Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bezpieczeństwo

Sprawdzą, czy w fordzie są ślady krwi Olewnika

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Gdańscy prokuratorzy od nowa sprawdzają, gdzie i kiedy był przetrzymywany Krzysztof Olewnik.

Tydzień temu odnaleźli auto, którym poruszał się jeden z porywaczy. Teraz zbadają, czy w samochodzie zostały ślady biologiczne po Krzysztofie.

Prokuratorzy z gdańskiej prokuratury apelacyjnej tydzień temu odnaleźli forda transita. Poruszał się nim Ireneusz Piotrowski - jeden z niewielu żyjących jeszcze członków szajki porywaczy dowodzonej przez Wojciecha Franiewskiego.

Krzysztofa porwano z jego domu w Świerczynku na przedmieściach Drobina na Mazowszu w październiku 2001 r. Porywacze dostali okup pod koniec lipca 2003 roku. Mimo to zabili Krzysztofa ponad miesiąc później, 5 września w Dzbądzu w okolicach Różana pod Ostrołęką. Na tydzień przed śmiercią Krzysztofa policyjna drogówka w Różanie zatrzymała białego forda transita. Okazało się, że kierowca był pijany. Był to Ireneusz Piotrowski. Policjanci sprawdzili jego prawo jazdy, a następnie mu je odebrali. Jednak wtedy nie skojarzyli Piotrowskiego z porwaniem Krzysztofa. Dopiero trzy lata później Piotrowski usłyszał zarzuty współudziału w uprowadzeniu i zabójstwie Olewnika. Przyznał się tylko do przetrzymywania Krzysztofa na działce w Kałuszynie, a potem w Dzbądzu. Brał także udział w odbieraniu okupu od rodziny Olewników. Ale gdańscy prokuratorzy podejrzewają, że jego rola mogła być o wiele większa: Piotrowski przewoził Krzysztofa transitem. Teraz oskarżyciele oddadzą auto do badania w poszukiwaniu materiałów biologicznych, z których będzie można wyodrębnić DNA i porównać je z genotypem Krzysztofa.

Prokuratorzy poszukiwali też innego auta. Chodzi o bmw 320i coupe Jacka K. - wspólnika Olewnika podejrzanego o współudział w jego porwaniu.

Dotychczasowa wersja wydarzeń zakładała, że porywacze wywieźli Krzysztofa z jego domu samochodem, który skradli Jackowi K. Spalony wrak bmw znaleziono następnego dnia w Głownie koło Kamienia Łowickiego. Tablice rejestracyjne schowano w bagażniku i były to numery auta Jacka. K. Jednak Mariusz Protas z Komendy Miejskiej Policji w Płocku we wrześniu zeznał przed sejmową komisją śledczą: - Byłem na miejscu po południu. Wrak auta był w takim stanie, że nie mogłem odczytać żadnych numerów, a nawet ustalić marki - opowiadał policjant. Oskarżyciele z Gdańska mieli też ekspertyzę mechanoskopijną sprzed lat, która stwierdzała, że spalone auto miało inny kolor niż oryginalne bmw Jacka K.

Ale okazało się, że ekspertyzy nie ma z czym porównać, gdyż wrak auta zniknął.

Prokuratorzy zakładali bowiem, że Jacek K. mógł podstawić porywaczom zupełnie inne bmw, a potem wyłudzić odszkodowanie za model 320i. Ale oskarżyciele nie odnaleźli wraku i nie da się zweryfikować tej hipotezy. - Im bardziej gdańscy prokuratorzy pracują i odnotowują kolejne sukcesy, tym bardziej okazuje się, że wcześniejsze śledztwo przez lata było źle prowadzone. Czegokolwiek oskarżyciele nie tkną, odkrywają kolejne błędy i inną rzeczywistość niż przedstawiana w trakcie procesu oskarżonych o porwanie Krzysztofa i prezentowana przez lata opinii publicznej - uważa Marek Biernacki z PO, szef sejmowej komisji śledczej.

Maciej Duda

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.