Gospodarka musi współpracować z systemem szkolnictwa
Truszczyński: Nie ma co udawać, nie każdy powinien, może i chciałby być profesorem
@RY1@i02/2014/238/i02.2014.238.000000500.803.jpg@RY2@
Agnieszka Sadowska/Agencja Gazeta
Jan Truszczyński, dyrektor generalny wydziału edukacji i kultury Komisji Europejskiej
Szkolnictwo zawodowe w Polsce ma problemy. Czy tak jest w całej UE?
Są rozmaite modele tego szkolnictwa. We wszystkich widać jednak elementy wspólne - jednym z nich jest mała popularność i atrakcyjność tej ścieżki edukacji. Rodzice z reguły traktują to jako ostatnią deskę ratunku dla dziecka. Trudno się dziwić, bo kwalifikacje zdobywane w tych szkołach często okazują się nieprzydatne na rynku pracy. Zwykle młody człowiek po szkole zawodowej ma niewielkie szanse iść do szkoły policealnej albo na uniwersytet. Kiedy zaś decyduje o swojej przyszłości, powinien mieć wsparcie w poznawaniu swoich predyspozycji. Nie ma co udawać; nie każdy powinien, może i chciałby być profesorem. Tu nie ma dobrego rozwiązania, ale można się starać.
W jakim wieku powinno się decydować o karierze? Dziś nierzadko dzieje się to u progu gimnazjum, kiedy dziecko ma 12 lat.
To rzeczywiście duży problem. Widzę tu ogromną rolę doradztwa zawodowego. Musi być ono efektywne, bo często ani nastolatek, ani jego rodzice nie mają orientacji w tym, co można robić po szkole. Potrzeba przeszkolonych i proaktywnych doradców.
Są kraje, na których moglibyśmy się wzorować?
Oczy całego świata są zwrócone na Niemcy, Danię, Austrię, a poza UE na Szwajcarię. To są kraje, które mają szkolnictwo dualne i niską stopę bezrobocia wśród młodzieży. Choć niewątpliwie zachodzi tam związek przyczynowo-skutkowy, nie można po prostu powiedzieć, że kto ma szkolnictwo dualne, ten nie ma bezrobocia młodzieży. Niemniej jednak system dualny jest dowodem, że można stworzyć układ, w którym gospodarka ściśle współdziała z systemem szkolnictwa, a szkolnictwo daje kwalifikacje, które mogą być skutecznie wykorzystane na rynku pracy. Wiele krajów dotkniętych wysoką stopą bezrobocia młodzieży, jak Hiszpania, Portugalia, Włochy czy Słowacja, od paru lat próbuje wykorzystać niektóre elementy systemu niemieckiego lub austriackiego.
Próbuje to zrobić także Polska. Na co trzeba uważać, żeby para nie poszła w gwizdek?
Nie ma prostej odpowiedzi, bo szkolnictwo zawodowe jest mocno usadowione w kulturze, historii i systemie zarządzania gospodarką. Trzeba mieć świadomość, że są dwa konie, które ciągną ten wóz - władza publiczna i przedsiębiorcy, którzy biorą udział w finansowaniu systemu. Jeden na 20 pracowników zatrudnionych w niemieckiej gospodarce to praktykant, uczeń systemu szkolnictwa zawodowego. Tego nie da się po prostu importować, m.in. dlatego, że w Polsce przedsiębiorcy są znacznie mniej zorganizowani. Po drugie, w Polsce uważa się, że za modernizację systemu szkolnictwa wyższego i silniejsze sprzęgnięcie go z gałęziami gospodarki jest odpowiedzialny sektor publiczny. A to nie jest takie proste. Dobry pracownik leży w interesie przedsiębiorcy. I dlatego przedsiębiorca także musi inwestować w jego kształcenie.
Jak sprawić, by przedsiębiorstwa poczuły się odpowiedzialne?
Władze publiczne mogłyby organizować przestrzeń, w której dochodziłoby do dialogu między przedsiębiorstwami a szkołami zawodowymi. Do tego poprawienie jakości praktyk zawodowych. A ponadto instrumenty zachęt finansowych. Zarówno bezpośrednie dotacje do każdego zatrudnionego młodego człowieka, jak i pokrycie kosztów jego ubezpieczenia. To może być kredyt podatkowy. Bez dodatkowych środków publicznych się nie obejdzie. Ale jeszcze raz podkreślę: przedsiębiorca także powinien się włączyć do tego procesu.
Przedsiębiorcy mówią: wykształcimy młodych ludzi, a oni wyjadą do Niemiec, bo tam wykwalifikowany robotnik zarabia cztery razy więcej.
Takie myślenie doprowadzi do absurdu, w którym nie będziemy robić nic. Oczywiście na europejskim rynku pracy doszliśmy do sytuacji, w której istnieje rozdźwięk między narodowym systemem finansowania szkolnictwa a europejskim charakterem rynku pracy. Są zawody, np. informatyka czy gospodarka morska, gdzie potrzeby rynku wciąż nie są zaspokajane przez podaż młodych wykształconych. Rodzi się pytanie, czy nie należy organizować formuł regionalnych lub ogólnoeuropejskich, które pozwalałyby programować kształcenie młodych ludzi, tak by mogli być wykorzystani nie tylko w kraju, w którym posiedli kwalifikacje, lecz i w innych krajach UE. Tu jest jednak pewna logiczna sprzeczność, bo tak długo, jak podatnik będzie dokładał do kosztów kształcenia, będzie oczekiwał, by uczeń zwracał te koszty, pracując w gospodarce narodowej.
Tak jest w przypadku lekarzy. Są pomysły, żeby zakazać im wyjazdów.
Tego nie da się administracyjnie uregulować. Pewien procent ludzi zawsze będzie opuszczał kraj w poszukiwaniu pracy. Ale nikt nie powiedział, że Polska ma być wyłącznie dostarczycielem wykwalifikowanych pracowników innym gospodarkom. Komisja Europejska od dawna wspiera mobilność sektora szkolnictwa zawodowego. Mieliśmy program Leonardo da Vinci, teraz mamy Erasmusa+. Młody człowiek może pojechać się kształcić albo odbyć praktykę w innym kraju członkowskim na okres od dwóch tygodni do 12 miesięcy. Z tego rodzaju wymiany może skorzystać także nauczyciel. Tędy również wiedzie droga do modernizacji.
Rozmawiała Anna Wittenberg
@RY1@i02/2014/238/i02.2014.238.000000500.804.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu