Polska nauka na krześle elektrycznym? Tak, ale może z niego jeszcze zejść
Zmiany w nauce przypominają zmianę lokalizacji cmentarza. Budzą wiele kontrowersji i nie można liczyć na zaangażowanie samych zainteresowanych
Ta debata miała trwać 1,5 godziny. Rozstaliśmy się po trzech godzinach z kawałkiem. A i tak mieliśmy poczucie niedosytu. To skrót dyskusji, całość można przeczytać na stronie gazetaprawna.pl.
Co jest największą bolączką polskiej nauki?
Studiowałem za granicą, doktorat zrobiłem w Polsce. Potem byłem w Cambridge i w pewnym momencie stanąłem przed dylematem: zostać czy wrócić do kraju. Zdecydowałem się na powrót, chciałem zmieniać polską naukę, co jest trudnym zadaniem. To nie oznaczało, że mój zespół toczył wieczną walkę z systemem. Pomagało nam może jakieś 20 proc. środowiska, w tym obecny tutaj prof. Kleiber, za co mu jestem wdzięczny. Ale to było tylko 20 proc., dlatego każdy dzień kończyliśmy - niczym łagiernik z "Jeden dzień Iwana Denisowicza" - konstatacją: To cud, że nas jeszcze nie zabili. Polska nauka działa według systemu nakazowo-rozdzielczego rodem z poprzedniego ustroju. Wszystko kręci się wokół centralnego podziału pieniędzy. Drugim problemem jest model kariery naukowej, którego środowisko broni za wszelką cenę - a to jest obrona kolejności dziobania. Złośliwi żartują, że szybciej zniesiony zostanie w Kościele celibat niż habilitacja w Polsce. Ciągle, nie tylko na prowincji, nauka ma twarz towarzysza Szmaciaka, PRL-owskiego feudała-kacyka. Ja wiem, że generalizuję, są wyjątki, ale gdy świat zrywa z formalizacją, u nas wciąż jednym z największych problemów jest habilitacja. Tracimy tym samym możliwość adaptacji do zmian.
Dla mnie tytuł naukowy nie ma znaczenia, pozbyłem się go z moich drzwi, co wzbudza sensację. Polska nauka nie jest efektywna, bo nikt tego od nas nie oczekuje. Dostajemy pieniądze, które daje rząd i mówi "róbta, co chceta". Młodym np. trzeba dać. Ale dlaczego? Moi trzydziestoletni koledzy są profesorami na MIT, a nie są objęci specjalnymi programami. Mają być po prostu dobrzy. U nas habilitacje i tytuły kształtują sposób myślenia. Kiedyś podsłuchałem rozmowę: "Brakuje mi 10 pkt do habilitacji". Młodzi nie myślą kategoriami zadziwienia świata czy nawet zarobienia kasy. Gdyby rektor czy dziekan mieli być realizatorami jakichś założeń, toczyłyby się negocjacje. Mam to i to osiągnąć, więc potrzebuję środków. U nas ogląda się kandydatów - ten jest miły, a ten ładnie gra na fortepianie. Jako rektor przyczyniłem się do znacznego awansu w rankingach swojej uczelni. To było wyjątkowo łatwe, wykreowaliśmy wielu doktorantów i habilitantów - ludzi nikomu niepotrzebnych - ale dostaliśmy plakietkę "kuźnia kadr".
Przez 25 lat żyłem w Wielkiej Brytanii, wróciłem do Polski w 2011 r. I nie wyobrażałem nawet sobie, że tu jest tak źle. Powiedziano mi, że jeśli chcę zaistnieć w Polsce, to konieczne są tytuły. Nie wystarczy, że pracuję na jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie. To się postarałem. Idę na odebranie profesorskiej nominacji do Pałacu, a pani na bramce mówi mi: nie tu pan wchodzi, tylko z tyłu. Więc idę z tyłu. Przedstawiam się. A oni, że mam wejść z przodu, bo będę mianowany. Znów tłumaczenie, wchodzę i jestem w głębokim szoku. Bo mam 40 lat, a reszta osób to ponad 65. Co ja tu robię? Druga scenka: 2011 r., przychodzę na AGH, a pani sekretarka, powyżej 60 lat, pyta mnie: kawa czy herbata? Mówię, że sam mogę sobie kawę zrobić, bo jestem od niej młodszy. Taki kult profesorów panuje na tej uczelni. Dla mnie profesor to jest stanowisko pracy, ludzi trzeba traktować jak partnerów, a nie jak poddanych. Ja zabieram swoich studentów na piwo, żeby z nimi naukowo dyskutować. Trzy lata temu dzwoni do mnie znany fizyk prof. Lange i pyta, czy zechciałbym być w Radzie Naukowej EIT+ we Wrocławiu. - Dlaczego ja, to nie moja specjalność? - pytam. Tłumaczy mi i tłumaczy, wreszcie mówi, że potrzebują człowieka spoza układów. Ja nie mam niczego do stracenia, w każdej chwili mogę wrócić do Wielkiej Brytanii czy do USA. Ale wielu kolegów boi się konsekwencji. Więc milczą.
Osoby, które się nie godzą na to, co jest - czy na ścieżkę kariery, czy na rozdział pieniędzy - wybierają emigrację wewnętrzną. Znajdują miejsce np. w biznesie. Publikują to, co wydaje im się przydatne, a niekoniecznie wysoko punktowane. Ale sobie jakoś radzą. Problemem jest motywacja do zajmowania się rzeczami naukowymi. To, co w nauce najważniejsze, to pasja. Tymczasem ta motywacja wewnętrzna została zamieniona na zewnętrzną. Często słyszę od doktorantów: Zostawmy to, zajmijmy się czymś innym, bo to jest bardziej publikowalne. Albo: Ta teoria jest bardziej na topie. Każdy naukowiec powinien chcieć coś stworzyć, odkryć, zrozumieć. A teraz liczy się tylko, ile za to będę miał punktów. Zatraciliśmy podstawowe wartości. I tutaj może się pojawić pewien błąd w myśleniu: jeśli biznes sponsoruje naukę, to jest to także motywacja zewnętrzna. Moim zdaniem nieważne jest źródło finansowania, ale to, żeby móc robić rzeczy ważne. Lecz często słyszę: o, tutaj łatwo można wyciągnąć pieniądze, wystarczy dopisać do grantu, że projekt jest innowacyjny.
Innowacja to słowo wytrych, którego należałoby zakazać. Mnie interesuje bardziej, dlaczego dorośli, inteligentni ludzie grają w tę grę pozorów. Kasa?
Nie chcę krytykować NCBiR, zwłaszcza że niezależnie od ostatnich newsów cenię prof. Kurzydłowskiego. Ale gdy jest informacja na NCBiR, że jest jakaś szybka ścieżka, pieniądze na współpracę z przemysłem i potrzeba partnera naukowego, rośnie liczba firm, zwykle nieznanych, które się do nas odzywają. Już przestaliśmy z takimi rozmawiać, bo może w 10 proc. przypadków ma to jakiś sens. Ale w reszcie - pompa na pieniądze.
Ja się spotkałam z firmami, które się specjalizują w wyciąganiu pieniędzy. Rozmawiają z przedsiębiorcą: znamy naukowca, który wszystko podpisze. I możesz zarobić 100-200 tys. zł, a nic nie musisz robić. My weźmiemy 10 proc., i załatwione. Pyta pani, dlaczego poważni ludzie w to się bawią. Nie tylko chodzi o grę, dopasowanie się do systemu, lecz również o to, że system zmienił sposób myślenia. Pojawiają się tzw. błędy atrybucji. Gdy ktoś dostał grant od prywatnych instytucji, robi coś za ich pieniądze, to - przynajmniej w naukach humanistycznych - jest to traktowane jako gorsze badanie. Sprzedawanie się. Mam doświadczenie ze współpracy z NBP, ale badania finansowane przez tę instytucję postrzegane są przez środowisko jako nieprzydatne. A ludzie, którzy je robią, traktowani jako ci źli, którzy degradują naukę.
Gdy postanowiłem zostać na uczelni, mój ojciec, profesor, rzucił, że wybrałem sobie bardzo kosztowne hobby. Bardzo mnie to zdenerwowało i moją motywacją było, aby udowodnić, że na nauce można zarabiać. Mnie w Wielkiej Brytanii nauczono: wszystkie badania, które robię, są z pieniędzy podatników. I coś im muszę zwrócić. Pojechałem na spotkanie do Ministerstwa Nauki kilka lat temu i pytam, jakie rząd ma cele strategiczne. Cisza. Jak premier Blair zapraszał naukowców, to wcześniej zbierał szefów największych firm i pytał, w jakim kierunku idzie gospodarka. Dopiero potem mówił nam, co możemy zrobić, żeby jej pomóc. Nas nie stać na finansowanie wszystkich dziedzin. Potrzebne są system i strategia. Bez tego nie będzie nauki na wysokim poziomie.
Ale u nas ludziom wbito do głów, że nauka to jest coś absolutnie abstrakcyjnego, a jednocześnie czystego. Jak ktoś mówi, że z pieniędzy ładowanych w naukę powinien być jakiś zwrot, jest to traktowane niczym groźna herezja.
Na wydziale mamy centrum badań nad uprzedzeniami, wielkie pieniądze na nie idą. A w nim pracuje duża grupa ludzi, którzy są bezradni, nie są w stanie reagować na bieżące wydarzenia, jak np. kryzys migracyjny. Skupiają się na tematyce żydowskiej - okresie przedwojennym i Holocauście. A przecież psychologia jest ogromnie ważną nauką dla społeczeństwa tu i teraz, tylko niestety poszła w stronę teorii. Psycholog w Wielkiej Brytanii zastanawia się np., co zrobić, by ludzie odkładali pieniądze na emeryturę. Kiedy ja się tym zajmuję, okazuje się, że zaprzedałam się biznesowi.
Jako prosty magister powiem, że to nie problem nauk społecznych. To dotyka także nauk technicznych. Przychodzą do mnie wynalazcy ze sfotografowanym modelem - takie dwoma żabkami spięte coś. I mówią, że teoretycznie to powinno zadziałać - czyli są na etapie radosnego tworzenia modelu. Moja rola to połączenie potrzeb nauki i biznesu, a to dwa światy mówiące różnymi językami, zupełnie nieprzystające. Muszę sprawdzać, czy to, co nauka przynosi na stół, jest realne. Pytam: czy ktoś z wami ustalał, jakie wymagania powinien spełniać ten wynalazek? Nie. Robimy taki, jaki potrafimy najlepiej. A gdzie technologia? Gdzie biznes? Chodzi przecież o to, żeby wymyślić coś, co da się wyprodukować. Kłopoty polskiej nauki to nie problem systemowy, ale społeczny. Brak zaufania, odwagi czy decyzyjności przekłada się na wszystkie sfery życia. Łatwiej naprawić naukę niż społeczeństwo.
Wszyscy wiemy, że jest źle. A może jest ktoś zaangażowany w polską naukę, kto nie wie o tych problemach, które wymieniliśmy?
80 proc. nie wie, że jest źle. Traktują system jako zastany.
Wielu twierdzi, że działa w dobrym systemie. Tak musi być. Zwłaszcza młodzi ludzie.
W takim razie potencjał zmiany wynosi 20 proc. Ale kto ten system zbudował?
My.
Ktoś powiedział, że zmiany w nauce przypominają zmianę w lokalizacji cmentarza. Budzi wiele kontrowersji i nie można liczyć na zaangażowanie zainteresowanych.
Lobby profesorskie niszczy naukę. W Polsce nauka to instytucje - mamy zbyt dużo uczelni i studentów. Większość zarządzających nimi to miernoty. Dominuje archaiczna struktura. Uczelnie nie przywiązują dużej wagi do badań - praktycznie mamy do czynienia ze szkołami, nie ośrodkami naukowymi. Do tego mamy przerost biurokracji. Stworzyliśmy skostniały system oparty na punktach i godzinach. W Wielkiej Brytanii im więcej ktoś współpracuje z biznesem, im więcej przynosi pieniędzy, tym bardziej jego wykłady są cenne i ma ich mniej. Ja byłem jednym z najmłodszych, ale i najlepiej zarabiających profesorów. Tutaj zarobki profesorskie zależą od wieku, a nie od dorobku i efektywności. Pracuję w Polsce pięć lat, co miesiąc jest rada wydziału i ani razu na radzie nie było merytoryczniej dyskusji - gdzie zmierza wydział, co zrobić, żeby moja uczelnia przeskoczyła kilka pozycji w rankingu. Co mnie obchodzi, że ktoś chce sobie zatrudnić asystenta? Jak ma na to pieniądze, niech sobie zatrudnia kosmitę. Mnie nie zależy, żeby mieć kilka publikacji więcej, bo koledzy za granicą wiedzą, kim jestem, ale na tym, żeby moja szkoła była na liście stu najlepszych na świecie. Tu nikt tego nie rozumie.
Mój przyjaciel, który był prostym doktorem w IBM, miał wtedy 38 lat, został zaproszony, żeby przebudować wydział informatyki na jednym z dobrych, prywatnych uniwersytetów. I mu się udało, bo miał nieszablonowe myślenie. Takich przykładów jest więcej. Książka "Creating the Cold War University" przedstawia Uniwersytet Stanforda z perspektywy organizacyjnej, jak to wszystko działa - a nie tego, jacy tam są mądrzy ludzie i jakimi naukami się zajmują. Herbert Hoover w latach 30. XX w. został tam szefem rady nadzorczej, bo był najbogatszym absolwentem tej uczelni. Takiej dziury, bez szans na rozwój. Potem były łzy, pot i krew, ale udało się stworzyć coś fantastycznego. Ale Hoover potrzebował inżynierów, którzy by wspierali jego biznes. Chciał, żeby mu ich jego uniwersytet kształcił. Wykształcił. I kształci w dalszym ciągu.
Największym aktywem każdej instytucji naukowej są ludzie. W Polsce brakuje systemu motywacji i mobilności - to chore, że ktoś spędza całe życie na jednej uczelni. Nie istnieje system oceny pracowników naukowych. Dyskutujemy o habilitacji i jaki kto ma High Index, a to nie jest problemem. Gdy w USA dostaję na biurko czyjeś CV, to widzę po osiągnięciach, kto jest kim. Wiele instytucji u nas to old boys’ clubs, i to nie ze względu na wiek, tylko na układy, korupcję, rachityczność naukową. Kolejny problem to finanse. Nie mamy systemu grantów, ale jakieś kuriozum. Niby tak przejmujemy się brakiem innowacji, ale - z całym szacunkiem dla premiera Morawieckiego - te 3 mld zł na start-upy to zły pomysł. Bo jeśli start-up nie jest w stanie dostać pieniędzy od przemysłu czy od venture capitals, to nie ma racji bytu. Zbyt często kopiujemy rozwiązania z Europy. Najbardziej innowacyjnym urządzeniem jest dziś telefon. Kto z nas ma telefon europejskiej marki? Europa wydaje na badania naukowe dwa razy więcej niż Stany Zjednoczone. Ma dwa razy więcej publikacji z dziedziny hi-tech i technologii niż one. Ale też dwa razy mniej patentów. To widać na przykładzie EIT+, w którego radzie naukowej zasiadam. Mamy instytut, w który wpakowano już 800 mln zł. Piękne budynki, sprzęt taki, że moi koledzy z Wielkiej Brytanii mogą zazdrościć, ale to, czego brakuje, to ludzie i pomysły. To jest tak duże, że to widać z Kosmosu, więc na pewno będzie dofinansowywane - pada odpowiedź.
Zgadzam się z większością rzeczy, które tu zostały powiedziane, ale spójrzmy na pozytywy. Mamy wielu wybitnych naukowców, z potencjałem, młodszych i starszych. Jest cały szereg grup badawczych odgrywających istotną rolę w międzynarodowej nauce. W zestawieniach statystycznych, np. w cytowaniach, mieścimy się w pierwszej dwudziestce. Jak sobie przypomnimy, że polska siła gospodarcza jest na dwudziestym którymś miejscu, to się okazuje, że ta korelacja pomiędzy potencjałem gospodarczym a nauką jakaś jest.
Kiedy usiłowałam sobie przypomnieć ważne wynalazki polskiej nauki na przestrzeni ostatnich lat, na myśl przyszedł mi tylko prof. Wolszczan, ale on już nie jest za bardzo nasz.
Tak, nasze osiągnięcia nie nadają się do Nobla ani nawet do najbardziej prestiżowych europejskich grantów przyznawanych przez Europejską Radę Badań. Nawet ta dobra część polskiej nauki nie mieści się w 10 proc. czołówki światowej. To się wiąże ze środkami, nie tylko budżetowymi, ale także tymi spoza budżetu. Kolejne rządy można oskarżać o to, że te środki pozabudżetowe są niskie - polityka, regulacje prawne od lat nie zachęcają przedsiębiorców do tego typu inwestycji.
Są też światełka w tunelu. Jest wielu zdolnych studentów. Musimy tylko umieć ich zatrzymać. Ogłoszenie konkursu na ustawę o szkolnictwie wyższym nie jest ucieczką od odpowiedzialności, lecz otwarciem na racjonalne rozwiązania. Mamy nadzieję, że projekty konkursowe będą kompleksowe i zmienią całą filozofię podejścia do nauki. Ona powinna być czymś nieoderwanym od życia. Nauka i gospodarka muszą się przenikać. Chcemy więc wprowadzić doktoraty wdrożeniowe - wzorujemy się na Danii. Młodzi naukowcy będą mogli robić doktoraty we współpracy z przedsiębiorstwami. Wprowadzamy zmiany w prawie o zamówieniach publicznych - pojawia się partnerstwo o charakterze innowacyjnym. Stworzyliśmy instrumenty postępowania przedkomercyjnego. Instytucja publiczna będzie mogła wspomagać naukowców bez zobowiązania zakupu. Rząd zaakceptował małą ustawę o innowacyjności - podnosimy odpisy podatkowe do 50 proc., umożliwiamy podniesienie kosztów kwalifikowanych, będzie też można odliczyć patenty. Umożliwimy w większym stopniu rejestrację wzorców przemysłowych. Przedsiębiorcy odczują wyraźną korzyść finansową.
Chyba w 1920 r. przyjęto u nas pierwszą ustawę o szkolnictwie wyższym. Miała bodaj 17 stron. W tej chwili akty o randze ustawy mają co najmniej dwa tysiące stron. Budujemy bardzo wąskie ramy prawne, po których trudno jest się poruszać. Niech sobie uczelnie tworzą swoje własne zasady. Oczywiście jest ryzyko patologii, ale tę i tak już mamy. Spytałem kiedyś koleżankę z małego uniwersytetu na Wschodnim Wybrzeżu: jak wy sobie radzicie z dyplomami? Bo w USA też są "uczelnie", które je sprzedają. Mówi, że to nie jest problem. Ludzi się ocenia po dokonaniach. A poza tym są dotkliwe kary. Ktoś w jej szkole podał nieprecyzyjną datę uzyskania doktoratu i już go za chwilę nie było. Tam nie chcą kłamczuchów. Ale musi działać presja środowiska.
Są tacy, których potencjał naukowy może sprawić, że Polska mogłaby się znaleźć w pierwszej setce światowych rankingów. Kraków, który znam lepiej niż Warszawę, ma potencjał na dwie poważne uczelnie - AGH i UJ.
Ważne uczelnie na świecie mają znacznie mniej studentów niż te polskie. Gdybyśmy połączyli warszawskie uczelnie, okazałoby się, że ich wielkość jest monstrualna. Wydział prawa na UW jest większy niż całe Cambridge.
W Polsce jest 430 uczelni, było więcej, ale część na szczęście zanikła. W stosunku do populacji uczelni jest cztery razy więcej niż w wysokorozwiniętych krajach. Na przykład w Finlandii, która ma sześć razy mniej ludzi niż u nas, jest tylko 18 uczelni. Tamtejsza minister nauki uważa, że to też za dużo. Ale znam światowe rankingi i wiem, że np. ten słynny szanghajski nie normalizuje wielkości uczelni. Kto większy, ten zajmuje wyższą pozycję. U nas jest tradycja, że uczelnia medyczna osobno, muzyczna osobno, ekonomiczna też. Powinniśmy podejmować inicjatywy pod jednym szyldem. Gdyby połączyć w Warszawie Politechnikę z Uniwersytetem i SGH, to ta uczelnia byłaby na 70. miejscu na świecie.
Wszyscy byliby szczęśliwi, ale nic by się nie zmieniło. Miejsce w rankingu nie jest celem. Musimy dostarczać gospodarce, administracji, kulturze dobrych kadr. To powinna być nasza główna działalność innowacyjna.
Na moim radarze pojawia się ciekawa technologia. Z pismem przewodnim, że warto. To ja w pociąg, spotykam się, mówię: profesorze, jesteśmy zainteresowani. Ale zróbmy prosty test. Żeby stwierdzić, czy warto inwestować. Słyszę: OK, przygotujemy kosztorys. Liczy szybko: koszt 900 tys. zł. I że to potrwa 1,5 roku. Chodziło o dwie próbki, 30 na 30 cm. To się robi za 30 tys. zł z całym oprzyrządowaniem. Naukowcy są zdemoralizowani łatwymi pieniędzmi. Co to dla nich milion, dwa, dziesięć? Więc nawet nie potrafią przygotować realnej wyceny.
Większość firm chemicznych i farmaceutycznych zleca takie testy niemieckim uczelniom, bo tam jest taniej.
Rok temu idę na obiad z kolegą z jednej z największych firm zbrojeniowych na świecie. I on mi mówi, że chce dać mi grant - ile sobie zażyczę: milion, trzy, może pięć milionów euro. Na tym szczeblu pieniądze już nie grają roli. Ale dodaje: załóżcie prywatny instytut, profesorze, bo my nigdy w życiu nie damy kasy do przejedzenia przez polską uczelnię.
Ciągle mówimy o pieniądzach. Obowiązujący mit głosi, że w Polsce na naukę jest ich za mało. Moim zdaniem jest ich przynajmniej wystarczająco.
To miłe, że ktoś uważa, iż nie trzeba więcej dawać, zwykle zdania są przeciwne. Ale patrząc globalnie, nie jesteśmy w światowej szpicy, jeśli chodzi o nakłady na badania i rozwój. I to nie jest tak, że wynalazki są w stanie rodzić się na zielonej trawie. Obecnie wydajemy niecały 1 proc. PKB na badania i rozwój, może 10 mld zł rocznie. Ale na dydaktykę są odrębne środki. Pewnie kolejne 10 mld. Ile tego w sumie jest? Trudno policzyć.
Słyszałam o 40 mld, bo firmy też się do tego dokładają.
Może tak być. Nauka nie powinna kojarzyć się tylko z klasycznymi instytucjami, ale także z wyspecjalizowanymi firmami. Tylko w nich praca przebiega całkiem inaczej niż w placówkach naukowych. Rozmawialiśmy w ramach Impactu z największymi firmami chemicznymi. Jak trzeba coś zrealizować, jest deadline, to się robi przez 24 godziny na dobę. Potem przez dwa tygodnie można odpoczywać. Jednak firmy mają świadomość, że nauki nie można przerobić na realizację doraźnych potrzeb. Trzeba stworzyć margines dla radosnego tworzenia. Dlatego te najlepsze, zatrudniające najwięcej kadry naukowej dają jej luz. Mówią: 80 proc. czasu robisz na nas, ale resztę możesz mieć dla siebie, szalej, rób, co chcesz. I nie wydzielają odczynników. Żadnej papierówki.
Fundacja na rzecz Nauki Polskiej ma świetne motto: wspierać najlepszych, aby mogli stać się jeszcze lepsi. Universiteit Leiden został zaproszony do analizy, co się dzieje z ich adeptami. Przeleciał więc przez losy absolwentów poszczególnych programów, co robią, jak im się wiedzie. Wyszło, że osiągają wyniki powyżej średniej Wielkiej Brytanii, na poziomie USA. I to jest bardzo dobra wiadomość. Czemu u nas tak nie można? Wystarczy zebrać w kupę najlepszych, dać im trochę pieniędzy i czasu, a prędzej czy później coś z tego wyjdzie. Chodzi o to, żeby trzymać w pogotowiu grupę najlepszych ludzi. Są w Polsce grupy naukowe, które coś fajnego robią. Problem tylko, jak je wyłuskać. I co z nimi zrobić? Wpakować do jednego uniwersytetu? To niemożliwe. Można poprosić o ewaluację specjalistów z zewnątrz, z zagranicy. Ale będzie opór. Z tego powodu z projektów, które u nas dostają klepnięcie z NCBiR, 2/3 do niczego się nie nadaje. To rzeczy, które zostały gdzieś już wymyślone 15-20 lat temu.
Problemem współczesnej nauki jest duża liczba rzekomych pracowników naukowych, ale mała naukowców. Na Cambridge w wielu dziedzinach granty są dla looserów, nieudaczników. Jeśli jesteś dobry, to albo pieniądze da ci biznes, albo - jeśli projekt nie jest komercyjny - prywatna fundacja. Być może obecnego systemu już się nie da zmienić. Powinniśmy zatem stworzyć inny, istniejący obok, który będzie działał przyszłościowo i ograniczy pieniądze budżetowe.
Jeśli jakaś uczelnia ma straty, nie zarabia na siebie, to zaksięgujmy je i sprzedajmy ją za złotówkę. Ja chętnie kupię i rozkręcę interes.
Złośliwi żartują, że szybciej zniesiony zostanie w Kościele celibat niż habilitacja w Polsce. Ciągle, nie tylko na prowincji, nauka ma twarz towarzysza Szmaciaka, PRL-owskiego feudała-kacyka
@RY1@i02/2016/141/i02.2016.141.000001400.801.jpg@RY2@
JACEK MARCZEWSKI
W debacie udział wzięli (od lewej): Leszek Pacholski, Wiesław Staszewski, Kamil Kulesza, Dominika Maison, Zbigniew Mularzuk, Michał Kleiber, Piotr Dardziński oraz Mira Suchodolska
Współpraca Grzegorz Kowalczyk
Debatę prowadziła Mira Suchodolska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu