Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bezpieczeństwo

Mieszczuchy nie rozumieją OSP

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

Syreny, które ostrzegały przed pożarem, rozlegają się coraz rzadziej. Bo ludzie sobie nie życzą być niepokojeni. Tak się dzieje w miasteczkach, do których przenoszą się ludzie z dużych miast - mówi Teresa Tiszbierek

Teresą Tiszbierek

@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000001800.803.jpg@RY2@

Leszek Szymański/PAP

Teresa Tiszbierek wiceprezes zarządu Głównego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych Rzeczypospolitej Polskiej

Zadzwoniłam z prośbą o rozmowę, bo dziś, w czasie napięcia politycznego związanego z konfliktem na Ukrainie, kiedy tak naprawdę nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień, jedyną formacją, na której można byłoby oprzeć obronę cywilną naszego kraju - w razie nieszczęścia - jest Ochotnicza Straż Pożarna. Organizacja masowa, na poły zmilitaryzowana, zdyscyplinowana, mająca w swoich szeregach mnóstwo młodych, sprawnych, przeszkolonych mężczyzn. I kobiet.

Mamy sprawny system gromadzący informacje na temat naszych ludzkich zasobów. Mogę powiedzieć, co do strażaka, ilu nas jest: 695 471 członków. Z czego większość to mężczyźni w wieku 18-65 lat, konkretnie 464 744 osoby. Kobiet jest niespełna 47 tys. Do tego dochodzi narybek - niemal 87 tys. członków w młodzieżowych drużynach pożarniczych.

To niemal dziesięć razy tyle, ile liczy regularna armia.

Nie bez powodu mówi się, że nasza zawodowa armia mogłaby się zmieścić na Stadionie Narodowym. Ale żeby być uczciwym, muszę powiedzieć, że takich członków czynnych OSP, którzy mogą brać udział w działaniach ratowniczych, jest mniej - 261 700. To osoby pełnoletnie, wyszkolone, przebadane oraz ubezpieczone. Ale i pozostali mają o wiele większą wiedzę na temat bezpieczeństwa, zachowania się w sytuacjach ekstremalnych niż inni obywatele. No i co najważniejsze - członkowie OSP są wszędzie. Jeśli nie ma ich w jednej miejscowości, na pewno są w sąsiedniej. Znają tam ludzi, każdą drogę, każdy obiekt.

No i mają swoich szefów, znają dyscyplinę, można nimi w zorganizowany sposób dowodzić.

To nie jest niezorganizowana grupa cywilów, ale organizacja zhierarchizowana, gdzie jest jasne, kto dowodzi, kto wydaje rozkazy, kto je wykonuje, za co ponosi się odpowiedzialność i jakie ma się do realizacji zadania. Ale ważniejsze jest to, iż są to ludzie znający procedury, wiedzący, jak się zachować w sytuacjach trudnych. Mają wypracowane sposoby działania, strategie, są wyszkoleni w działaniu pod presją i w sytuacjach zagrożenia.

Tylko co oni wiedzą o zabijaniu i wojnie.

Nie jesteśmy wojskiem, zabijać nie będziemy, nie do tego jesteśmy powołani. Ale o tym, jak udzielać pierwszej pomocy, wiemy wiele. Tej kwalifikowanej, wymagającej specjalistycznych umiejętności oraz tej podstawowej. Strażacy są przeszkoleni nie tylko w gaszeniu pożarów. To także pierwsza pomoc, od tej podstawowej polegającej na umiejętności zabezpieczania urazów czy zabezpieczeniu osoby poszkodowanej poprzez wiedzę o tym, jak wykonać resuscytację, pomóc w zatruciach, poparzeniach. To szeroka wiedza na temat ratownictwa. Sprawdza się już teraz. Opowiem historię z mojej rodzinnej Ochotniczej Straży Pożarnej z Zalesia Śląskiego. Wydarzyła się całkiem niedawno, przed Wielkanocą. Był wypadek samochodowy, w zgniecionym pojeździe zostało uwięzionych pięć osób. Zastęp OSP był na miał zdarzenia w niespełna pięć minut po zaalarmowaniu, mieli do przejechania ok. 1,5 km. Służby specjalistyczne, czyli pogotowie ratunkowe, Państwowa Straż Pożarna, policja, miały do pokonania ponad 10 km, więc im dotarcie na miejsce zajęło ok. 15 min. Kiedy przyjechali, samochód był już rozcięty, wykonano dojście do osób poszkodowanych i stwierdzono, jaki jest ich stan, co pozwoliło zadysponować odpowiednie siły i środki oraz udzielić kwalifikowanej pierwszej pomocy, w tym rozpocząć reanimację dwóch najciężej poszkodowanych osób. Poza tym dyżurny Powiatowego Stanowiska Kierowania (PSK) wiedział już z informacji od strażaków OSP, jaka jest sytuacja na miejscu zdarzenia, ile karetek potrzeba, jak powinni się przygotować lekarze na oddziale ratunkowym. To właśnie dlatego, że w OSP byli wyszkoleni, gotowi nieść innym pomoc ludzie, nie zmarnowano cennych minut, które często decydują o życiu. Takich - mniej bądź bardziej - dramatycznych zdarzeń są setki, każdego dnia. Czasem nie trzeba nawet wyjazdu zastępu w wozie bojowym. W małych społecznościach wszyscy wiedzą, kto jest kim, do kogo warto zapukać i poprosić o pomoc, np. w sytuacji, kiedy dziecko obleje się wrzątkiem i rodzice nie są pewni, czy ściągać z niego ubranie, czy nie, czy chłodzić ciało wodą, czy smarować poparzenia odpowiednim specyfikiem.

Dla większości wielkomiejskiego społeczeństwa strażak z ochotniczej jednostki kojarzy się ze starszym panem w paradnym mundurze, z halabardą w dłoni, który uświetnia lokalne święta albo trzyma straż przy wielkanocnym grobie.

A powodzie? Kto, proszę mi powiedzieć, organizował i prowadził te akcje, ewakuował ludzi, zabezpieczał mienie, organizował pomoc dla osób pozbawionych domów, dawał im jeść? To robili ludzie z OSP. W niewielkich miejscowościach, gdzie państwowe służby są daleko, wciąż sprawą najważniejszą jest samopomoc i samoobrona. A kiedy włączana jest syrena, to ludzie nie zastanawiają się, jak w dużych miastach, jaką dziś mamy rocznicę, zatrzymując się w pół drogi, tylko instynktownie ruszają na pomoc.

Mam przed oczyma te obrazy: wyje syrena, w moim Koniakowie strażacy wypadają z domów, firm, z knajpy, biegną, wskakują do wozu bojowego, który już jedzie drogą.

Kiedyś każdy człowiek znał te sygnały: przerywany, ciągły, wiedział, jak się zachować. Teraz straciliśmy instynkt, oczekujemy - oczywiście mówię o aglomeracjach - że wyspecjalizowane służby, utrzymywane z podatków, zajmą się wszystkim. Jednak Polska to nie tylko Warszawa czy Kraków. W moim Zalesiu czy w pani Koniakowie nie ma takich możliwości, więc ludzie muszą sobie radzić sami. I radzą. Tak nawiasem mówiąc, to te syreny, które od dziesiątków lat ostrzegały ludzi przed niebezpieczeństwem, rozlegają się coraz rzadziej. Nie dlatego, że jednostki OSP ich nie mają, ale dlatego, że ludzie sobie nie życzą być niepokojeni. Tak się dzieje zwłaszcza w miejscowościach na obrzeżach dużych miast, sypialniach, gdzie przenoszą się ludzie z miasta. Zdarzało się wielokrotnie, że wywierali naciski na lokalne władze, żeby zakazały używania syren alarmowych, bo to im przeszkadzało w wypoczynku po pracy. Ale ja ich nie potępiam, oni po prostu nie wiedzą, jak to jest, kiedy się jest nawzajem za siebie odpowiedzialnym. Jednak muszę to powiedzieć: syreny, choć czasem irytujące, ratują życie. W wielkim skrócie działa to tak: ktoś dzwoni pod nr 998 lub 112 i zawiadamia o zdarzeniu. Dyżurny PSK odbiera telefon i dysponuje OSP do zdarzenia poprzez naciśnięcie przycisku powodując, że w danej miejscowości włącza się syrena. I członkowie OSP już udają się do remizy. Alarm. Potem łączą się z dyżurnym PSK i dowiadują o szczegółach zdarzenia. Organizują się. Niemniej ta syrena to bodziec, żeby śpieszyć na ratunek.

Teraz taki wtręt, bo właśnie mi to przyszło do głowy: akcji stricte gaśniczych jest coraz mniej. Jak wyczytałam to z waszych statystyk, jakieś 27 proc. Za to większość, 70 proc., to akcje ratownicze. Od wypadków drogowych poprzez powodzie czy inne katastrofy żywiołowe.

Te inne, o których pani mówi, zdarzają się na co dzień. Jest zima, oblodzenia trakcji energetycznej, wysiada prąd w kilku miejscowościach. Niedaleko jest szpital, gdzie leżą chorzy podłączeni do respiratorów lub innych urządzeń. Jednostki OSP mają na wyposażeniu agregaty prądotwórcze, są na miejscu i mogą dostarczyć dodatkowy sprzęt. Albo ostatnia zima, kiedy ludzie byli uwięzieni w pociągach lub w samochodach z powodu dużych opadów śniegu. Ktoś do nich musiał dotrzeć, by pomóc wydostać się i podać gorącą herbatę. Zorganizować noclegi w szkołach.

OK, jesteście wietnie zorganizowani. Ale oprócz sikawek i starych czerwonych samochodów macie coś więcej, jeśli chodzi o sprzęt, do zaproponowania? I jeszcze tej halabardy.

Ma pani na myśli te czerwone samochodziki rodem z filmów rysunkowych, które jadą, a wszyscy wyprzedzają je na zakrętach? W ciągu ostatnich 10-15 lat dokonaliśmy wielkiego skoku cywilizacyjnego. To nie znaczy, że wszędzie są supernowoczesne wozy bojowe warte miliony złotych, ale w większości jednostek sprzęt, choć przechodzony, jest certyfikowany, co daje gwarancje bezpieczeństwa strażaków. A co mamy oprócz sikawek? Agregaty prądotwórcze, mnóstwo pomp różnego rodzaju, co w polskich realiach daje gwarancję, że jeśli komuś zaleje piwnicę lub budynek mieszkalny, zjawią się ludzie, którzy będą umieli temu zaradzić. Nie mówię o sprzęcie do ratownictwa technicznego, tych nożyco-rozpieraczach, nie wspominam o urządzeniach do ratowania życia, choćby defibrylatorach czy specjalistycznych kamerach termowizyjnych. Jest tego trochę. Nie będę już wymieniała pilarek do drewna, pił do betonu czy stali, które dziś są niezbędne w przypadku wichur czy katastrof budowlanych, w sytuacjach innego zagrożenia mogą okazać się bezcenne. Do tego jeszcze łodzie, pontony, sprzęt dla płetwonurków. I system łączności, choćby krótkofalówki, które będą działały, kiedy sieć komórkowa padnie.

Tak się zastanawiam, jak by to wszystko działało w razie sytuacji wojennej. Nasza obrona cywilna nie istnieje. To, czym realnie dysponujemy, to Krajowy System Ratowniczo-Gaśniczy, którego organizatorem jest Państwowa Straż Pożarna. Jednak ochotników w tym systemie jest więcej niż zawodowców.

Moim zdaniem coraz bardziej zaciera się granica pomiędzy ochotnikami a zawodowcami. Tak jeśli chodzi o poziom wyszkolenia, jak i posiadany sprzęt. Najważniejsze jest to, że działamy według tych samych procedur. W systemie KSRG jest ok. 4 tys. jednostek OSP. Zawodowcy to 335 komend powiatowych i miejskich Państwowej Straży Pożarnej oraz 495 jednostek ratowniczo-gaśniczych. Wniosek: jest nas więcej. I mamy świadomość odpowiedzialności.

Ale czym innym jest ratowanie pogorzelców czy uczestników wypadków drogowych, a czym innym organizacja społeczności w razie ogólnego zagrożenia.

Mówi pani wciąż o potencjalnym konflikcie. Ja wolę sobie tego nawet nie wyobrażać. Ale wszyscy musimy się z tym mentalnie zmierzyć. Kiedy zaczęły się niepokoje na Ukrainie, to właśnie Związek Ochotniczych Straży Pożarnych przeprowadził rozpoznanie o możliwościach logistycznych OSP na terenie województw lubelskiego i podkarpackiego, które na wypadek zaostrzenia konfliktu byłyby w stanie przyjąć uciekinierów z Ukrainy i udzielić im schronienia oraz niezbędnej pomocy.

Szukałam aktów prawnych, które regulowałyby zachowania ludzi i organizacji w razie konfliktu wymagającego współdziałania osób cywilnych i organizacji. I przyznam ze wstydem, że nie znalazłam. Wprawdzie Krajowy System Ratowniczo-Gaśniczy znajduje się w schematach przedstawianych na wykresach, ale nie wiadomo, jak konkretnie ma to wszystko działać.

W tej chwili w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych trwają prace legislacyjne zmierzające do opracowania nowej ustawy o ochronie ludności. Powiem więcej: obecnie wciąż działa ustawa o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej z listopada 1967 r. Zmieniło się wszystko: otoczenie polityczne, społeczne, prawne, obronne. Nie mamy już powszechnego poboru do służby wojskowej, a magazyny obrony cywilnej zawierają materiały nieadekwatne do rodzaju zagrożeń.

Nie mamy wojny, a już są problemy z samoobroną. Nawet tą dotyczącą najbliższego podwórka, kiedy sąsiad zaczyna się palić.

To wina braku uregulowań prawnych. To są częste sytuacje: trzeba biec do pożaru albo wypadku drogowego, ale strażak jest w pracy. Jego szef nie zawsze ma dla niego zrozumienie, nie zawsze mówi: leć, człowieku, jesteś potrzebny. Bo jeśli pracownika nie ma, to on z tego powodu ma tylko straty. Nie ma niestety żadnych bonusów podatkowych czy choćby ekwiwalentu za to, że część załogi pojedzie w środku dnia pracy do jakiegoś zdarzenia. Więc często zdarzają się sytuacje, że szef mówi: wybieraj, albo OSP, albo praca. Staramy się łagodzić takie sytuacje, tłumaczyć, jednak jest to trudne. Co ciekawe, daje to przewagę kobietom strażaczkom. One jeśli nie pracują, to zajmują się domem, wychowują dzieci i dzięki temu są bardziej dyspozycyjne niż ich faceci. Żona prezesa z OSP w rodzinnej miejscowości częściej wyjeżdża na akcje niż on. Bo akurat jej nikt nie grozi zwolnieniem.

To kuriozalne, że ludzie, którzy ratują życie i mienie swoich współobywateli, są szantażowani zwolnieniem z pracy.

Ich prawna ochrona jest niewystarczająca. Teoretycznie powinno być tak, że samorząd, który odpowiada za bezpieczeństwo mieszkańców na podległym terenie, ubezpiecza członków OSP. I, znów teoretycznie, ci ludzie powinni być pewni, że jeśli coś im się wydarzy złego, będą zabezpieczeni - oni i ich rodziny. Ale tak nie zawsze jest. Mało tego, oni nie mają nawet często wykupionego OC. I jeśli np. podczas akcji dojdzie do zniszczenia mienia, to taki obywatel może w pozwie cywilnym żądać odszkodowania.

Bywają jeszcze bardziej dramatyczne przykłady. W marcu tego roku w Goliszewie pod Kaliszem wóz strażacki staranował samochód osobowy, w którym siedziały dwie kobiety. Obie zginęły.

Strażacy jechali akurat do pożaru stodoły. Stracili panowanie nad samochodem, warunki drogowe były ekstremalnie trudne. Trudno mi o tym mówić, ta sprawa jest dla nas wszystkich zbyt świeża i trudna. Ci ludzie chcieli komuś pomóc, ale zdarzyło się to, co się zdarzyło.

Kierowca tego wozu był akurat trzeźwy, choć często się zdarza, iż fajermany, jak u mnie na wsi nazywają strażaków, przybywają na miejsce pożaru czy innego zdarzenia po alkoholu. Ale to jest wliczone w rachunek: ludzie pędzą na ratunek wyrwani z różnych sytuacji życiowych. Z pracy, z łóżka kochanki, z imprezy. Sama się zastanawiałam, jak to rozwiązać. Bo co? Wypiłeś dwa piwa, więc możesz zlekceważyć to, co się dzieje.

Nikt nie wymaga od strażaków, aby byli abstynentami. Ale jeśli jest taka sytuacja, że ktoś ma przed sobą jakąś uroczystość, może zawiadomić kolegów i poprosić o zastępstwo. To nigdy nie jest tak, że kierowca wozu bojowego jest tylko jeden. Prowadzenie pod wpływem - jak pokazują statystyki- jest problemem -w naszym kraju. W OSP walczymy z tym, my mamy pomagać, a nie zagrażać.

Kiedy przygotowywałam się do rozmowy, znalazłam dziesiątki linków pod hasłem "strażak jechał do pożaru na bani". Skąd to wiadomo? Tak często policja sprawdza stan trzeźwości naszych ochotniczych strażaków? A może w grę wchodzą sąsiedzkie donosy.

Chyba to ostatnie. Staje się niemal regułą, że tam, gdzie pojawia się zagrożenie, a więc i nasi ludzie, często przybywa też drogówka z alkomatami. Ale my się musimy do tego dostosować. Choć czasem zdarzają się sytuacje wyższej konieczności, ale one są sprawą dla wymiaru sprawiedliwości.

No, jeśli już jesteśmy przy tym temacie - historii, w których wymiar sprawiedliwości czy organy ścigania wkraczają do waszych szeregów, jest mnóstwo. Moja ulubiona dotyczy spraw z Lwówka, gdzie w OSP ginęło paliwo do wozów bojowych. Nie można było złapać złodzieja. Aż sami strażacy zamontowali kamery i okazało się...

Że złodziejem był naczelnik straży. Spuszczał paliwo z samochodów wężykiem do kanistrów. Jak go ludzie złapali na gorącym uczynku, został wykluczony z OSP.

Oj, nie tak zaraz, bo własną piersią bronił go burmistrz. Mówił, że nie dość, iż to jego powinowaty, kuzyn żony, to jeszcze towarzysz partyjny z listy PSL. Jak ktoś by nie lubił ochotniczych strażaków, wciąż będzie miał na myśli, że to jedna sitwa z ludowcami. A ten komendant jeszcze wycierał plamy z rozlanej ropy strażackim mundurem.

To nie są dla nas przyjemne sytuacje, ale my strażacy nie jesteśmy ludźmi znikąd, każdy z nas pochodzi z jakiejś OSP. W małych środowiskach, gdzie każdy wie, co jest wart sąsiad, ma to wielkie znaczenie. Ale bzdurą i stereotypem jest przekonanie, że w OSP dzieje się to wszystko po jednej partyjnej linii. Przedstawię pani listę członków naszego zarządu, którzy są parlamentarzystami: Krystyna Skowrońska - PO, Krystyna Ozga - PSL, Tadeusz Tomaszewski - SLD czy Edward Siarka - SP. Znajdzie tam pani przedstawicieli wszystkich opcji politycznych. Zielonych, czerwonych, pomarańczowych i niebieskich.

Piromanów?

Osoby niezrównoważone psychicznie albo z innymi problemami mogą niestety znaleźć się wszędzie. Jeśli dojdzie do nadużyć, jest to sprawa dla organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Nie ma pobłażania. Straszne jest to, że cała rzesza ludzi naraża swoje życie i zdrowie, poświęca się, aby uratować innych, nieść im pomoc, nie znajduje zainteresowania w mediach. Ale strażak-piroman, hm... To temat. Nagłówki są większe niż treść pod nimi.

Czasem podpala strażak, który chce sobie dorobić. Bo, choć służba jest ochotnicza, to ludzie dostają pieniądze za wyjazdy do akcji.

Teoretycznie. Za godzinę nie więcej niż 1/175 przeciętnego wynagrodzenia. Ale stawki ustala rada danej gminy. Więc zwykle jest to mniej, średnio wychodzi w skali kraju ok. 15 zł za godzinę akcji i 8 zł za udział w szkoleniu specjalistycznym. Nie obejmuje to oczywiście czasu przygotowania do działań ratowniczych przed czy po powrocie z akcji. Praktycznie ludzie nie biorą często ani grosza, bo przekazują te pieniądze na zakup sprzętu - doposażenie OSP. Środki te pochodzą z budżetu samorządu przeznaczonego na ochronę przeciwpożarową, więc jeśli zostaną wydane na wypłatę ekwiwalentu, to nie wystarczy na inne potrzeby.

OK, przyjmuję. Ale wróćmy do clou naszej rozmowy: gdyby wybuchła wojna, jak by się znaleźli strażacy z OSP? Daliby radę?

Dzisiejszy katalog ewentualnych zagrożeń jest zupełnie inny. Ludzie w małych społecznościach zawsze musieli sobie radzić. Początek ratownictwa ogniowego sięga czasów średniowiecza, kiedy najpoważniejszym zagrożeniem działań wojennych dla ludności cywilnej był niszczycielski ogień. Więc musieli się skutecznie organizować, aby ratować swoje życie i mienie. Sformalizowane początki ochotniczej straży pożarnej w Polsce to XIX w., czas zaborów, kiedy zabraniano wszelkich form aktywności społecznej, kulturalnej, narodowościowej. A strażacy ochotnicy byli i brali udział w działaniach związanych z ochroną bezpieczeństwa wewnętrznego naszego kraju i walkami wyzwoleńczymi. Problemem zawsze było to, że wyszkoleni młodzi mężczyźni musieli iść do boju, a musieli zastąpić ich weterani, młodzież oraz kobiety.

@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000001800.104.jpg@RY2@

Marek Maliszewski/Reporter

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.