złotych.
Kolejność powinna być odwrotna: najpierw w ramach starej infrastruktury należy stworzyć nowe zespoły naukowców, dzięki którym dokona się skok intelektualny w danej jednostce badawczej, dopiero potem należy fundować centra naukowe. W ten właśnie sposób proces ten przebiegał w latach 90. w Europie Zachodniej. Tak np. w Szwecji powstało Umea Plant Science Centre, w którego organizowaniu uczestniczyłem do 2003 r. W ciągu 15 lat stało się wiodącym ośrodkiem biotechnologii w świecie, konkurencyjnym dla najlepszych ośrodków w USA i w Kanadzie. A u nas ta piramida została odwrócona. W latach 2007-2013 ze środków unijnych, w tym Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka (PO IG), zaczęto budować nowe budynki i wyposażać je w bardzo drogą aparaturę, dofinansowanie otrzymywały ośrodki, które w nauce w ogóle się nie liczą - np. Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie. I teraz uczelnie z nowymi centrami naukowymi domagają się od państwa finansowania amortyzacji i utrzymania kadry. Tajemnicą poliszynela jest, że polska nauka kupowała za unijne pieniądze najwięcej w Europie urządzeń do sekwencjonowania DNA i spektroskopii masowej. Firmy, które je sprzedawały, zrobiły więc na nas świetny biznes. Jednocześnie nie jest tajemnicą, że kupowaliśmy bardzo mało specjalistycznych odczynników czy mieszanin reakcyjnych niezbędnych do tego, aby te urządzenia mogły być odpowiednio wykorzystywane.
Czy to oznacza, że ta aparatura nie jest wykorzystywana?
W większej części te urządzenia stoją nieużywane lub są słabo wykorzystywane. W mojej ocenie 60-70 proc. środków, które wydano na infrastrukturę naukową i kapitał ludzki, zostało niewłaściwie lub źle zainwestowane. Przy współczesnym postępie aparatura musi być odnawiana co 4-5 lat. To oznacza, że w wielu centrach sprzęt kupiony za miliardy złotych jest już przestarzały i nadaje się do wymiany. Większość z tych ośrodków naukowych, które powstały w ciągu ostatnich lat, wkrótce będzie się zamykać, bo zapomniano też o zbudowaniu odpowiedniego kapitału ludzkiego.
Dlaczego uczelnie podejmowały takie nieracjonalne inwestycje?
To pytanie za milion złotych. Na zachodnich uczelniach, inaczej niż u nas, rektor czy dziekan nie może podjąć decyzji o tworzeniu centrum naukowego. Najpierw w wewnętrznej rywalizacji uniwersytet wybiera najlepszy scenariusz rozwoju naukowego i konfrontuje swoje szanse z innymi uczelniami w kraju i za granicą. Dopiero tak przygotowany projekt jest przedstawiany rządowej agencji naukowych badań strategicznych. Powołana przez nią grupa ekspertów - także z zagranicy - decyduje o ewentualnym finansowaniu.
A kto w polskiej nauce decyduje o inwestycjach?
Jak za "starych dobrych czasów" Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Na dodatek decydentami są osoby, które w większości tkwią mentalnie w poprzednim systemie, czyli wyznają ideologię wszystkim po równo. Taki system zarządzania sprawia, że zagraniczni eksperci, którzy są zatrudniani za pieniądze UE, mają tylko czasową gwarancję zatrudnienia, na dwa lub trzy lata. Czyli są po to, żeby zrobić swoje i odejść, a dana jednostka nie jest zainteresowana zatrudnieniem takich ludzi na stałe, bo musiałaby zwolnić niekonkurencyjnego profesora ze starej kadry.
To paradoks, bo unijne dofinansowanie jest przyznawane m.in. na rozwój potencjału naukowego uczelni.
U nas ten mechanizm nie działa, nie otworzyliśmy się na naukowców z innych państw. Nie ma wymiany kadry ani dopływu świeżej krwi. Podam przykład z Uniwersytetu Jagiellońskiego, najwyżej sklasyfikowanej polskiej uczelni w świecie. Ekspertka z Finlandii zrezygnowała z pracy, bo nie otrzymywała satysfakcjonujących zarobków. Jaki ekspert z Zachodu będzie pracował u nas za 1,3 tys. euro, jeśli tam pensje są cztery razy wyższe. To właśnie m.in. dlatego nasza nauka nie jest konkurencyjna. Żaden z dotychczasowych rządów nie zrozumiał tego, że wynagrodzenie na uczelniach musi być zróżnicowane i proporcjonalne do naukowego dorobku mierzonego zachodnią, nie polską socjalistyczną miarą. Ostatnie podwyżki dla nauczycieli akademickich "zróżnicowały" zarobki najwyżej o 100-200 zł, a powinny o kilka tysięcy. Obecnie dyrektor w uczelnianej administracji zarabia więcej niż wybitny profesor. Na Uniwersytecie Sztokholmskim jest ok. 10 proc. naukowców cudzoziemców, a profesor zarabia więcej niż dyrektor. U nas nie ma jednej uczelni, która miałaby choćby 1 proc. kadry obcego pochodzenia.
Czyli mamy nowoczesne, dobrze wyposażone laboratoria i słabo opłacanych i niekonkurencyjnych naukowców. Jakie są tego efekty?
W najnowszym Europejskim Rankingu Innowacyjności Polska spadła do ostatniej grupy państw. W tym zestawieniu prowadzonym przez Komisję Europejską pięć lat temu byliśmy o grupę wyżej. Stało się tak pomimo wydania 5,5 mld zł na PO IG. W tym samym czasie Szwecja w tym rankingu wysunęła się na pierwsze miejsce. Trudno, żeby było inaczej, jeśli w Polsce za innowacyjny uznaje się projekt optymalizacji zbioru wiśni, czereśni i śliwek lub pomysł nawożenia azotowego, które znane jest na Zachodzie od 50 lat. 40 mln zł wydano na projekt "Optymalizacja produkcji wołowiny w Polsce". To akurat przykład profesorsko-przemysłowego lobbingu, który istniał już w czasach PGR-ów. Ten projekt nie wygeneruje żadnych konkurencyjnych innowacji i publikacji w wysoko punktowanych zachodnich czasopismach naukowych. Poza tym roczna konsumpcja wołowiny w Polsce przypadająca na statystycznego Kowalskiego spadła w ostatnim czasie z 15 kg do 2 kg. Takich nietrafionych pomysłów za unijne pieniądze i pieniądze naszego podatnika zostało w ostatnich latach zrealizowanych dziesiątki, jeśli nie setki. Takie projekty nigdy nie wygenerują patentów, one tylko dają utrzymanie starej uczelnianej kadrze i podtrzymują egzystencję słabych i niekonkurencyjnych jednostek. Są też pozytywne przykłady wykorzystania pieniędzy z UE, ale dotyczą tylko kilku mocnych ośrodków, takich jak: Gdańsk, Kraków, Poznań, Łódź, Warszawa czy Wrocław.
Co trzeba zmienić w systemie rozdziału dotacji dla uczelni, żeby pieniądze te nie były marnowane?
Za ten stan nie są odpowiedzialne tylko rząd i ministerstwo. Na równi odpowiadają stare i obecne elity naukowe w Polsce. Aby reformy i korzystne zmiany były skuteczne i możliwe, musi być nie tylko wola polityczna głównych partii, lecz także wola środowiska i elit naukowych, które zaakceptują niekorzystne, ale konieczne zmiany.
Co pan ma na myśli?
25-30 proc. profesorskiej kadry naukowej powinno przejść w stan spoczynku. Konieczne jest utworzenie elitarnej Konferencji Rektorów Wiodących Uniwersytetów w Polsce i oddzielenie się tej organizacji od działającej Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polski. Takie elitarne stowarzyszenia powstają na Zachodzie. Ponadto wszystkie projekty powinny być pisane po angielsku i recenzowane przez zachodnich ekspertów, powinniśmy także dostosować do zachodnich standardów system rozliczania grantów, by były poddawane międzynarodowym audytom. U nas Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które przyznaje uczelniom dotacje, przyjęło system, zgodnie z którym dorobek naukowy stanowi tylko 1/6 całkowitej oceny. Resztą można manipulować poprzez różne nieostre kryteria: przydatność projektu do celów gospodarki czy powiązanie go z przemysłem. Tymczasem na świecie o punktacji przy ocenie grantów w zasadniczej części decyduje konkurencyjny dorobek naukowy. W Polsce granty wybitnych naukowców w większości przypadków są oceniane przez polski naukowy niekonkurencyjny zaścianek.
Dlaczego konkurencyjność jest tak ważna dla innowacyjności?
Naukowiec, który nie publikuje w wysoko punktowanych zachodnich czasopismach naukowych, nie jest z reguły innowacyjny. Przykład z Umea Plant Science Centre: ich prace są prezentowane w "Nature", "Science", "Proceedings of the National Academy of Sciences of the USA", "Plant Cell", a przedtem patentowane. Takich patentów wygenerowano w Umea już kilkadziesiąt, z których kilka przynosi iście krociowe zyski. Wystarczyłoby więc wprowadzić rozporządzeniem ministra nauki zasadę, że do oceny projektów innowacyjnych stosuje się zachodni system miary wartości publikacji, a nie polski punktujący publikacje w "Zeszytach Naukowych Pcimia Dolnego" i natychmiast mnóstwo projektów nie miałoby szans na starcie w konkursach o granty. Bez takiej zmiany będziemy cały czas powiększali dystans cywilizacyjny do świata.
@RY1@i02/2013/188/i02.2013.188.00000100c.804.jpg@RY2@
Jan Kucharzyk/East News
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu