Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bezpieczeństwo

Pompa śmiechu dla weterana

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

Choć stracili zdrowie w służbie ojczyzny, nie wszyscy weterani mogą liczyć na państwowe wsparcie. Odsunięci na bok cierpią w milczeniu, bo ich skarg nie ma kto wysłuchać

Miałam napisać tekst o tym, że polscy weterani poszkodowani na zagranicznych misjach po raz pierwszy w przyszłym roku wezmą udział w Invictus Games - międzynarodowych zawodach dla takich jak oni: bez nóg i rąk, z PTSD, ranami na ciele i umyśle. Miało być o zwycięstwie ducha nad ciałem i słabościami itd. Będzie o czymś innym: kasie, małostkowości i filmach.

Stefan wrócił popsuty

Stefan nie myśli o udziale w Invictus Games. Nie dość, że nie czuje się niezwyciężony, to nawet gdyby tak było, nie miałby prawa polecieć w przyszłym roku do Australii w grupie 19 kolegów, którzy załapią się jako reprezentanci Polski. Choćby dlatego, że zgodnie z papierami nie jest żadnym weteranem, tylko zwyczajnym świrem i roszczeniowym oszołomem, który zamiast siedzieć cicho i cieszyć się, że dostał 1150 zł renty, denerwuje byłych przełożonych i angażuje sądy mające coś lepszego do roboty niż zajmowanie się tak nieważną sprawą, jak jego.

Jego historia w skrócie: celowniczy moździerza i innego ciężkiego sprzętu pojechał na XII zmianę do Afganistanu. Afganu - jak sami mówią. Nie chciał, ale kazali. Te gadki o dobrowolności to ściema dla cywili. Pojechał zdrowy, wrócił popsuty. Żeby wlazł na jakąś minę, może by go pokazywali w telewizji, z Centrum Weterana dostałby zaproszenie na jakąś akademię, a ze Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju miejsce na jakimś turnusie rehabilitacyjnym. Ale wrócił tylko z rozwalonym od zasuwania z ciężką bronią kręgosłupem i zdemolowaną psychiką. Kręgosłup operowali mu już trzy razy. Psychiki operować się nie da, chodzi na terapię. Jego żona, Beata, opowiada: "Panikował, na dźwięk dzwonka telefonu chował się za szafę. Schodziliśmy mu z drogi, żeby nie drażnić".

Trzymał się wojska, ale postanowili go zwolnić ze służby, choć wcześniej dowódca obiecał, że stworzy dla niego stanowisko przy robocie papierkowej. Ale ostatecznie tak się nie stało. Trzy razy odwoływał się od decyzji o zwolnieniu, bezskutecznie. Wojskowa komisja lekarska stwierdziła, że jego dolegliwości nie mają nic wspólnego z misją wojskową. Zaliczyła go do III grupy inwalidzkiej i orzekła, że może pracować w cywilu. Ale Stefan w zasadzie nie wychodzi z domu, poza terapią - PTSD, zespół stresu pourazowego (posttraumatic stress disorder), robi z ludźmi dziwne rzeczy. Beata pracuje na niepełnym etacie w szkole, córka, 14-latka chora na łuszczycę, potrzebowałaby spokoju, którego nie ma. Zwłaszcza że wszczęto przeciwko nim procedurę eksmisyjną. Zalegają z opłatami za czynsz i media, mają ponad 1,5 tys. zł długu - Stefanowi nie przysługuje bowiem służbowe mieszkanie. Zwracali się o pomoc do Centrum Weterana oraz do stowarzyszenia, ale usłyszeli, że Stefan nie jest ani weteranem (bo to była misja stabilizacyjna, a nie wojna), ani poszkodowanym, więc nic im nie przysługuje. Kolega Stefana spadł z murku w Karbali, skręcił nogę i jest poszkodowany, bo zaraz to zgłosił. On nie miał czasu się wtedy skarżyć, więc dostał kopa. Pisali kilkakrotnie do jednostki prośby o pomoc, ale dostali odpowiedź, że się nie kwalifikują. Jak go już wydalili ze służby, koledzy zebrali trochę żywności przed świętami Bożego Narodzenia. I raz ktoś go zgłosił do Szlachetnej Paczki, za co Beata dziękuje serdecznie i z wdzięcznością. Ona i córka dostały kurtki, mąż buty. Stefan pomaga teraz młodszemu koledze, który od trzech lat jest poza służbą i na utrzymaniu matki. Też po Afganie. Takich jak oni jest w jego rodzinnym Szczecinie więcej. Tak jak w każdym mieście, skąd jeździli chłopcy na misje. Nikt o tym nie słyszy, bo wstyd się skarżyć. To dramaty czterech ścian - samobójstwa, porozbijane rodziny. Jak ktoś zaczyna gardłować, jest zaszczuwany. Z Beaty w plotkach zrobiono nieogarniętą pijaczkę, w pewnym momencie i ona zaczęła się bać wychodzić z domu.

Beata i Stefan nie wiedzą, czy mogą podać nazwisko. Wątpliwości rozwiewa reprezentująca ich mecenas Paulina Żuraw. - Oni nie mają już nic do stracenia - mówi. - Proszę napisać nazwisko: Wiluk. Na początku października WSA w Warszawie ma rozpatrzyć odwołanie żołnierza od decyzji komisji lekarskiej o tym, że jego dolegliwości nie mają nic wspólnego z wyjazdem na misję.

- Jak słyszę te wszystkie przemówienia o honorze, chwale bohaterom, jak słyszę o akcjach typu pompki dla weteranów, to mnie skręca (chodzi o zapoczątkowaną w USA akcję robienia 22 pompek przez 22 dni - jej celem było zwrócenie uwagi na problem żołnierzy cierpiących na PTSD. Według badań w Stanach codziennie popełnia samobójstwo 22 weteranów - red.) Pompki? Raczej pompa śmiechu. Invictus Games? To nie jest zabawa dla głodnych - mówi Beata.

Pytam o problem w Centrum Weterana i w stowarzyszeniu. Centrum odpowiada, że ich misją jest doradztwo i konsultacja. Stowarzyszenie, że muszą się trzymać procedur. Jeśli Stefan otrzyma z komisji lekarskiej odpowiednie papiery, to się nim zajmą.

Mariusz naśladuje księcia Harryego

Komunikat opublikowany na stronie MON głosi już w pierwszym zdaniu, że minister Antoni Macierewicz wyraził zgodę na udział naszych weteranów w Invictus Games. Ale to nie resort ani związani z nim ludzie wpadli na pomysł, żeby wysłać Polaków na tę imprezę. To zasługa cywila, Mariusza Fułka. Kiedyś był ratownikiem medycznym, teraz prowadzi własną firmę. Jego pasją jest wioślarstwo i od kilku lat przygotowuje się do Talisker Whisky Atlantic Challenge Race, najtrudniejszych regat wioślarskich na świecie. Na wodzie poznał Roryego Douglasa McKenziego, brytyjskiego medyka bez nogi, który brał udział w Invictus Games. Od niego dowiedział się, że weterani ostatnich wojen spotykają się co roku na takiej imprezie. I że wymyślił ją brytyjski książę Harry, który sam służył w wojsku i uczestniczył w zagranicznych misjach. Według skonstruowanej na potrzeby PR opowieści wyglądało to tak, że Harry musiał przerwać swoją misję w Afganistanie, bo do mediów przeciekły informacje, że tam jest, co mogło jego i innych żołnierzy narazić na dodatkowe niebezpieczeństwo. Wracał do kraju z dwoma młodymi żołnierzami. Ale oni byli na noszach, pod kroplówkami, mieli amputowane nogi. I wtedy przyszedł mu do głowy pomysł zorganizowania takich zawodów sportowych dla poszkodowanych weteranów. Aby udział w nich był nowym celem, do którego mogą dążyć, aby wspierał ich w powrocie do normalnego życia i zdrowia. Pierwsze Invictus Games odbyły się w Londynie w 2014 r. - Bijemy brawo na stojąco zawodnikowi, który stracił nogi. Z całego serca dopingujemy też człowieka, który przezwyciężył lęk tak silny, że bał się wychodzić z domu - mówił podczas ceremonii otwarcia książę Harry. Dwa lata później weteranów gościło Orlando. W tym roku niezwyciężeni spotykają się w Toronto. W przyszłym - w Sydney. I właśnie w Australii mają zadebiutować nasi.

- Zacząłem wydzwaniać i e-mailować: Wielka Brytania, Kanada, Australia. Dowiadywać się, jak to zrobić, żeby Polacy mogli tam być - wspomina Fułek. I choć nikogo nie reprezentował, ludzie, z którymi rozmawiał, byli pomocni i mili. Okazało się, że na Kanadę jest za późno, ale w zasięgu ręki jest Australia, bo to kraj organizujący Invictusa ma prawo zaprosić do udziału w nim inne państwa. Fułek chciał, żeby wszystko odbyło się godnościowo, z przytupem, więc poszedł z ideą do Centrum Weterana. Musiał przekonywać, że warto, miał wrażenie, że zakłóca pracującym tam ludziom spokój. W końcu udało się przeforsować sprawę. Teraz CW czeka na zgłoszenia chętnych. Najlepiej, żeby nie potrzebowali żadnego sprzętu, bo transport będzie drogi - o czym centrum informuje na stronie. Pobyt na miejscu i utrzymanie zapewnia organizator.

- Weterani szemrają, że ekipa zatrudniona w centrum ćwiczy już pływanie, do tego wystarcza czepek. Mam wrażenie, że ludzie z centrum jadą na wycieczkę, a nie po medale - komentuje Fułek. We wrześniu powołana ku temu komisja ma wytypować reprezentantów Polski.

Dyrektor centrum, ppłk Leszek Stępień, tonuje emocje. Mówi, że jeszcze nie ma szczegółów przebiegu tej imprezy w Sydney, być może przedłużą proces rekrutacji. Ale jeśli chodzi o zasadę, to jeżeli będzie miał do wyboru wysłanie jednego człowieka ze sprzętem albo dwóch bez, postawi na tę drugą opcję. Ministerstwo odpowiada, że proces rekrutacji zawodników, którzy mogliby pojechać do Australii, trwa. "Kompletną listę polskich zawodników weteranów poszkodowanych, którzy wezmą udział w Invictus Games 2018, poznamy prawdopodobnie na początku przyszłego roku, co podyktowane jest otrzymaniem od organizatorów w grudniu 2017 r. szczegółowego terminarza startu konkretnych dyscyplin sportowych oraz ilości miejsc startowych przewidzianych dla polskich zawodników", czytamy w oświadczeniu.

Kto nie z Mieciem, tego zmieciem

Większość weteranów, z którymi rozmawiam, prosi o zachowanie anonimowości. Nawet ci, którzy już są poza służbą. Tłumaczą, że boją się - tego, że ludzie rządzący centrum i stowarzyszeniem mają długie ręce i mogą im zaszkodzić. Kilku w ogóle odmawia rozmowy. Jeden z nich, nazwijmy go Krzysztof, był na IV zmianie w Afganistanie, poszkodowany podczas patrolu celowniczy moździerza, dziś w stopniu kaprala. Przeszedł operacje, ale bagatelizuje swoje obrażenia, bo - jak mówi - koledzy nie mają rąk i nóg, więc nie ma co gadać. Był współzałożycielem stowarzyszenia, ale z niego wyleciał. Za to, że krytykując publicznie na Facebooku jego władze, działał na niekorzyść stowarzyszenia. Poszło o komentarz, jaki zamieścił wiosną 2015 r. w sprawie udziału dyrektora CW w konferencji Ewy Kopacz. To było podsumowanie pół roku pracy wywodzącej się z szeregów PO pani premier, a dyrektor siedział za jej plecami w drugim rzędzie - w mundurze Wojska Polskiego. "To niedopuszczalne, aby dyrektor Centrum Weterana - żołnierz, pojawiał w wystąpieniach przedstawiciela jakiejkolwiek partii politycznej, łamiąc przy tym przepisy ustawy o służbie wojskowej żołnierzy zawodowych. Swoim nieprzemyślanym zachowaniem łamie zasady apolityczności wojska i tym samym nadwyręża zaufanie polskich obywateli do armii. Jeżeli zależy mu na brylowaniu w towarzystwie polityków w świetle fleszów, niech ściągnie mundur i robi to w cywilnym garniturze".

Tomasz Kloc, szef stowarzyszenia, przyznaje, że taka sytuacja miała miejsce. Wykreślili kilka osób z listy członków, gdyż - jak powiada - hejtowali kolegów bardziej poszkodowanych na misjach niż oni. I odbyło się to bardzo demokratycznie. Najpierw ich skreślili, a potem zjazd członków potwierdził ich decyzję. Że udział żołnierzy w politycznych imprezach jest sprzeczny z prawem, a konkretnie z ustawą o służbie wojskowej żołnierzy zawodowych? Bagatelizuje. Ale ppłk Stępień zapytany o to samo odpowiada, że dostał taki rozkaz od swojego ówczesnego przełożonego.

Krzysztof do dziś za swój komentarz obrywa. Taki mały mobbing - gorsze oceny, kłopoty z otrzymaniem urlopu, niekierowanie na szkolenia, a więc brak możliwości awansu. On sam stara się nie zwracać na to uwagi, robić swoje. Zapoczątkował np. internetową akcję "Operacja Echo" - chodzi o pomoc kombatantom II wojny światowej. Razem z kolegami zebrali 43 tys. zł na aparaty słuchowe i remonty mieszkań żołnierzy wyklętych, razem z kolegą doprowadzili do awansowania jednego z najdłużej ukrywających się członków podziemia antykomunistycznego, mjr. Andrzeja Kiszki ps. Dąb oraz mianowania na pierwszy stopień oficerski zapomnianego do tej pory ppor. Wiktora Sumińskiego ps. Kropidło. Robi prelekcje w szkołach. - Z centrum nie chcę mieć nic wspólnego - deklaruje. I dodaje, że ta państwowa instytucja stała się miejscem, w którym zgromadziła się grupa kolegów wywodzących się ze stowarzyszenia. Zajmują się głównie sobą. Inni stanowią dla nich tło, niezbędne do istnienia, ale faktycznie nieistotne.

Kolejny mój rozmówca także jest już poza stowarzyszeniem, tematu CW unika jak ognia i prosi, żeby dać mu spokój. Ale jego kolega opowiada, że tamten nie mógł znieść, iż w CW czy stowarzyszeniu promuje się swoich, oni mają pierwszeństwo w wyjazdach, dla nich są kursy językowe, prezenty. Każda krytyka jest duszona, winni srogo karani. Jego kolega kiedyś zorganizował wyprawę na Spitsbergen dla weteranów, to znaleźli się tacy, którzy dzwonili po sponsorach i namawiali ich, żeby się wycofali. Kiedy ci nie chcieli, zawiadomili SKW, że jakieś trefne pieniądze są na tę wyprawę. Ale i tak zatknęli na lodowcu polską flagę.

Rozmawiam z kolejnymi, Wackiem i Kazikiem. Słyszę opowieści o nepotyzmie, o niejasnych przepływach finansowych, lekceważeniu weteranów. Pytam, dlaczego oni, dorośli, dzielni mężczyźni, którzy nadstawiali karku na wojnie, nie pójdą do prokuratury albo nie zawiadomią najwyższego dowództwa. Zawiadamiali przełożonych i co z tego. Jeden z nich tłumaczy: - Wojsko to specyficzna instytucja. Chodzi o to, żeby jakoś się ustawić i przetrwać - w każdym razie tak myśli większość. Jak ktoś fika, dostaje mocno po głowie, żeby inni zrozumieli, iż nie warto. To rodzaj mafii. Kto nie z Mieciem, tego zmieciem - i dodaje, że marzy mu się porządny audyt w centrum. I żeby podobny zrobić w stowarzyszeniu. Zwróciłam się do Ministerstwa Obrony Narodowej z prośbą o rozmowę na temat CW. Sprecyzowałam temat, nakreśliłam zarzuty. MON odpowiada: "W 2017 roku Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa zostało skontrolowane przez Najwyższą Izbę Kontroli (w zakresie dotyczącym pomocy udzielanej weteranom poszkodowanym w trakcie służby poza granicami kraju przez powołane jednostki organizacyjne). NIK ocenił pozytywnie działania objęte kontrolą. Sprawozdanie nie zawiera żadnych zaleceń pokontrolnych". Samego sprawozdania jednak od ministerstwa nie otrzymaliśmy, a NIK odpowiedział, że kontrola nie została jeszcze zakończona.

Petro nie może skończyć filmu

Podobnie jak mój artykuł, obraz, który zaczął trzy lata temu kręcić Petro Aleksowski, także miał być o czymś innym. To mogła być historia jak z amerykańskiego filmu: o odwadze, strzelaninach, wybuchach, generalnie - o wojnie. Jest o tym, jak się żyje w Polsce poza wojskiem. I o sporcie. Talibów nie będzie. Premiera była zaplanowana na 29 maja tego roku, ale nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle będzie miała miejsce. Bo reżyser - tak jak jego bohaterowie - został ranny, jeździ na wózku, ma kłopoty z powrotem do pracy. Ale po kolei.

Petro to operator filmowy i reżyser. Wspomina, że jechał samochodem i słuchał w Trójce audycji z udziałem weteranów. Pomyślał, że można by zrobić niezły kawałek na ten temat, zaczął szukać kontaktów, spotykać się. Potem chciał zrezygnować, bo okazało się, że oni wszyscy to całkiem normalni nie są. "Psychicznie rozchwiani", myślał. Ale zaczął się do nich zbliżać, bywać w domach, coraz więcej rozumiał, co to oznacza być rannym, cierpieć na PTSD. Teraz sam już to wie 21 grudnia zeszłego roku kręcił zdjęcia do krótkometrażowego filmu dla serwisu ShowMax na warszawskim lotnisku Bemowo. Reżyserował Patryk Vega, więc musiało być z rozmachem. Było. Helikopter, żołnierze GROM, strzelanie. Oczywiście naboje miały być ślepe. Oczywiście znalazł się jeden ostry, samoróbka, typu dum-dum. Do dziś nie jest jasne, skąd, jak i dlaczego. I oczywiście ten jeden ostry musiał trafić Petro w nogę. Kości nie ma, mięśnie pozrywane. Gdyby to nie było w Warszawie, blisko wojskowej kliniki na ulicy Szaserów, pewnie by nie przeżył, a najpewniej stracił kończynę. Ale włożyli mu amerykańskie implanty kości, pozszywali mięśnie, naczynia krwionośne i nerwy. Noga, choć niewładna, ale jest. I jest szansa, że za 5-7 lat ożyje. - Ciało ani umysł nie są przygotowane do czegoś takiego, jak gwałtowny, rozległy uraz, rana - opowiada Petro. To nie choroba, która zwykle rozwija się powoli, etapami. Degradacja przychodzi nagle. Fizyczna i psychiczna. Ogromny ból, który mimo środków przeciwbólowych nie daje spać ani myśleć. Jeden z bohaterów filmu opowiadał mu, że ma wrażenie, iż coś od środka rozrywa mu nogę. Teraz on też to poczuł. I PTSD. Zmiany nastroju. Lęki. Nieracjonalne zachowania. Obrażanie się. - Teraz i ja mam tak samo. Uczę się siebie na nowo - mówi operator. Ale w filmie nie będzie o PTSD. Będzie o życiu. I o rodzinach - to one tak naprawdę są kulami i wózkami inwalidzkimi weteranów. Jeden z nich stracił nogę i częściowo wzrok. Na szczęście ma cudowną żonę i genialne córki. Drugi, także poszkodowany - stracił rękę - stoczył zawodową walkę w kickboxingu. Na widowni nie było nikogo z przedstawicieli państwowych instytucji czy stowarzyszeń pomagających weteranom.

- Gdy zaczynałem robić film, chciałem go zrobić dla siebie. Kolejne dzieło. Potem dla nich. Dziś znów dla siebie. Ten film to już nie dzieło w sensie artystycznym. To terapia. I mimo niezdolności do pracy skończę go. Dla nich... Dla siebie - zapewnia Petro.

Weterani to specyficzni ludzie. Zamknięty krąg, wszyscy się znają. Tych poszkodowanych jest niespełna 730. Dobrze wiedzą, który z nich był faktycznie bohaterem, a który został ranny, bo wlazł, gdzie nie wolno było, przed saperami, robił zdjęcia. Każdy z nich jest szczególny - był na misji, mniej bądź bardziej narażał życie, w ojczyźnie powinien być bohaterem. Instytucje go ignorują, stowarzyszenia zakłada się, żeby mieć z czego żyć, a nie dla idei. Tak samo społeczeństwo - dla ludzi bohaterem będzie strażak, który pojedzie na ratunek powodzianom, a nie żołnierz, który walczył za granicą. Trudno komuś, kto czuje się bohaterem, mierzyć się z tą obojętnością. Jak to? Straciłem zdrowie na darmo? Dlatego jak ćmy do ognia tulą się do polityków - nieważne, jakiej partii. Wczoraj była cudowna Platforma, a PiS śmierdzący i brzydki. Dziś jest na odwrót. Ktoś poklepie po plecach, da order, a jeszcze jakąś kasę się przytuli. Z kolei dla polityków kilka razy w roku weteran w mundurze to fajne tło. Nie będą też ingerować w wewnętrzne weterańskie wojenki, przekręciki i układy, bo podniesie się niekorzystny PR-owo wrzask, że krzywdzi się niepełnosprawnych żołnierzy. Więc korzystniej uśmiechać się do wspólnych fotografii.

Pod jeszcze jednym względem Petro zbliżył się do niektórych bohaterów jego opowieści - a mianowicie nie może pracować. Nie był żołnierzem, więc nie przysługuje mu żołnierska renta, choć został zraniony przez żołnierza. A cywilna komisja lekarska orzekła, że jest całkowicie niezdolny do pracy. Przyznano mu 800 zł renty, za co nie można się utrzymać. Ale choć ma ręce i głowę sprawne, pracować także nie może. Podobno nie ma na niego przepisów.

Z tych weterańskich historii można by nakręcić parę dziesiątek dramatów. O tym, jak jeden z weteranów (leciał śmigłowcem, dostał serię po nogach) przez pięć lat sądził się z wojskiem o odszkodowanie. Nie miał z czego żyć. Wygrał, ale wojsko się odwołało od wyroku. Albo o chłopaku, który z plecakiem wypełnionym kamieniami poszedł zimą skakać z mostu Łazienkowskiego, był tylko jeden człowiek, z którym zgodził się rozmawiać - jego dowódca, sam ranny na misji. Albo o innym, dzieciaku prawie, miał 21 lat, jak wyleciał na minie razem z honkerem. Wrócił do kraju, zaczął pić. Potem z tego wyszedł, co było równie trudne, jak patrole. Albo trudniejsze. Tylko czy ktoś chciałby to oglądać?

@RY1@i02/2017/164/i02.2017.164.000001200.801.jpg@RY2@

fot. Robert Palka/Fotos-Art/Forum

Kadr z filmu "Karbala", opowiadającego o misji polskich żołnierzy w Afganistanie

Mira Suchodolska

Pełna treść odpowiedzi Ministerstwa Obrony Narodowej oraz komentarz autorki na

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.