Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Edukacja

Na wieki wieków profil

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

O społeczeństwie postprzemysłowym słyszeliśmy już wszystko. Od pohukiwania z uniwersyteckich katedr, aż po pełne frazesów prasowe wstępniaki - wszędzie już ogłoszono umasowienie prostych branż produkcyjnych i dominację sektora usług, branż związanych z obróbką informacji, infrastrukturą wiedzy i usług o charakterze twórczym.

I co? I nic. W szkołach i na uczelniach wynikło z tego niewiele. Zaklinanie rzeczywistości jest proste. Wprowadzanie zmian to "insza inszość".

Sto razy wytyczono kierunek zmian. I dalej się go powtarza: a to, że najważniejsze będzie (jest?) przetwarzanie i selekcja informacji. A to, że tej uniwersalnej umiejętności będą się uczyć wszyscy i przez całe życie. A to, że uda się nam doścignąć liderów w Europie tylko wtedy, gdy od oseska nauczymy się elastyczności i kreatywności, samodzielności w myśleniu i współpracy w grupie.

Teoria sobie, życie sobie. W szkołach postindustrialnych uczeń jest przedmiotem obróbki, a nie kreatywnym i elastycznie reagującym podmiotem. Na wieki wieków zakonserwował się tam XX-wieczny model działania i jego nieśmiertelny symbol - licealny profil.

Jaka elastyczność - gdy 16-latek ma wybrać przedmioty rozszerzeń, a potem przez dwa lata całą klasą wyklepywać to na blaszkę do matury? Jaka kreatywność - jeśli zamiast odpowiedzialnego testowania własnych możliwości liceum oferuje sztywne ramy grupowego rozszerzenia? Czy samodzielności można się nauczyć bez własnego wyboru kierunku nauczania, bez prawa do błędu i zmian decyzji?

Parę empirycznych dowodów wskazuje na to, że największym pewnikiem jest zmiana. Współczesny Europejczyk zmienia pracę co najmniej kilka razy, a jej charakter też się zmienia w zależności od koniunktury, doświadczenia, sytuacji rodzinnej i osobistej pracownika.

Adaptacja do tych warunków to cel, który miał przyświecać reformom szkół i uczelni. W końcu kilka lat temu nowy program liceów teoretycznie zastąpił profile rozszerzeniami. Szkoła decyduje o układzie klas - ale licealista w II klasie ma (w założeniach) podjąć decyzję o własnym kierunku kształcenia.

Rzeczywistość jest nieco inna. Wystarczy zajrzeć za próg przeciętnego warszawskiego liceum. Poza bitwą o rankingi liczy się tam niewiele. Sztywno ustalony kurs na maturę przyjmuje się w I klasie. Potem szkoła umożliwia wykucie wybranych wcześniej przedmiotów - ale jeśli zmienisz plany uczelniane czy zawodowe, to radź sobie sam.

Są oczywiście przedmioty rozszerzone (te zdawane na maturze) i zawężone, takie jak przyroda albo historia i społeczeństwo. Wybór rozszerzeń jest jednak w najlepszym razie drogą przez mękę, w gorszym totalną fikcją. Bo najczęściej wyboru nie ma - musisz rozszerzać te przedmioty, które wybrałeś, aplikując pod koniec gimnazjum. Innych możesz się douczyć prywatnie. Na zmiany kierunku nie ma czasu, nie ma ludzi albo okienka w planie.

Stąd pokraczne profile, w stylu "biol-społ" czy "mat-fiz-geo". Wyznaczają one maksymalne ramy rozszerzeń dla całej klasy. Faktycznie chodzi o to, żeby ludzi stadnie zapędzić do matury i mieć spokój. Zniechęcić do eksperymentów, bo inaczej - "kto by za tym uczniem nadążył...".

Chodzi o pieniądze - to dyżurna odpowiedź szkoły. - Nie można pozwolić na dowolne decyzje uczniów, bo wtedy trzeba by z dnia na dzień zamknąć niektóre oddziały, a na gwałt zatrudnić dodatkowych nauczycieli z tych, co akurat są na topie.

To łatwa wymówka, i tylko wymówka. Chodzi raczej o wysiłek umysłowy, który dopuściłby oddanie decyzji o rozszerzeniach w ręce ucznia, a także umożliwił korekty w kolejnych semestrach. Tylko że z tym jest problem. I drugi: niedobór nauczycieli dwuprzedmiotowych (a więc takich, którzy elastyczność i kreatywność pokazaliby na własnym przykładzie).

To trzeba szybko zmienić. Szkoły średnie trzeba zobowiązać do dowolności wyboru rozszerzeń. Zmiana musi objąć szybko cały system. Nie można czekać, aż na rynek wejdzie całe pokolenie nauczycieli nowego typu - tymczasem zabierze się szanse rozwoju całemu pokoleniu uczniów.

Za kilka lat - gdy podstawówki dostarczą swój produkt wyższym etapom edukacji - w liceach będziemy mieć, jak niegdyś, 15-latków. Nawet w zamierzchłym PRL-u co światlejsi nauczyciele wiedzieli, że to zbyt wczesny wiek na przełomowe decyzje. Nawet wtedy - bez internetu, eksplozji mediów i wspólnego rynku - było jasne, że wykształcenie musi dawać ludziom większą elastyczność.

Kierunki są więc tylko dwa. Jeden to kurs na liceum skoszarowane, XIX-wieczne w swej filozofii, autokratyczne i hamujące rozwój uczniów.

Drugi to kurs na przyszłość. Wtedy chcąc nie chcąc trzeba iść szybko w stronę dowolności rozszerzeń i podmiotowości uczniów. A przymusowe profile dla całych klas muszą wreszcie wylądować na śmietniku.

Elastyczność? Chodzi o to, aby ludzi stadnie zapędzić do matury i mieć spokój. Zniechęcić do eksperymentów. Na zmiany kierunku nie ma czasu

@RY1@i02/2015/006/i02.2015.006.000001000.803.jpg@RY2@

Marek Szpanowski nauczyciel, publicysta

Marek Szpanowski

nauczyciel, publicysta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.