Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Kiedy profesorowie biorą się do biznesu

1 lipca 2018

Renomowany instytut Polskiej Akademii Nauk zamiast być kuźnią elit, zbijał miliony na studentach. Sprawie przygląda się prokuratura, w samym Instytucie Nauk Ekonomicznych zaś od ponad roku trwają prace naprawcze. Choć poziom zajęć się podniósł, w samej placówce panuje atmosfera nieufności

O jakości Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN świadczyć miała wybitna kadra. Jak się chwali instytut na stronie internetowej: "Wielu z nich (pracowników - red.) zajmowało lub zajmuje wysokie stanowiska w parlamencie, rządzie, Narodowym Banku Polskim, Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju, Banku Światowym i Komisji Europejskiej. W całej historii INE PAN 10 osób pełniło funkcje ministra, 3 było senatorami, 6 posłami, 4 członkami RPP, jeden był premierem, jeden wicepremierem, a trzech prezesami NBP". To wszystko prawda. Problem w tym, że pomimo wspaniałych karier jego pracowników to właśnie ten instytut znalazł się wśród 16 najgorzej ocenionych instytutów PAN w specjalnym rankingu Ministerstwa Nauki (z kategorią B). Reszta z 70 instytutów PAN znalazła się w ścisłej czołówce polskich uczelni z najwyższymi ocenami (A i A+). Jak do tego doszło? Wygląda na to, że profesorowie postawili na zarobki, a nie na podnoszenie poziomu nauki.

McDonald,s zamiast ostryg

Żeby zrozumieć, co się wydarzyło w INE PAN, trzeba się cofnąć o kilka lat. Wówczas dyrektor prof. Leszek Jasiński i jego zastępca dr hab. Paweł Kozłowski stworzyli nową instytucję - studia środowiskowe (Kolegium Studiów Społecznych Instytutów Polskiej Akademii Nauk - KSSI), zaś dyrektorem nowej instytucji został jej pomysłodawca Krzysztof Adamiec (który wcześniej nie był pracownikiem INE PAN). Projekt wyglądał ciekawie: w ramach kolegium włączono do współpracy inne instytuty PAN, m.in. prawa, psychologii czy socjologii. Kierownictwo chwaliło się, że teraz stawia na dydaktykę (do tej pory INE PAN znany był głównie z działalności badawczej) i chce stworzyć konkurencję dla prestiżowych uczelni ekonomicznych w Polsce. Pomysł był prosty: rozkręcamy studia, puszczamy w ruch machinę reklamową, a do instytutu wpływają pieniądze. Projekt ruszył pełną parą w 2009 r., oferując zainteresowanym zarówno studia doktoranckie, jak i podyplomowe.

INE PAN oraz KSSI proponowały słuchaczom szeroki wachlarz kierunków. Były więc oferowane, oprócz prestiżowych studiów podyplomowych MBA, także bardziej niszowe kierunki, takie jak studia dla marszandów, dla kolekcjonerów i miłośników sztuki czy o wdzięcznej nazwie "psychologia pozytywna (o podnoszeniu jakości życia)". W 2011 r. otwarto też studia doktoranckie Doctor of Business Administration (DBA) w cenie 19 tys. zł za rok nauki, a ich studentom obiecywano uzyskanie świadectwa z wiedeńskiej uczelni (The Vienna Institute for International Economic Studies), stopień doktora zarządzania, wykłady najlepszych: prof. Belki, prof. Hausnera, prof. Kleibera, prof. Osiatyńskiego czy prof. Kołodki. Kłopot polegał na tym, że obietnice nie były spełniane. Po pierwsze, Instytut Nauk Ekonomicznych nie może nadawać tytułów doktora z dziedziny zarządzania. Po drugie, nie było umowy z wiedeńską placówką w tym zakresie. Po trzecie, zajęcia mijały się z programem (zapowiadani wykładowcy w ogóle się nie pojawili), a studenci nie mieli opiekunów naukowych. - Kiedy o to prosiliśmy, zbywano nas, tłumacząc, że profesorowie nie mają czasu albo że im za to nie płacą - opowiada jeden ze studentów DBA. Marka PAN miała gwarantować jakość - ale studenci, którzy mieli otrzymać wykwintne danie, zamiast tego dostali fast food. Poziom zajęć okazał się niski i część słuchaczy rezygnowała. (Obecnie studenci w ramach rekompensaty mają możliwość skończenia studiów o tej samej nazwie, ale nie doktoranckich, lecz podyplomowych).

Po kilku latach całość tej nowej działalności dydaktycznej okazała się wydmuszką, bo większość prowadzonych studiów nie miała nawet podstaw prawnych. Uruchamiano je bez stosownych decyzji i zarządzeń. Jak wynikało z przeprowadzonej później analizy wewnętrznej, INE PAN bezprawnie wydał kilka tysięcy dokumentów - w tym legitymacji, indeksów, świadectw i dyplomów. Jednym z przykładów bałaganu, jaki panował w tym okresie, było chociażby to, że na jednym z kierunków na studiach doktoranckich przyjęto studenta mogącego się pochwalić tylko licencjatem - czego zresztą sam zainteresowany nie zatajał, składając podanie o przyjęcie. Ważne było, że wszystko się kręci, a do INE PAN wpływają pieniądze.

Obietnice bez pokrycia

Odpowiedzialność ponosi nie tylko dyrekcja instytutu, lecz także jego Rada Naukowa, do której statutowych obowiązków należy m.in. ustalanie planu finansowego, system kontroli studiów, dokonywanie okresowych ocen pracowników. Tymczasem brakowało wniosków RN o utworzeniu studiów doktoranckich, aktu utworzenia takich studiów, uchwał w sprawie ich regulaminu czy określających efekty kształcenia, a także uchwał w sprawie warunków i trybu rekrutacji.

Z audytów zewnętrznych zleconych przez PAN oraz analizy wewnętrznego postępowania wyjaśniającego zleconego na życzenie nowego dyrektora instytutu wynikało, że takie sprawy najczęściej nie były omawiane z Radą Naukową. Dyrekcja instytutu nie przedstawiała jej do zaopiniowania nie tylko planów dotyczących dydaktyki (np. programów czy regulaminów studiów), ale też planów finansowych czy decyzji personalnych (np. zatwierdzania kierowników studiów).

Pytany o to, dlaczego sytuacja w INE PAN nie doczekała się reakcji, prof. Jerzy Osiatyński nie chce komentować sprawy. Owszem, był przewodniczącym Rady Naukowej w tym czasie, ale jak podkreśla, o większości rzeczy jej członkowie po prostu nie wiedzieli, a poza tym on sam był w tym czasie na bezpłatnym urlopie i pracował bez wynagrodzenia.

Obecny dyrektor studiów doktoranckich prof. Ryszard Domański - ówczesny członek Rady Naukowej - przekonuje, że to nieprawda. Rada Naukowa wiedziała przynajmniej o części niepokojących zjawisk. On sam podczas jej posiedzeń zwracał uwagę na rażąco niski poziom studiów prowadzonych w ramach KSSI, a także na to, że dochodziło do uchybień przy instytutowych studiach doktoranckich. I rzeczywiście, w pisemnej skardze skierowanej do pracowników PAN już w 2010 r. zwraca uwagę, że program studiów ogłaszanych na stronach internetowych był inny, niż potem zaoferowano przyjętym studentom. Według prof. Domańskiego było to zwykłe wyłudzenie. Później - w grudniu 2011 r. - wysyłał skargę do prezydium PAN na przewodniczącego rady, m.in. na to, że nie reagował na ewidentne nieprawidłowości. Jednym z przykładów miało być to, że prof. Osiatyński przerwał dyskusję nad założeniami programu "Środowiskowych studiów doktorskich - kierunek ekonomia", uniemożliwiając wykonanie statutowych obowiązków rady, jakimi są sprawowanie nadzoru na studiami doktoranckimi i ustalanie programów studiów doktorskich. W skardze skierowanej do prezydium PAN prof. Domański pisał również, że nie można było przedyskutować niemożliwych do spełnia obietnic, którymi kuszono studentów. Chodziło np. o to, że w regulaminie jednego z kierunków studiów pojawił się zapis, iż ukończenie studiów podyplomowych MBA jest równoznaczne z zaliczeniem pierwszego roku studiów na studiach doktoranckich. Jak klarował prof. Domański, proste porównanie ówczesnego programu studiów doktoranckich z programem zawodowych studiów podyplomowych wykazywało, że jest to niemożliwe. Zwracał też uwagę zarówno podczas jednego z posiedzeń, jak i w piśmie do prezydium PAN na - jak mówił - niegodne takiej instytucji zachowania, czym było w jego ocenie bezzasadne potrącanie opłat od kwoty czesnego zwracanego osobom, które wobec oszustwa programowego zrezygnowały ze studiów doktoranckich w INE. Przywoływał przy tym przykład jednego ze studentów, który potwierdzał, że potrącono mu 10 proc. czesnego, kiedy porzucił studia, tłumacząc, że była to opłata za... rozmowę kwalifikacyjną.

Zaś w 2012 r. do Rady Naukowej oraz do prezesa PAN prof. Michała Kleibera zaczęły wpływać skargi od studentów na jakość prowadzonych studiów. Trudno więc uwierzyć, że rada i Prezydium PAN o niczym nie wiedziały, bo niepokojące sygnały docierały do nich, zanim nieprawidłowości potwierdził audyt w INE PAN zlecony przez prezesa PAN. A o możliwości popełnienia przestępstwa przy organizacji działalności dydaktycznej została powiadomiona prokuratura.

Dlaczego prezydium PAN nie zareagowało wcześniej? Mieczysław Grabianowski, rzecznik PAN, podkreśla, że Polska Akademia Nauk nie ma podstaw prawnych do ingerowania w działalność autonomicznych rad naukowych instytutów. Mają one własną osobowość prawną, co oznacza, że każda taka jednostka naukowa działa we własnym imieniu i na własny rachunek, a Polska Akademia Nauk nie ma możliwości bieżącego ich kontrolowania i nadzorowania. Jednak może zlecać audyty i ma decydujące zdanie przy zatrudnianiu czy wymianie dyrektora instytutu.

Były dyrektor prof. Leszek Jasiński tłumaczy zaistniałą sytuację tym, że od rozpoczęcia intensywnej działalności dydaktycznej w 2009 r. zmieniały się przepisy, a prowadzący KSSI po prostu nie znali obowiązujących wymogów prawnych. I że w wielu innych instytutach problemy były identyczne.

Zaś jeden z pracowników PAN przyznaje z rozbrajającym uśmiechem, że tak to wygląda, kiedy do biznesu wezmą się naukowcy. I dodaje, że podobne rzeczy dzieją się wszędzie w środowisku akademickim, ale tym razem skala zjawiska przekroczyła wszystkie dopuszczalne granice.

Mąż, matka i narzeczony córki

Jednak brak wiedzy o tym, co dzieje się w instytucie, i przymykanie oczu na nieprawidłowości było, jak się wydaje, na rękę wielu pracownikom. Przede wszystkim kuszące mogły być zarobki. Dotacja roczna z Ministerstwa Nauki na działalność instytutu wynosiła około 2 mln zł, wpływy z dodatkowej działalności dydaktycznej - ponad siedmiokrotnie więcej. Problem w tym, że pieniądze nie były przeznaczane na rozwój czy inwestowane w nowe projekty badawcze. Dochody były przede wszystkim dzielone pomiędzy profesorów i kluczowych dla całego przedsięwzięcia pracowników administracji. Część z nich otrzymywała co miesiąc aneksy do umów na wynagrodzenia w wysokości od 10 do 16 tys. zł brutto. Doszło do tego, że niektórzy pracownicy administracji zarabiali więcej niż niewłączeni do przedsięwzięcia profesorowie. W przypadku pracowników naukowych wpływy z aneksów do umów nie były bynajmniej wyceną za prowadzone zajęcia, za nie wykładowcy otrzymywali dodatkowe apanaże. Dodatkowym sposobem zarabiania było też w ich przypadku zlecanie sobie nawzajem odpłatnego przygotowania programów studiów, założeń programowych, wytycznych etc.

Oto jeden z przykładów. Przy programie studiów DBA widniała np. odrębna umowa na "Opracowanie programów studiów DBA" - za 50 tys. zł, i drugie zlecenie za tę samą kwotę na "Opracowanie szczegółowego programu studiów DBA", a następnie - i już za mniejszą kwotę, bo 15 tys. zł, za opracowanie... nowego programu studiów DBA.

W sumie na opracowywanie samych programów studiów przeznaczono pół miliona złotych. Jak wynikało z późniejszych kontroli, które wzięły te rozliczenia finansowe pod lupę, niektórych programów nie można w ogóle znaleźć, kilka było bez podpisów autorów, nie wiadomo, czy ktoś je jeszcze zatwierdzał.

Wiele rzeczy było prowadzonych bez należytych rozliczeń. Na przykład studia, które dofinansowała jedna z najważniejszych instytucji finansowych w Polsce, przyniosły straty. Dotacja wynosiła ok. 170 tys. (za jeden rok nauczania), z czego 52 tys. zł zostało przeznaczone na wynagrodzenia dla wykładowców i 53 tys. zł dla ich kierownika, który dodatkowo zatrudnił dwóch koordynatorów do pomocy (wynagrodzonych osobno). Instytut dołożył do całego przedsięwzięcia 44 tys. zł. Nie dość tego, obecnie owa instytucja finansowa wnioskuje o zwrot części pieniędzy za to, że nie spełniono warunku dotyczącego minimalnej liczby słuchaczy.

W innym projekcie Międzynarodowej Sieci Naukowej (w jej ramach m.in. powstaje ranking 500 najbardziej innowacyjnych przedsiębiorstw w Polsce) część prac była zaś zlecana nie tylko pracownikom INE PAN, lecz także członkom ich rodzin - również na opracowywanie założeń, wytycznych czy koncepcji. Nie były to bajońskie kwoty: chodziło o zlecenia córce pracy za 200 zł, synowi za 2 tys. albo bratu za 6 tys. zł. Na listach wypłat pojawił się nawet kuzyn jednego z pracowników (ten zarobił 3 tys. zł), narzeczony córki (16,4 tys. zł), zięć (1,5 tys. zł) czy też matka i mąż (od 3,2 tys. do 12 tys. zł). Trudno ocenić, czy chodziło o kompetentne osoby, ale wykraczało to - jak przekonuje nowy dyrektor prof. Cezary Wójcik - poza przyjęte normy etyczne. Ponadto w ramach tego samego projektu pojawiały się takie wydatki jak 500 zł ryczałtu na samochód i 1,2 tys. na parking na auto.

Nie byłoby być może w tym problemu, instytut w końcu nieźle zarabiał i wydawał pieniądze z wpływów od słuchaczy, gdyby nie to, że w tym samym czasie w powijakach leżała praca naukowa, która powinna stanowić podstawę działalności instytutu i od której była w ostatecznym rozrachunku uzależniona wysokość dotacji z resortu nauki.

Tymczasem w 2012 r. był realizowany tylko jeden grant naukowy. Co ciekawe, jego kierownik zarabiał kilkakrotnie mniej (nie otrzymując dodatkowych aneksów do umowy) niż niektórzy koledzy. Choć ci ostatni nie mogli się w tym czasie pochwalić ani projektem badawczym, ani publikacjami (które przekładają się na punkty przyznawane danej placówce w rankingu prowadzonym przez resort nauki), ani nawet nie prowadzili zajęć na nowych studiach. Wiele zakładów instytutu nie prowadziło również seminariów badawczych.

Skupieni na zarobkowaniu profesorowie doprowadzili do obniżenia poziomu naukowego. Niestety spadek w rankingu Ministerstwa Nauki (z kategorii A+ do B) oznaczał również zmniejszenie nawet o 60 proc. dotacji statutowej płynącej z resortu. A także ograniczył możliwość występowania INE PAN o środki unijne. Wpłynął też negatywnie na markę samego instytutu. Ta jest zaś kluczowa - w opinii studentów Polska Akademia Nauk dawała (jak się im zdawało) gwarancję jakości.

Harwardzki uśmiech

Krach nastąpił w połowie 2013 r. Zbiegło się to z końcem kadencji byłego dyrektora. W maju poprzedniego roku na następcę wybrano jednego z młodych pracowników, prof. Cezarego Wójcika. W swoim biogramie były stypendysta Fulbrighta oraz student i pracownik Uniwersytetu Harvarda pisze, że był jednym z najmłodszym (został nim jeszcze przed 35. rokiem życia) profesorów ekonomii.

Nowy dyrektor zabrał się do robienia gruntownych porządków. Wytknął pracownikom lenistwo, nieetyczne zachowania i działanie na szkodę dobrego imienia instytutu. I wywołał tym samym wojnę z pracownikami. Część z nich odeszła, co doprowadziło do tego, że INE PAN stracił prawo nadawania stopnia doktora habilitowanego.

Nic dziwnego, że prof. Wójcik szybko narobił sobie wrogów wśród podwładnych. Krytykują go jednak nie tylko ci, którym nadepnął na odcisk, lecz także zewnętrzni obserwatorzy, wytykając mu m.in. brak umiejętności interpersonalnych. Inni bronią dyrektora wskazując, że miał niełatwe zadanie, chociażby przez to, że większości kolegów zmniejszył pensje - niektórym aż kilkakrotnie. Poza tym może razić jego wiek w placówce, gdzie średnia wynosi około 70 lat.

Po przeprowadzonych analizach, kontrolach i w wyniku audytów prof. Wójcik zlikwidował działalność studiów środowiskowych (KSSI) oraz wiele kierunków studiów. Pod znakiem zapytania stanęły również projekty, które do tej pory uchodziły za chlubę instytutu.

Jednym z przykładów są Perły Polskiej Gospodarki - chodzi o listę rankingową najlepszych przedsiębiorstw, która jest przygotowywana przez ekonomistów z INE PAN na podstawie opracowanych przez nich kryteriów ekonomicznych określających przede wszystkim dynamikę i efektywność działania przedsiębiorstw. Zdaniem nowego dyrektora ani nie przynosiły one zysków finansowych, ani nie miały wkładu w parametryzację robioną przez resort nauki. Jak wykazywał Wójcik, choć to instytut przygotowuje metodologię i realizuje badania, płatności go omijają. Instytut w ostatecznym rozrachunku dokłada do przedsięwzięcia kwotę ok. 30 tys. zł.

Podobnie było z Międzynarodową Siecią Nauk. Tutaj - jak przekonywał prof. Wójcik - finansowanie z INE PAN wynosiło kilkaset tysięcy rocznie jako wynagrodzenie dla pracowników. Ale zyski szły na konto prywatnej spółki - bo wyniki badań były wykorzystywane i komercjalizowane przez zewnętrzną firmę. Nawet jeśli działalność przekładała się na tak cenne dla instytutu punkty ważne w ministerialnym rankingu, ich koszt był zdecydowanie zbyt wysoki - jeden wart był 4,5 tys. zł. To efekt tego, że wynagrodzenia za poszczególne prace były bardzo wysokie (np. 80 tys. zł za redakcję prowadzonych publikacji).

Nowy dyrektor w reformatorskim zapale nie otworzył również naboru na kolejny rok studiów doktoranckich, przekonując, że najpierw należy wszystko doprowadzić do porządku, a także dopilnować, by była wystarczająca kadra przypadająca na jednego studenta. To również spotkało się z ostrą krytyką ze strony pracowników.

- Mógł pociągnąć istniejące już projekty i przekuć na sukces instytutu. Na początku go popierałam, a teraz mam wrażenie, że ze swoim harwardzkim uśmiechem na ustach pełnych obietnic nie jest w stanie działać skutecznie - mówi jedna z pracownic INE PAN. I dodaje, że prof. Wójcik ostatecznie wszystkich skłócił, a w instytucie panuje atmosfera nieufności.

Efekt jest taki, że Rada Naukowa wydała wobec swojego dyrektora negatywną opinię. Pracownicy uznali, że nie spełnia on swoich obowiązków, że doszło do niesłychanej biurokratyzacji, nieprzyjemnej atmosfery i braku konkretnych perspektyw. Jednym z zarzutów było to, że pracuje się cały czas w trybie nadzwyczajnym. Sam prof. Wójcik nie dziwi się temu, że nie przepadają za nim. Jego zdaniem program naprawczy został skutecznie przeprowadzony i zakończony. Wskazuje, że nastąpił wzrost jakości dydaktyki, a jako przykład podaje to, że do współpracy instytut przyciągnął nowych wykładowców, w tym osoby z doświadczeniem pracy w Harvard Business School, Cambridge, LSE, IESE i innych prestiżowych ośrodkach naukowych. Odmłodził także kadrę (do tej pory instytut nie mógł nawet korzystać z dotacji na młodych pracowników, która przysługiwała mu z Ministerstwa Nauki, bo zatrudniał ich bardzo niewielu). - Od września br. ok. 25-30 proc. kadry naukowej na podstawowym miejscu pracy stanowią młodzi, 25-30-letni naukowcy, z dorobkiem naukowym potwierdzonym publikacjami w prestiżowych pismach - mówi prof. Wójcik. Wskazuje również, że aktywność grantowa INE PAN wzrosła do najwyższego poziomu w 10-letniej historii instytutu. Liczba aplikacji wzrosła z 0 w 2012 r. do ok. 18 w 2014 r.

W ocenie działań nowego kierownictwa podzieleni są również doktoranci, których denerwuje przede wszystkim to, że - niezależnie, czy to była wina starego, czy nowego dyrektora - zostali oszukani. A niektórzy z nich nadal nie otrzymali dyplomów i świadectw. Zgodnie przyznają jednak, że wraz z przyjściem nowej dyrekcji wzrósł poziom studiów.

Tymczasem krążą wieści, że były dyrektor studiów podyplomowych (czyli zlikwidowanego w INE PAN - KSSI) działa już w innym instytucie PAN i rozwija swoją działalność biznesową.

Jednemu ze studentów, który zrezygnował ze studiów z powodu ich niskiego poziomu, potrącono 10 proc. z czesnego jako opłatę za rozmowę kwalifikacyjną

Klara Klinger

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.