Edukacja podlega regułom polityki
Gimnazja - przetrwanie, likwidacja, przebudowa? To decyzja polityczna. Powszechnie lękamy się do tego przyznać. Jednym "polityka" kojarzy się z realiami pracy zakładów mięsnych. Inni wypierają polityczność, ponieważ nie potrafią się w niej odnaleźć, a nie chcą postrzegać siebie jako obywateli pozbawionych wpływu na Polskę - budują zatem fałszywy wizerunek edukacji jako dobra wyłączonego spod reguł polityki. Obie te postawy blokują możliwość zobaczenia prawdy oczywistej. Ogromne publiczne wydatki na oświatę oraz wpływ poziomu i ideologii szkół na młode pokolenie stanowią o tym, że w demokracji decyzje w sprawach oświaty są upolitycznione, przez co są również przedmiotem gier, targów i kalkulacji politycznych.
Mało tego - edukacyjne decyzje są i będą upartyjnione. Nieraz spotkają się państwo z mile brzmiącym zapewnieniem, że ktoś jest "apolityczny" (co w wypadku funkcjonariuszy państwa czy samorządu jest wewnętrznie sprzecznym komunikatem), a ktoś jest przynajmniej "bezpartyjny". Spór o gimnazja będzie partyjny. W demokracji rozgraniczenie słów "upolitycznione" i "upartyjnione" nie jest wcale łatwe, ponieważ to właśnie partie polityczne są narzędziem demokracji. Fale wzmożeń obywatelskich, mejle, fejsy i podniesione głosy w kawiarni tylko uzupełniają życie polityczne, które toczy się w partiach. Dla klimatu, w którym przyjdzie nam podjąć - a może tylko otrzymać - decyzję w sprawie trwania gimnazjów, wróży to jak najgorzej.
Z jednej strony mamy do czynienia z całkowitym odrzuceniem Prawa i Sprawiedliwości przez niemałą część Polaków wspieranych przez silne media i przeważającą część byłych elit politycznych. Znajoma moja, fajna babka, kiedy dowiedziała się ode mnie, że minister Konstanty Radziwiłł chce doprowadzić do porzucenia przez Polaków nałogu tytoniowego, zakrzyknęła, że nauczy się palić, a papierosa będzie nosiła ostentacyjnie za uchem (mam nadzieję, że niezapalonego). Jak Polska długa i szeroka gimnazja były przez lata przedmiotem narzekań i krytyki - wystarczyło jednak, by zamiar ich likwidacji przedstawił PiS, a dotychczasowi krytycy "włożyli sobie papierosa za ucho". A przecież są dobre powody, dla których gimnazja można zlikwidować: szkoły te przestały pełnić funkcję wyrównawczą. System się otorbił, "lepsze" dzieci, czyli te lepiej radzące sobie w szkole podstawowej, trafiają do "lepszych" gimnazjów, "gorsze" do "gorszych". Na koniec wszyscy trafiają do okrojonego 3-letniego liceum, które w praktyce nie pomaga uczniom nadrobić braków z poprzednich 9 lat edukacji. Te luki uzupełniają płatni korepetytorzy, bardziej dostępni dla dzieci z domów zamożnych niż niezamożnych.
Z drugiej strony mamy pełen triumfalizm wsparty przeświadczeniem, że zużył się dominujący w ostatnich dekadach język opisujący zadania szkół. Kreatywność? Kształcenie umiejętności? Rozwój? A komu to miałaby zaszkodzić stara, dobra dyscyplina szkolna, wkuwanie na pamięć, powrót do idei obowiązku... Komu miałaby zaszkodzić karność uczennic i uczniów - a co to, że niby lepiej, jak ćpają, biją się i okradają... Badania, które wykazują, że w wielu gimnazjach jest przemoc, ponieważ w wielu szkołach, nie tylko w Polsce i nie tylko w gimnazjach, przemoc się niestety zdarza, są odrzucane. Winne mają być gimnazja! Na fali dość powszechnych resentymentów ludzie PiS są skłonni uwierzyć, że w szkołach potrzeba dzisiaj pokonania psychologizującego liberalnego nowinkarstwa i wprowadzenia nieskażonej cywilizacji opartej na umiłowaniu Ojczyzny, szacunku dla starszych i dziecięcej pobożności. Reforma gimnazjów urasta do zadania walki o cywilizację z barbarzyńcami - a z nimi się nie dyskutuje, im się dyktuje.
Tak, uważam, że debata na temat "co zrobić z gimnazjami" będzie pozorna i nieefektywna. Partia, która wygrała wybory, zrobi z gimnazjami to, co uzna za stosowne, i wycie ugrupowań, które przegrały wybory, i ich propagandowych tub tylko umocni przekonanie władzy, że reforma jest bardzo wartościowa. Z kolei opozycja w większości, da się ponieść fali hejtu wobec PiS i odegra smutną rolę fanatyka przekonanego o swojej wyższości nad pisowską hołotą.
Gdyby jednak, nieoczekiwanie, tak się jednak miało nie stać, to uczestników debaty (takiej wyśnionej, która przygotowuje decyzję, a nie okazuje się tylko odcinkiem sitcomu) proszę o zwrócenie uwagi na kilka punktów podstawowych.
1Istnieją w Polsce dobre gimnazja. Dobre to znaczy takie, które stanowią środowiska rozwoju, kształtują dobre cechy w ludziach, nie zapominając o wyrabianiu pewnego poziomu pracowitości. W warunkach trudnych (młodzież w wieku gimnazjalnym naprawdę łatwa nie jest) i pionierskich, mimo przeszkadzających w pracy kontroli coraz bardziej agresywnych władz oświatowych, mimo dewastującego wpływu świata dorosłych na pojmowanie świata przez młodzież, nauczycielki i nauczyciele trafili w tych szkołach w punkt. Żadna reforma edukacyjna w Polsce, która nie zacznie się od gruntownego wyciągnięcia wniosków na temat przyczyn sukcesów tam, gdzie one były, nie jest warta nawet śladu poparcia.
2Mniej więcej jedna trzecia gimnazjów okazała się, według badań, eksperymentem nieudanym. Młodzież nie ma motywacji do nauki, nie oczekuje od szkoły prawie niczego, swoje zainteresowania ogniskuje wokół sfery życia towarzyskiego, podporządkowanego regułom stada, a nie wspólnoty. Nauczycielki i nauczyciele mają słuszne poczucie jałowości pracy - wykonywanej często solidnie! Żadna reforma, która nie wyjdzie od zdiagnozowania przyczyn porażek, nie będzie reformą dobrą. Propozycja, aby rozwiązać problemy tak wielu szkół poprzez likwidację szkół i przeniesienia frustracji, agresji, nieróbstwa i zagubienia młodych ludzi z gimnazjów do podstawówek, to propozycja szpetna moralnie i intelektualnie nie do przyjęcia.
3W Polsce króluje ideał reformy odgórnej. Kilka osób zamyka się na noc w pokoju i nad ranem obwieszcza superważną zmianę, którą, pod przymusem, wprowadzić ma w życie legion polskiej edukacji. Stąd w kolejnych edukacyjnych reformach, także tych kierunkowo dobrych, tyle elementów karykatury. Na wszelki wypadek ogół nauczycieli narzeka na nowe druki władzy, potem zaś, realizując cudze koncepty, ukrywa to, co nie wychodzi, aby mieć święty spokój. Każda reforma musi się zaczynać od dołu! Reformatorzy powinni odgrywać rolę inspiratorów, ale panie i panowie z ciemnego pokoju - pamiętajcie, że tzw. reforma to życie codzienne setek tysięcy różnych ludzi pracujących z milionami różnych ludzi. To od nich uczcie się, jakie obszary i w jaki sposób mamy reformować, nie pouczajcie. Żadna reforma, która nie zaproponuje zmian poprzez zaangażowanych nauczycieli, nie będzie reformą, tylko rządowym kłamstwem.
4 Zanim zlikwidujemy (jak?) gimnazja, pytajmy o program pozytywny. Co zmieni się na lepsze w polskich szkołach podstawowych? Co zmieni się na lepsze w szkołach ponadgimnazjalnych? Co z dobrych doświadczeń gimnazjów przenosimy i w jaki sposób do nowych szkół? Czego nauczyliśmy się dzięki złym doświadczeniom gimnazjów? Proste pytania, których nie wolno zagłuszać opowieściami, jak to w pewnym gimnazjum biorą amfetaminę w pierwszej klasie, a w drugim nagrywają ośmieszające filmy. Żadna reforma, która nie zacznie od propozycji nieco bardziej skutecznych starań o wychowanie nieco lepszych młodych ludzi, nie będzie warta nawet minuty uwagi.
Likwidacja gimnazjów może być pomysłem ozdrowieńczym dla polskiej oświaty, owszem. Jednak tylko pod tym warunkiem, że wykorzysta, a nie zmarnuje, doświadczenie tysięcy zapalonych pedagogów zmagających się z projektem gimnazjalnym mającym już kilkunastoletnią tradycję. Niech sobie będzie upartyjniona. Nas, obywateli, nie zmusza to do zachowania partyjnego. Popierajmy albo odrzucajmy nadchodzące zmiany w edukacji, nie bacząc na to, która partia je zaproponuje. Nie wolno nam jednak się nabrać na pakiet złych zmian, które nazywałyby się ładnie - "reforma". ©?
@RY1@i02/2015/246/i02.2015.246.00000110b.802.jpg@RY2@
Jan Wróbel
dziennikarz i publicysta
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu