Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bezpieczeństwo

Schodzimy do roli państwa podrzędnego

30 marca 2017
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Decyzją Ministra Obrony Narodowej Polska zrezygnowała z ubiegania się o status państwa ramowego w dowództwie Eurokorpusu oraz stopniowo zredukuje w perspektywie 3-4 lat swój wkład" - poinformował wczoraj resort. Co jest powodem ograniczenia naszej roli w Eurokorpusie? Co takiego się zmieniło w sytuacji geopolitycznej, że nowy rząd umniejsza nasze miejsce i pozycję w tej strukturze? Czy decyzja wynika z tego, że gniewamy się na Unię Europejską, czy też jest to efekt jakiejś szerszej koncepcji strategicznej? Obawiam się niestety, że to pierwsze. Bo taki ruch - w kontekście roli i zadań, jakie Eurokorpus ma do wypełnienia - nie mieści się w żadnej strategii, którą można by dziś odpowiedzialnie zdefiniować.

W skład Eurokorpusu wchodzą państwa, które kierują swoje wojska do misji i operacji UE - na Bałkanach czy w Libii. Wycofywanie się z większych ambicji Polski w tej strukturze, umniejszanie naszej roli jest błędem - zarówno w kategoriach strategii obronnej, jak i szerzej, funkcjonowania Sił Zbrojnych UE. A przecież jeszcze niedawno członkowie PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele mówili o potrzebie wzmocnienia - również militarnego - Unii Europejskiej i powołania unijnej armii. I rzeczywiście, nie wszystkie operacje wojskowe ważne z punktu widzenia Wspólnoty muszą odbywać się z udziałem Stanów Zjednoczonych i NATO. Dlatego Eurokorpus i nasza rola w prowadzeniu jego operacji - humanitarnych czy pokojowych - jest istotna. Mamy wszak ambicje być liderem Europy Wschodniej. A to oznacza, że powinniśmy w Eurokorpusie mieć potencjał porównywalny z Niemcami czy Francją. To przecież logiczna konsekwencja naszych ambicji.

Decyzja MON jest jednak niestety naturalnym efektem innych politycznych działań. Raz - o czym już wspomniałem - pogniewaliśmy się ostatnio na Brukselę. Ale dwa - rzeczywiście zaczyna nam brakować oficerów przygotowanych do odpowiedzialnych funkcji sztabowych. Stajemy przed faktem, że nie jesteśmy w stanie obsadzić nie tylko stanowisk w strukturach NATO i UE, ale nawet w naszych dowództwach. Już brakuje nam oficerów profesjonalnie przygotowanych do pełnienia kluczowych funkcji - pułkowników, podpułkowników, majorów, kapitanów; doświadczonych i przygotowanych merytorycznie. Luki po oficerach, którzy odeszli w ostatnich miesiącach, nie wypełnimy przez najbliższe 3-4 lata. A to jest prosta droga do utraty militarnej wiarygodności. Przez takie ruchy stajemy się słabym partnerem.

M ON rezygnację z polskich ambicji w ramach Eurokorpusu tłumaczy m.in. "wzmacnianiem flanki wschodniej NATO". Tylko gdzie to wzmacnianie jest? Ma nim być przesunięcie jednego batalionu pancernego do Wesołej? Czy MON powołał choćby dowództwo na wschodzie?

C i, którzy dokonują tak głębokich zmian w armii, wiedzą o tym, że Rosja dziś nam nie zagraża. Moskwa nie zaatakuje NATO. Dlatego, mając tę świadomość, politycy dopuszczają do takiego drenażu kadry oficerskiej. Ale jednocześnie straszą nas wojną - żeby przekonać podatnika, że pieniądze wydawane na armię to uzasadnione wydatki. Problem w tym, że nie jesteśmy wcale tak bezpieczni, jak politycy chcieliby myśleć. Bylibyśmy bezpieczni, mając silną armię. Nie możemy tracić z oczu, że do konfliktu zbrojnego wystarczy czasem głupstwo. Politycy, osłabiając system bezpieczeństwa, zdają się o tym zapominać. Podejmując takie działania, mają przecież świadomość, że stopniowo schodzimy do roli państwa podrzędnego. I w razie konfliktu nikt nam nie pomoże, żadna Grupa Wyszehradzka. Bo sami deprecjonujemy własne państwo i własne siły zbrojne.

R ównież w sferze komunikacji ze społeczeństwem w Ministerstwie Obrony Narodowej mamy do czynienia z prawdziwą katastrofą, skoro Polacy dowiedzieli się o decyzji dotyczącej naszaj roli w Eurokorpusie od rzecznika tej struktury poprzez zagraniczne media. O pozycji naszego kraju na kontynencie dowiadu jemy się więc z zewnątrz. A w MON - kogo nie zapytać, mówi o czym innym. Osoby z resortu odpowiedzialne za komunikację społeczną powinny ponieść konsekwencje takich zaniedbań, bo prowadzą one de facto do ośmieszania Polski na arenie międzynarodowej.

Jutro z ministrem Antonim Macierewiczem ma się spotkać zwierzchnik sił zbrojnych prezydent Andrzej Duda. Wypada przypomnieć, że przyjmując ten urząd, składał on przysięgę na konstytucję - że będzie niezłomnie strzegł bezpieczeństwa państwa. Dziś jest jedynym, który może to zrobić. Ma ku temu władzę i narzędzia. Wierzę, że wykorzysta je i podejmie stosowne decyzje. Wiem, że Polacy też w to jeszcze wierzą. W prezydenckim Biurze Bezpieczeństwa Narodowego zasiadają ludzie, którzy mogą i potrafią działać. Są znani z imienia i nazwiska. Odpowiadają za powodzenie misji, której się podjęli - misji dbania o bezpieczeństwo państwa; niech zaczną ją realizować, zamiast siedzieć za biurkami. W armii nie powinno się dziać nic bez zgody prezydenta. Pora, by zaczął on rozliczać ministra obrony za to, co robi w swoim resorcie. Sprawa Eurokorpusu jest sprawą wszystkich opcji politycznych, a nie wewnętrznym zagadnieniem MON. Dlatego prezydent powinien zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Tu nie ma politycznych frakcji i barw. Chodzi o bezpieczeństwo wszystkich - z prawa i z lewa.

Ci, którzy dokonują tak głębokich zmian w armii, wiedzą, że Rosja dziś nam nie zagraża. Moskwa nie zaatakuje NATO. Dlatego politycy dopuszczają do takiego drenażu kadry oficerskiej

@RY1@i02/2017/063/i02.2017.063.00000050a.802.jpg@RY2@

generał Waldemar Skrzypczak

b. wiceminister obrony narodowej

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.