Od wspólnego działania do konfliktu
W 1989 r. chodziliśmy do ośmioletniej podstawówki. Większość z nas kończyła naukę najwyżej na maturze. W szkolnej ławie trzeba było siedzieć do 16. roku życia. Dziś nauka to obowiązek do ukończenia pełnoletniości
@RY1@i02/2014/155/i02.2014.155.00000140a.101.jpg@RY2@
Choć wszyscy muszą przejść co najmniej przez szkołę podstawową i gimnazjum, większości to nie wystarcza - już co trzeci młody człowiek opuszcza system edukacyjny z dyplomem wyższej uczelni. Efekty zmian widać w wynikach międzynarodowych testów umiejętności - dorównujemy wreszcie Europie. Ale reformy przyniosły też efekt uboczny. Na nowo pogłębiamy nierówności. Dostęp do dobrej edukacji od 25 lat nie był tak zależny od zasobności portfela. W dodatku jeszcze nigdy nie było wokół oświaty tak zaognionego konfliktu.
Pierwsze jaskółki zmian w oświacie widać było na długo przed 1989 r. Już w czasie porozumień sierpniowych istotną kwestią poruszaną w negocjacjach ze stroną rządową było odebranie państwu monopolu na kształcenie. Udało się wymóc na władzy prawo do zakładania szkół z własnymi programami. Marzenia prysły jednak po 13 grudnia. W 1988 r. zostało powołane Społeczne Towarzystwo Oświatowe. Jak dziś wspominają jego członkowie, wówczas byli przekonani, że komunizm będzie trwał długie lata. Szukali sposobu, by kształtować młode pokolenie na własną rękę, w wolnościowym duchu. Rok później siedzieli już przy podstoliku edukacyjnym podczas obrad Okrągłego Stołu prowadzonym przez prof. Henryka Samsonowicza.
W październiku 1991 r. weszła w życie nowa ustawa oświatowa. Pozwoliła zmienić socjalistyczny, scentralizowany i zideologizowany obraz szkoły. Placówki przekazano samorządom, pozwolono zakładać je innym podmiotom, a także tworzyć autorskie podręczniki oraz programy nauczania. Powstawały pierwsze szkoły niepubliczne. Jak na antenie Polskiego Radia mówił prezes STO, Wojciech Starzyński: "Rodzice i nauczyciele sami wynajdywali lokale, odnawiali je, zwozili ławki. Ta obywatelska atmosfera później już się nie powtórzyła".
Prawdziwym trzęsieniem ziemi i najważniejszą zmianą od czasów PRL była jednak reforma oświaty przeprowadzona w 1999 r. przez rząd Jerzego Buzka. Jej głównym elementem i kołem zamachowym było wprowadzenie nowego stopnia edukacji - gimnazjum. W czerwcu 1999 r. ostatni uczniowie skończyli ósmą klasę szkoły podstawowej i poszli do czteroletnich szkół średnich. We wrześniu naukę w gimnazjum rozpoczął rocznik 1986.
Utworzenie gimnazjum miało być sposobem na podniesienie poziomu edukacji w Polsce - upowszechnienie wykształcenia średniego (docelowo miało je zdobyć 80 proc. uczniów) i wyższego (30-35 proc. kończących edukację). Miało także wyrównać szanse edukacyjne młodych Polaków.
W intencji twórców reformy gimnazjum miało także, jak przed wojną, stać się instytucją wychowującą młodzież. Mirosław Handke, ówczesny minister edukacji, podkreślał, że utworzenie gimnazjum jako szkoły o mniejszej liczbie uczniów i niewielkim zróżnicowaniu młodzieży pozwoli zapewnić jej lepszą opiekę i korzystniejszą atmosferę. Szybko okazało się, że efekt reformy w tym ostatnim zakresie odbił się jak w krzywym zwierciadle - pospieszne wprowadzanie zmian spowodowało, że na nowy system nie byli przygotowani ani nauczyciele, ani szkoły. Gimnazjum, zamiast szkołą wychowującą młodzież, stało się w pierwszych latach szkołą przetrwania.
Z czasem sytuacja zaczęła się zmieniać, podkopując jednak inne marzenie twórców reformy - o egalitaryzmie. Ponieważ marzeń nie obwarowano dostatecznie mocno rozwiązaniami legislacyjnymi, szybko doszło do wypaczeń. W dużych miastach, gdzie między szkołami może istnieć konkurencja, gimnazja zaczęły selekcjonować młodzież. Choć oficjalnie nie wolno im tego robić, dyrektorzy znaleźli furtkę - wystarczy założyć w szkole oddziały dwujęzyczne i prowadzić do nich testy językowe, by zafundować sobie elitarne klasy dla zdolnych i bogatych. Trudno nazwać zbiegiem okoliczności to, że uczniowie z takich placówek osiągają lepsze wyniki w testach gimnazjalnych.
Lepiej jest, jeśli chodzi o wymiar edukacyjny. Wskaźniki scholaryzacji przekroczyły te, które zakładali autorzy reformy, a wyniki międzynarodowego badania umiejętności 15-latków (PISA) są dla Polski coraz korzystniejsze. O ile w 2000 r. w zakresie umiejętności czytania i interpretacji tekstu polscy uczniowie zdobywali średnio 479 pkt, o tyle w 2012 r. - już 518. Tyle samo otrzymują z matematyki, choć jeszcze w 2003 r. osiągali średnio 28 pkt mniej. Zmieniła się także struktura kształcenia na poziomie szkoły średniej. Podczas gdy w roku szkolnym 1985/1986 ponad 50 proc. uczniów uczęszczało do zasadniczych szkół zawodowych, na początku XXI w. już tylko niecałe 20 proc.
Reforma z 1999 r. wprowadziła jeszcze jedną istotną zmianę - system egzaminów zewnętrznych. Testowani zaczęli być już uczniowie kończący szóstą klasę. Wynik testu gimnazjalnego stał się przepustką do liceum, a nowa matura zastąpiła egzaminy na studia. Już po pierwszych latach funkcjonowania systemu okazało się jednak, że nauczyciele ulegają pokusie uczenia pod testy - ważniejsza niż wiedza stała się umiejętność wpasowania w klucz odpowiedzi. Poważną zmianę ma przynieść reforma podstawy programowej, przyjęta w 2008 r. Jak będzie - pokaże przyszłoroczny egzamin.
Reforma z 2008 r. wywołała zresztą największy w wolnej Polsce konflikt wokół edukacji. Wprowadzona w marcu ustawa zakładała obniżenie wieku szkolnego. Już w roku szkolnym 2012/2013 do pierwszej klasy miały pójść wszystkie dzieci sześcioletnie (dotychczas były to wyjątki, o posłaniu dziecka wcześniej do szkoły decydowali rodzice). Wielu rodziców protestowało przeciwko takiemu rozwiązaniu. Wokół sprawy zawiązał się ruch "Ratuj maluchy", na którego czele stanęli Karolina i Tomasz Elbanowscy. Ich działania spowodowały, że reformę odłożono w czasie o trzy lata, a rodzicom pozostawiono do tego czasu wolny wybór. Spektakularnych efektów nie było - w roku szkolnym 2010/2011 do podstawówek trafiło zaledwie 9 proc. dzieci sześcioletnich, rok później - 20 proc., a po dwóch latach - 17 proc. Elbanowscy wciąż jednak walczyli o zawieszenie reformy - w międzyczasie działaczom "Ratuj maluchy" udało się zebrać 350 tys. podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o systemie oświaty. Marszałek Sejmu do dziś nie dopuścił go do drugiego czytania w Sejmie. Reformę odłożono jednak o kolejne dwa lata - do roku szkolnego 2014/2015. Protestujący rodzice nie ustawali i zebrali ponad milion podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie ogólnopolskiego referendum w sprawie odroczenia obowiązku szkolnego. Sejm wniosek odrzucił.
Na osłodę wolny wybór rozszerzono na rodziców połowy dzieci z rocznika 2008. Rząd zaczął też realizację innej obietnicy - przygotowania podręcznika, za który zamiast rodziców zapłaciłby Skarb Państwa. Przygotowany pod egidą MEN "Nasz elementarz" od września 2014 r. będzie obowiązywał w ponad 99 proc. szkół publicznych w Polsce. - Odbieramy kolejną już obietnicę darmowego podręcznika jako próbę uciszenia obaw rodziców wobec faktu, że ich dzieci będą siłą rzeczy ponosić skutki nie tylko nieprzygotowanej reformy, ale i przeładowanych szkół - ocenili książkę Elbanowscy.
Eksperci edukacyjni są zgodni, że po 25 latach oświata potrzebuje dziś kolejnych zmian. W tym systemie nie ma już jednak miejsca na rewolucję. Trzeba spokojnych, dobrze ugruntowanych i mądrych reform, które dostosują szkołę do zmian demograficznych, ale i współczesnej rzeczywistości. Patrząc na działania kolejnych ministrów edukacji, to właśnie ten spokój wydaje się największym wyzwaniem na najbliższe ćwierćwiecze.
Po 25 latach polska edukacja potrzebuje kolejnych zmian
@RY1@i02/2014/155/i02.2014.155.00000140a.804.jpg@RY2@
Demografia zmienia szkołę
Anna Wittenberg
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu