Marokańczyk non grata, czyli jak ABW tropi terrorystę
Dzień dobry, jestem funkcjonariuszem ABW. Chciałbym z panem porozmawiać... - taki telefon pod koniec 2007 r. odebrał Chakib Marakchi, dziś trzydziestoletni absolwent Politechniki Krakowskiej.
Twierdzi, że dzień, w którym przekroczył próg siedziby krakowskiej delegatury ABW, był początkiem trwającej ponad dwa lata gehenny. W jej finale Marakchiego nie tylko wyrzucono z Polski, gdzie mieszkał osiem lat, miał przyjaciół i narzeczoną, któtą kochał. Jako persona non grata nie ma dziś wstępu do żadnego państwa należącego do strefy Schengen.
Na pierwsze spotkanie Marakchiego zaproszono do siedziby ABW. Przy kawie poznał swojego agenta. Marcin - bo tak się przedstawił funkcjonariusz - pytał go o działalność w samorządzie studenckim, arabskich znajomych i plany na przyszłość. Nie dociskał, gdy Marakchi twierdził, że arabskie nazwiska, o które jest pytany, nic mu nie mówią. Kazał mu tylko podpisać świstek papieru i obiecać, że o spotkaniu nie piśnie nikomu ani słowa. - Podpisałem w nadziei, że dadzą mi spokój - mówi Marakchi. Ale agent Marcin zaczął dzwonić regularnie i prosić o spotkania. - Zadawał te same pytania. Chciał wiedzieć, skąd znam wicekonsula USA, pytał o moje wyjazdy do Francji, chciał wiedzieć, z kim się tam spotykam. Tłumaczyłem, że we Francji leczy się moja chora na raka matka i jak chce, może wszystko sprawdzić - opowiada Marokańczyk. I dodaje, że agent robił się coraz bardziej niecierpliwy, a kolejne rozmowy coraz mniej przyjemne.
Podczas jednej z nich pokazał mu donos, z którego wynikało, że Marakchi jest członkiem organizacji terrorystycznej Selafija Jihadija i planuje zamach na krakowski Wydział Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców. Właśnie w tym celu według ABW otworzył swój sklep z afrykańskimi pamiątkami okno w okno z budynkiem urzędu. - Usłyszałem, że mam zacząć współpracować, bo jeśli odmówię, wyrzucą mnie z kraju. Ja nie miałem pojęcia, o co chodzi. Pierwszy raz słyszałem o tej organizacji. Gdy sprawdziłem w internecie, okazało się, że jej członkowie nie mają nic wspólnego z moją ojczyzną. Ale dla agentów to nie miało znaczenia - mówi nam Marakchi.
Na kolejnych spotkaniach konsekwentnie zaprzeczał, jakoby miał coś wspólnego z wywrotowymi organizacjami. Odmawiał współpracy. W tym czasie zdążył sprzedać udziały w sklepiku i obronić dyplom na Wydziale Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej Politechniki Krakowskiej. Jego promotor prof. dr hab. inż. Józef Gawlik zaproponował mu studia doktoranckie.
Ale z planów Marakchiego nic nie wyszło. W maju 2009 roku wojewoda małopolski nakazał mu w ciągu 7 dni opuścić kraj. Urzędnicy powołali się na konieczność ochrony bezpieczeństwa i porządku publicznego państwa. Konkretów nie podali.
- Usłyszałem, że dokumentacja jest tajna. Jak mam się bronić, skoro nie wiem, jaki mi postawiono zarzut? - żali się.
Z Polski wyjechał, ale się nie poddał. Zwłaszcza że kilka dni później jego brat Achraf, także student Politechniki Krakowskiej, po nalocie Straży Granicznej i ABW spakował walizki, zrezygnował ze studiów i wrócił do domu.
Marakchi odwołał się do Urzędu ds. Cudzoziemców w Warszawie. Złożył też zawiadomienie do prokuratury, oskarżając funkcjonariuszy ABW, że z własnej inicjatywy lub wykonując polecenie służbowe, sfingowali materiały operacyjne w celu wprowadzenia w błąd organu administracji. W ubiegłym tygodniu sprawa trafiła do wojewódzkiego sądu administracyjnego.
Marakchiego reprezentuje jedna z dużych warszawskich kancelarii, która o problemach Marokańczyka dowiedziała się od Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Postanowiła go reprezentować za darmo. - Na tym etapie nie chcemy rozstrzygać zasadności decyzji o wydaleniu z kraju. Ale przepis, który został w tym przypadku wykorzystany, może stanowić źródło nadużyć - mówi nam Maciej Bernatt, koordynator programu spraw precedensowych HFPC.
Oficjalnie tej sprawy nie chce komentować żaden urząd, który miał dostęp do jego akt. - Nie ujawniamy takich informacji - ucina Joanna Sieradzka z biura prasowego wojewody małopolskiego. - Nie możemy udzielać żadnych informacji - mówi Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska z ABW.
Barbara Sowa
barbara.sowa@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu