Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Szkoły zamykamy, bo coraz bardziej oszczędzamy

Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Klasy z ośmiorgiem dzieci? Dla gminy to luksus nie do utrzymania. Placówki oświatowe są likwidowane lub łączone przede wszystkim w małych miejscowościach. Oszczędności szukają też większe aglomeracje

Do końca lutego samorządy zgodnie z art. 59 ustawy z 7 września 1991 r. o systemie oświaty (t.j. Dz.U. z 2004 r. nr 256, poz. 2572 z późn. zm.) powinny podjąć uchwały o zamiarze likwidacji lub przekształceń organizacyjnych w placówkach oświatowych. Termin wyznacza obligatoryjny czas sześciu miesięcy przed zamknięciem szkoły (placówki byłyby likwidowane z dniem 1 września). Gminy o zamiarach muszą powiadomić kuratorium, które wyraża swoją opinię. - Nie jest ona wiążąca dla samorządów, ale my swoje zdanie musimy wyrazić, biorąc pod uwagę zapewnienie możliwości edukacyjnych na danym terenie - mówi rzecznik warszawskiego kuratorium oświaty Andrzej Kulmatycki.

A rzeczniczka wrocławskiego kuratorium Janina Jakubowska dodaje, że opinia jest zazwyczaj pozytywna w sytuacji, gdy zamiar likwidacji dotyczy szkół, w których uczy się mało dzieci, a warunki nie są najlepsze. Kuratorzy przyznają jednak, że w jednej sytuacji wyrażają o reorganizacji placówek opinię negatywną. Wówczas gdy w jednym budynku samorząd chce umieścić podstawówkę i gimnazjum. - Chyba że są to dwa oddzielne skrzydła, z różnymi wejściami, tak by dzieci się nie kontaktowały z sobą - mówią kuratorzy.

Na miarę możliwości

W małych gminach likwidacji lub przekształceniom ulegają zazwyczaj podstawówki. - Na terenie województwa dolnośląskiego mamy przykłady szkół, w których w klasie uczy się 7-10 osób. A cała szkoła liczy np. 40-50 uczniów - mówi rzecznik Janina Jakubowska. Utrzymanie placówki z punktu widzenia gminy jest zupełnie nieekonomiczne.

W województwie dolnośląskim samorządy zgłosiły zamiar likwidacji 124 szkół różnego szczebla. Z tej liczby tzw. wyrok odroczony, do 2015 r., dotyczy ośmiu placówek. - To te, które będą wygasały stopniowo - tłumaczy rzecznik.

System wygaszania stopniowego wiąże się często z pozostawieniem małej szkoły tylko dla dzieci z klas 1-4. Tak jest np. w przypadku szkoły podstawowej w miejscowości Bródki Stare w gminie Wąsewo.

- Nie likwidujemy szkoły, tylko planujemy stopniowo przenieść dzieci z klas V i VI do zespołu szkół w samym Wąsewie. To tylko trzy kilometry od obecnej placówki. A i tak dzieci ze wszystkich wsi są do szkoły dowożone - mówi wójt Rafał Kowalczyk. Dodaje, że zarówno on, jak i radni rozumieją niezadowolenie i protesty rodziców z przenosin dzieci do innej placówki. - Wiem, że nauka w siedmio- czy dziewięcioosobowej klasie to wielki luksus i dla dzieci pewnie korzyść. Ale samorząd musi efektywnie wydawać środki publiczne. A połączenie klas to w przypadku naszej szkoły oszczędność kosztów 25 godzin lekcyjnych.

W dużych miastach placówki, zwłaszcza podstawówki, rzadko są zamykane

- Dzieci jest dużo, a klasy często bardzo liczne - przyznaje wicekurator kuratorium w Lublinie Anna Szczepińska. I dodaje, że większość szkół, które mają zniknąć z dużych miast, często już są placówkami martwymi, bo nie realizują naboru - nie ma chętnych.

W stolicy większość zmian organizacyjnych dotyczy przede wszystkim szkolnictwa zawodowego. - No i połączeń - przypomina radny miasta Andrzej Kropiwnicki z komisji oświaty. I wcale się nie dziwi protestującym uczniom i rodzicom. - Nikt nie ma ochoty raptem dojeżdżać do technikum na drugi koniec miasta.

Ale statystyka jest twarda. Jak przyznało mazowieckie kuratorium, do końca lutego wpłynęło 155 uchwał o zamiarze likwidacji szkół i placówek oświatowych. - Ze względów ekonomicznych było to 49 uchwał - przyznaje Andrzej Kulmatycki. - Pozostałe dotyczyły przede wszystkim likwidacji spowodowanej np. zerową liczbą uczniów, zmianami w strukturze szkolnictwa ponadgimnazjalnego lub przekształceń w filię (na Mazowszu było sześć takich przypadków).

Jak nie kuratorium, to może wojewoda

Choć opinia kuratorium o likwidacji placówki nie jest dla gminy wiążąca, to nie oznacza, że nie jest brana pod uwagę.

- Czasem nasze negatywne zdanie daje przynajmniej gminom do myślenia i szkołę udaje się uratować - mówi wicekurator Szczepińska. A z drugiej strony pozytywna opinia utwierdza samorząd o słuszności decyzji. Często jest tak w przypadku likwidacji małej szkoły mieszczącej się w jakimś przypadkowym budynku, która sprawi, że dzieci przenoszą się do nowoczesnej placówki z dużą salą gimnastyczną, pracowniami komputerowymi.

Zdarza się jednak, że zdesperowani rodzice, dowiadując się o zamiarze likwidacji szkoły swoich pociech, szukają ratunku u lokalnego wojewody. Do niego musiały trafić do końca lutego uchwały o planowanej likwidacji placówek. - My nie wydajemy żadnej opinii merytorycznej, nie wyrokujemy, czy zamknięcie szkoły jest słuszne, czy nie. Wojewoda bada jedynie prawidłowość podjęcia uchwały - tłumaczy szef biura prawnego w urzędzie województwa mazowieckiego Andrzej Tokarski.

Zdarza się, że wojewoda uchyla uchwały, bo np. zostały podjęte zbyt późno.

- Ale to może być wyrok odroczony. Jeśli uchwała rady podjęta jest prawidłowo, tylko po czasie, to szkołę można zlikwidować od przyszłego roku szkolnego - mówi dyrektor Tokarski. Jednak przyznaje, że wojewoda często sprawdza prawidłowość podjętej uchwały na sygnał od radnych czy rodziców.

- Mamy przypadek, w którym właśnie rodzice zasygnalizowali, że uchwałę podjęto bez ich powiadomienia, a to jest obowiązkowe - zgodnie z ustawą o systemie oświaty. To już może być powód do uchylenia decyzji samorządu - mówi dyrektor Tokarski.

Co poza konsultacjami z rodzicami i ekonomiczną argumentacją zarządu gmin może przekonać lokalną społeczność? - Może pewnym wyjściem jest lepsza informacja - mówi wicekurator Szczepińska. - My jako jedyne województwo wywiesiliśmy na stronie internetowej cały czas uaktualniany wykaz szkół, które mają być likwidowane. Społeczność świadomą łatwiej przekonać do dobrych decyzji.

Nie tylko pieniądz

- Jest zły system finansowania oświaty, brak modelu szkoły wiejskiej, zły system awansu zawodowego nauczycieli niegwarantujący dbałości o jakość edukacji - przekonuje Alina Kozińska-Bałdyga, szefowa Federacji Inicjatyw Oświatowych (FIO). I dodaje, że jeśli jest zły system finansowania, to szkoły muszą być likwidowane.

- To degraduje wieś i prowadzi w perspektywie kilkunastu lat do jej upadku - twierdzi szefowa FIO.

- Dlatego nie likwidujemy szkoły w małej wsi, tylko ją przekształcamy. Bo to jest ośrodek kulturotwórczy. Więc szkołę, choć małą, utrzymujemy - ripostuje wójt Kowalczyk z gminy Wąsewo. Ale stowarzyszenia edukacyjne twierdzą, że powinien być zmieniony system finansowania placówek oświatowych. Na razie obowiązuje jednak Karta nauczyciela (Dz.U. z 1982 r. nr 3, poz. 19 z późn. zm.), więc samorząd nie ma możliwości innego wynagradzania szkolnych pracowników.

- Z naszej wiedzy wynika, że małe szkoły, nawet z kilkunastoma uczniami, bardzo dobrze funkcjonują w wielu krajach. Takie zmiany może ktoś kiedyś zacznie wprowadzać także u nas. Póki co ratujmy te placówki, które istnieją - mówi Alina Kozińska-Bałdyga.

Stowarzyszenie proponuje, by zachęcać gminy do tzw. outsourcingu zadań edukacyjnych organizacjom pozarządowym. Kilka takich projektów jest już realizowanych z pieniędzy Unii Europejskiej. Zlecanie zadań własnych gmin organizacjom pozarządowym zapewnia lepsze wykorzystanie pieniędzy i stymuluje wyższą jakość. A przede wszystkim aktywizuje obywateli. To jedyny dobry sposób na kryzys ekonomiczny - tak twierdzą przedstawiciele FIO.

Prawda jest taka, że placówki prowadzone przez inne podmioty niż samorząd zatrudniają nauczycieli w oparciu o kodeks pracy. To powoduje oszczędności, bo nie obowiązuje Karta nauczyciela. Te oszczędności powinny wrócić do szkół i do nauczycieli poprzez fundusz dla organizacji pozarządowych. Zdaniem FIO taki fundusz dałby gminom narzędzie do wpływania na jakość edukacji i jakość funkcjonowania szkół.

- Taka formuła ułatwia tworzenie innowacyjnych rozwiązań, które włączają rodziców i lokalne społeczności w życie szkoły, dzięki czemu ta staje się wspólnotową placówką wielofunkcyjną. To jest kierunek zmian, które trzeba wprowadzić - twierdzi szefowa FIO.

ZNP sceptyczny

Szef Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz uważa, że argumenty FIO to nie do końca prawda. - Karta nauczyciela jest gwarantem stabilizacji systemu edukacyjnego w kraju. W małej placówce prywatnej może uczyć dowolna osoba. Zwłaszcza w małej miejscowości, gdzie jest duże bezrobocie. Czy na tym ma polegać edukacja - pyta Broniarz. Dodaje, że nie jest przeciwny szkołom niepublicznym, prywatnym. Rozumie kłopoty finansowe gmin. - Ale wszystko trzeba wyważyć. Czy ważniejsze są koszty obsługi urzędu, czy może jednak utrzymanie publicznej szkoły, zwłaszcza tej dosyć sporej. A i takie są przekazywane - dodaje.

Monika Górecka-Czuryłło

monika.gorecka@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.