Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Zwolnienie z życia

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

W trosce o jak najlepszy start dziecka podsadzamy je, kiedy stanie przed byle przeszkodą. Problem pojawia się, gdy zaczyna brakować nam na to sił

Zawiążę ci buty. Wytrę ci buzię. Rozwiążę to za ciebie. Posprzątam po twojej zabawie. Rodzice uwielbiają wyręczać swoje dzieci. A kształcony we wczesnym dzieciństwie nawyk pozostaje też później. Wybiorę za ciebie najlepszą szkołę. Zapiszę cię na dodatkowe zajęcia. Wyślę na odpowiednie wakacje. Wynegocjuję z nauczycielem podniesienie oceny (bo przecież jej potrzebujesz). Zadzwonię do matki kolegi, z którym się pobiłeś. I dalej: przekonam cię, że musisz studiować konkretny kierunek, po którym będzie praca. A jak już tę pracę dostaniesz, ocenię, czy warto się starać za stawkę, którą ci zaproponowali.

Troska o dzieci sprawia, że bez końca opóźniamy ich wejście w dorosłość. Nie pozwalamy podejmować kluczowych decyzji. W efekcie, kończąc szkołę, młodzi są nieprzygotowani nie tylko do pracy, lecz przede wszystkim do wzięcia odpowiedzialności za siebie.

Szkoła zamiast szkoły życia

Jedna trzecia amerykańskich nastolatków ubiegłe wakacje spędziła w pracy. Wśród białych, dobrze sytuowanych rodzin odsetek ten był jeszcze wyższy - pracowało 50 proc. W zamorskiej kulturze dominują wciąż pozostałości po protestanckich pierwszych osadnikach - wysłanie dziecka do pracy jest elementem kształtowania jego charakteru i doskonalenia umiejętności. Doświadczeniem, bez którego Amerykanie nie wyobrażają sobie sprawnego dorosłego życia. Nastolatek często w trakcie roku szkolnego - a już na pewno w wakacje - musi rozwozić gazety albo smażyć hamburgery.

Według danych Eurostatu w Polsce zatrudnianych jest jedynie 5,4 proc. nastolatków w wieku 15-19 lat. Średnia dla Unii Europejskiej to 15,8 proc. Najwięcej młodzieży pracuje w Holandii (połowa), Danii (47 proc.), Austrii (40 proc.). W Niemczech do pracy chodzi 28 proc. nastolatków. Bardzo wysokie odsetki zatrudnienia są też poza Unią: na Islandii pracuje 55 proc. nastolatków, w Szwajcarii 51 proc., a w Norwegii - co trzeci.

- Pracują w marketach, knajpach, na stacjach benzynowych. To dla nich zupełnie naturalne. Nie znałam chyba ani jednego nastolatka, który nie pracował chociaż kilka godzin w tygodniu. Nawet ci, którzy są z bogatych rodzin, pomagają u rodziców w firmach - mówi Magda, która w Norwegii najpierw spędziła roczną wymianę studencką, a teraz pracuje.

Polscy uczniowie dla odmiany są skupieni na szkole. Nic dziwnego, sami rodzice często nie chcą słyszeć o tym, żeby ich dziecko łączyło obowiązki naukowe z zawodowymi. - Młodzież jest otoczona kokonem, buforem, który nie daje im doświadczać różnych rzeczy. Młodzi nie uczą się rozwiązywać problemów, bo ich nie mają - ocenia dr Bożena Olszak-Krzyżanowska, pedagog z Uniwersytetu Zielonogórskiego.

A wieloletni pedagog z Warszawy dodaje: - Mam szczęście od 10 lat obserwować mniej więcej dwudziestoosobową grupę młodzieży. Poznałem ich jeszcze jako dzieci we wczesnej podstawówce, dziś to osoby, które wchodzą w dorosłość. Zdumiało mnie, kiedy okazało się, że ci z nich, którzy w dzieciństwie lub wczesnej młodości musieli mierzyć się z problemami, takimi jak rozwód rodziców, kłopoty finansowe rodziny czy złe stosunki z rodzeństwem, zdecydowanie lepiej radzili sobie u progu studiów. Raczej potrafili wybrać odpowiedni kierunek, a później się go trzymać. Ci, którzy przez całe dzieciństwo mieli spełniane wszystkie potrzeby i zachcianki, gorzej wypadli na starcie w samodzielność. W ogóle nie wybierali uczelni albo rezygnowali po jednym semestrze. U niektórych sytuacja powtórzyła się rok po roku.

Encyklopedia nie zastąpi wyzwań

To, że przypadek warszawskich nastolatków może nie być odosobniony, potwierdzają liczby. Jak przyznają akademicy, co roku z uczelni rezygnuje po pierwszym roku kilkanaście procent studentów. Co więcej, w ocenie ekspertów o tym, że młodzi w nieskończoność chcą sobie przedłużyć wejście w dorosłość, świadczy również przyrost liczby doktorantów. Jest ich już 39 tys. Dzięki trzeciemu stopniowi studiów zyskują dodatkowe trzy lub cztery lata.

- Takie postępowanie generuje ogromne koszty, które musi pokryć całe społeczeństwo - kalkuluje dr Olszak-Krzyżanowska. - Ja również obserwuję pewną grupę młodzieży, która nic nie musiała, bo rodziców było na to stać. Ci ludzie nadal w tym tkwią. Młodzi, którzy doświadczyli trudności, są lepiej zahartowani w znoszeniu trudów w przyszłości - ocenia i przypomina, że rolę kryzysów życiowych opisał już amerykański psycholog Erik Erikson. Według opracowanej przez niego teorii rozwój psychospołeczny możliwy jest właśnie dzięki temu, że jednostka mierzy się z trudnościami, które przynoszą jej zmiany na płaszczyźnie biologicznej, psychicznej i społecznej. Pokonując kolejne kryzysy i rozwiązując konflikty, człowiek wchodzi na wyższe poziomy rozwoju. Z ośmiu faz tych konfliktów sześć przypada według Eriksona na dzieciństwo i wczesną młodość, definiując późniejsze postawy w dorosłości. Zdaniem psychologa na przykład stosunek do pracy kształtuje się mniej więcej na etapie szkoły podstawowej.

Tymczasem nasza oświata, poza encyklopedyczną wiedzą, niewiele oferuje nastolatkom. Zdaniem ekspertów trendem jest od lat obniżanie wymagań.

Tylko w tym miesiącu minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska zapowiedziała w rozmowie z DGP, że chciałaby obniżyć rangę testu szóstoklasisty. Zdaniem minister sprawdzian naraża i dzieci, i rodziców na niepotrzebny stres, bo jest organizowany ze zbyt wielkim "przytupem". Ponadto wprowadza niezdrową konkurencję między samymi szkołami - na jego podstawie budowane są rankingi najlepszych placówek.

Deklaracja oburzyła pedagogów. Anna Krzyżanek ze Szkoły Podstawowej nr 4 w Krakowie, komentując pomysł, mówiła, że obniżenie rangi sprawdzianu może mieć fatalny wpływ na uczniów, dla których sprawdzian szóstoklasisty to podsumowanie bardzo ważnego etapu w życiu. - Wpływa to na ich poczucie własnej wartości. Skoro dzieci tyle się napracowały w szkole, to chcą być ocenione na odpowiednim poziomie - argumentowała i dodała, że jeśli dzieciom odpuści się stres po podstawówce, nie będą przygotowane, by zmierzyć się z dużo poważniejszymi progami - egzaminem gimnazjalnym i maturą.

Z progami nastolatki mają problem i w tej chwili. Jak pokazały wyniki badań Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, co piąty uczeń miał lub ma poważne problemy emocjonalne związane z nauką. To nawet milion dzieci. Zwrócił na to uwagę prof. Philip Zimbardo, amerykański psycholog, autor słynnego eksperymentu więziennego, w ubiegłym roku apelując do polskich władz oświatowych o reformę systemu.

Punkty za średniaków

Zdaniem dr. Jerzego Lackowskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego problem leży właśnie w tym, że przestajemy przyzwyczajać dzieci do wysokich wymagań. - Stopień dopuszczający został wymyślony po to, by dać na świadectwie informację, że uczeń ma braki, ale może je nadrobić w następnej klasie. Dziś dwójkę wystawia się na koniec szkoły. Kiedy ci uczniowie mają to nadrobić? Co więcej, w tej chwili szkoły mają możliwość promowania uczniów z ocenami niedostatecznymi. Takich kwiatków cała masa - uważa i wylicza niektóre z nich: fragmenty lektur zamiast całych powieści, podstawa programowa z profilami kształcenia, które ograniczają przedmioty nieobjęte profilem do minimum.

Dyrektor Studium Pedagogicznego UJ zwraca uwagę, że problem jest systemowy, bo wymagań nie stawiamy nie tylko uczniom, lecz także szkołom i nauczycielom. - Stosuje się różne wskaźniki oceny pracy szkoły. Jednym z nich jest sprawność organizacyjna placówki. Ocenia się stosunek tych, którzy rozpoczęli naukę, do tych, którzy ją zakończyli. Tymczasem szkoła średnia, którą skończyło 100 proc. uczniów, może niczego nie uczyć. O tym, że szkoła dostosowuje się do takich norm, świadczy na przykład rozszerzanie skali ocen. Żeby nie postawić dwójki, nauczyciel daje trzy z dwoma minusami - przekonuje Lackowski i dodaje, że taki sam mechanizm działa w przypadku nauczycieli. - Jeśli jest on ukształtowanym etycznie człowiekiem, a do tego osobowością, podejmie wysiłek, by wymagać od uczniów i stawiać im gorsze stopnie, jeśli nie będą tych wymagań spełniać. Ale może mieć kłopoty, bo jeśli przez zbyt dużą liczbę stopni niedostatecznych w jego klasie szkoła będzie miała niski wskaźnik, wszyscy pomyślą, że jest słaba - uważa.

Nadzieję na zmianę dają nowe narzędzia, których można używać w ocenie pracy szkoły - wskaźnik edukacyjnej wartości dodanej oraz porównywalne wyniki egzaminacyjne opracowane przez Instytut Badań Edukacyjnych. Pierwszy pozwala sprawdzić, jak w czasie nauki w gimnazjum lub liceum wzrosły umiejętności uczęszczających do nich uczniów (z rozbiciem na humanistyczne i matematyczno-przyrodnicze oraz językowe). Drugi z kolei na podstawie wyników testów szóstoklasisty i egzaminów gimnazjalnych pozwala orzec, jak w dłuższej perspektywie kształci szkoła. Specjalna wyszukiwarka pozwala zobaczyć nie tylko bieżące wyniki, lecz także tendencję oraz odniesienie do wyników innych placówek z powiatu, województwa i kraju. Ocena przy pomocy tych narzędzi nie jest jednak obowiązkowa. Resort stawia na ewaluację - czyli jednoznaczne noty szkół w szkolnej skali.

Amnestii od życia nie będzie

Eksperci mają zastrzeżenia także do egzaminu maturalnego. Kiedy w 1999 r. rząd Jerzego Buzka wprowadzał reformę oświaty, jej główny autor - minister edukacji Mirosław Handke - założył, że w wyniku zmian wykształcenie średnie będzie osiągało ok. 80 proc. uczniów. Pomóc miało nie tylko wprowadzenie powszechnych, obowiązkowych gimnazjów, lecz także nowa matura. Aby ją zdać, z poszczególnych egzaminów wystarczy osiągnąć 30 proc. możliwych do zdobycia punktów.

Jakby tego było mało, kolejni ministrowie edukacji próbowali jeszcze ułatwiać licealistom zadanie. Sztandarowym przykładem obniżenia wymagań może być wprowadzenie amnestii maturalnej przez Romana Giertycha. Szef resortu w 2006 r. wydał rozporządzenie, na mocy którego pozwolił uczniom nie zaliczyć jednego przedmiotu, o ile średnia ze wszystkich arkuszy będzie przekraczała 30 proc. Choć regulację zakwestionował Trybunał Konstytucyjny, w latach 2006 i 2007 skorzystało na niej 53 tys. uczniów. Wielu z nich z niezaliczonym przedmiotem dostało się na studia.

Obniżanie wymagań widać też na uczelniach. W obliczu niżu demograficznego chwytają się różnych sposobów, by przyciągnąć do siebie kandydatów. Po tym jak okazało się, że w majowej sesji co trzeci uczeń nie zdał matury, niektóre szkoły niepubliczne zaoferowały im na przykład przepustkę bezpośrednio na drugi rok studiów. W pierwszych dwóch semestrach osoby bez egzaminu dojrzałości miały mieć status wolnego słuchacza. Kiedy już uporają się z maturą, będą miały zaliczone przedmioty i wstęp na trzeci semestr.

Niż demograficzny i aspiracje kandydatów na studia miały mieć wpływ także na sposób nauczania w liceum. Jak mówi DGP jedna z osób bezpośrednio odpowiedzialnych za zmianę podstawy w 2009 r., okrojone profile zaprojektowano właśnie w oparciu o oczekiwania uczelni. Te z jednej strony narzekają na coraz gorzej przygotowanych kandydatów, a z drugiej nie ograniczają liczby miejsc. Resort postawił więc na to, by kandydaci na studia byli przygotowani chociaż z części przedmiotów.

- Możemy zrobić amnestię od wymagań, ale amnestii od życia nie będzie - oburza się dr Lackowski. - Pierwsze niepowodzenie spowoduje depresję, załamanie. Jednym z zadań edukacji i rodziców jest przygotowanie młodego człowieka do zmierzenia się z problemami, które pojawią się w dorosłym życiu - przekonuje.

Efekty widać na rynku pracy. Z jednej strony 33 proc. przedsiębiorców ma problem ze znalezieniem odpowiedniego pracownika (raport "Niedobór talentów" przygotowany przez ManpowerGroup), z drugiej ponad 20 proc. młodych w wieku 25-29 lat to NEETs - osoby niezatrudnione, nieuczące się ani nieszkolone.

Możemy zrobić amnestię od wymagań, ale amnestii od życia nie będzie. Jednym z zadań edukacji i rodziców jest przygotowanie młodego człowieka do zmierzenia się z problemami

@RY1@i02/2014/182/i02.2014.182.000000600.101.jpg@RY2@

Getty Images

Anna Wittenberg

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.