Wygrały na przekór niedowiarkom
Polki brązowymi medalistkami mistrzostw Europy. W meczu o trzecie miejsce pokonały Niemki 3:0. Złoto dla Włoszek
Obiecałam, że bez krążka stąd nie wyjadę, i obietnicy dotrzymałam - powiedziała po wygranym 3:0 (25:16, 25:19, 25:23) z reprezentacją Niemiec meczu o brązowy medal kapitan Polek Anna Barańska.
Biało-czerwone, które miały w pamięci gładkie zwycięstwo z Niemkami z turnieju w Montreuax (3:0 - przyp.red.), zagrały z reprezentacją Niemiec całkowicie wyluzowane. Polki częściej atakowały i lepiej grały blokiem. Konsekwentne, pewne i uśmiechnięte, z każdym punktem zbliżały się do upragnionego medalu, potwierdzając, że należą do ścisłej europejskiej czołówki. Zdenerwowany i zniecierpliwiony trener Niemek Giovanni Guidetti częściej rozkładał bezradnie ręce niż oklaskiwał swoje podopieczne.
- To był najsłabszy mecz w wykonaniu mojej drużyny. Po trudnych spotkaniach grupowych z Serbią i Turcją chyba zabrakło nam sił - powiedział włoski szkoleniowiec.
Feta na pewno będzie
W pierwszym secie Polki szybko wypracowały sobie kilkupunktową przewagę, od stanu 16:14 w kilka minut zrobiło się 22:14. Przebieg drugiej partii był identyczny, po 51 minutach walki było już 2:0. Kłopoty pojawiły się w trzecim secie, gdy Niemki od stanu 9:13 zmniejszyły stratę do Polek wynikiem 12:13. Od tego momentu set toczył się na zasadzie punkt za punkt, ale bez przerwy z lekką przewagą po stronie biało-czerwonych, które ostatecznie wygrały go 25:23. Na trybunach rozległo się głośne: "Dziękujemy" i "Sto lat".
- Tak naprawdę to wszystko jeszcze do mnie nie dotarło. Pewnie jutro, a kto wie, może pojutrze zdam sobie z tego sprawę - śmiał się zadowolony trener Polek Piotr Makowski. - Gdzie się będziemy bawiły? Jeszcze nie wiem ani gdzie, ani jak długo, ale fetowanie na pewno będzie - dodała Izabela Bełcik.
Czwarty raz w elicie
Biało-czerwone w najlepszej czwórce kontynentu znalazły się już czwarty raz z rzędu, w 2003 i 2005 roku było złoto wywalczone przez drużynę Andrzeja Niemczyka, a przed dwoma laty czwarte miejsce. Brązowy medal wywalczony w niedzielę to szesnasty krążek dla polskiej reprezentacji żeńskiej na najważniejszych imprezach międzynarodowych w historii. I na pewno nie ostatni.
- Taki skład, jaki miałyśmy na mistrzostwach Europy, jest fanastyczny. Na pewno przed mistrzostwami świata dojdą zawodniczki, które teraz leczą kontuzje. A wówczas będziemy jeszcze mocniejsze - powiedziała Anna Barańska.
Ostatnie cztery miesiące dla tej ekipy nie były najłatwiejsze, zaczęło się pechowo od problemów ze skompletowaniem składu, lista nieobecnych wydłużała się z każdym dniem. Najpierw Anna Podolec, Izabela Frątczak i Joanna Mirek, później kontuzja Katarzyny Skowrońskiej-Dolaty i decyzja o zakończeniu kariery reprezentacyjnej przez Dorotę Świeniewicz. Na koniec, już podczas turnieju, nagła zmiana na stanowisku trenera reprezentacji - Jerzego Matlaka zastąpił Makowski. Matlak od wtorku nie opuszcza szpitala, gdzie leży jego małżonka Joanna.
- Ten medal dedykujemy trenerowi - mówi Barańska. - On bez przerwy z nami był, jak nie fizycznie, to na pewno duchem. Mam nadzieję, że ten sukces tylko im pomoże i pani Joanna szybciej wróci do zdrowia, a trener Matlak do nas - wtórowała koleżance Iza Bełcik.
Do tego presja spoczywająca na gospodyniach mistrzostw oraz często nieprzychylne komentarze pojawiające się w mediach. Wcześniej złamały Dorotę Świeniewicz, a teraz, na szczęście nieskutecznie, podkopywały morale w polskiej drużynie.
- Ostatnie cztery miesiące to był dla nas niezwykle trudny czas. Miałyśmy więcej przeciwników niż osób, które w nas wierzyły. Ludzie wiedząc, że ta drużyna jest szykowana na mistrzostwa Europy, krytykowali nas w chwilach, gdy nawet nie wiadomo było, kto będzie grał w szóstce - wspomina Katarzyna Gajgał. - A to dobre? Udało nam się stworzyć zespół, przetrzymałyśmy to wszystko, mimo że chwilami było naprawdę ciężko.
Były tłamszone i krytykowane
Takiego samego zdania jest także reszta ekipy. - Udowodniłyśmy, że nawet nie mając w składzie wielkich gwiazd, jesteśmy w stanie wygrywać. A więc wcale nie jest z nami tak źle, jak to co niektórzy uważali - dodała Aleksandra Jagieło.
Na pytanie o tajemnicę sukcesu Polki często odpowiadają: siła zespołu. - Wiedziałyśmy, że nie możemy opierać naszej gry na jednej zawodniczce, za każdym razem mieliśmy inną liderkę, raz to była Asia Kaczor, innym razem Ania Barańska albo Ola Jagieło, jak choćby dziś w meczu z Niemkami - opowiada Bełcik, która w swoim dorobku ma już złoto z 2005 roku. - Ciężko porównywać te dwa turnieje, każdy medal jest wyjątkowy. Ten choćby z tego powodu, że grałyśmy u siebie, że pomagała nam fantastyczna publiczność - dodała siatkarka Muszyny.
Ale była też chęć odegrania się. - Chciałyśmy pokazać wszystkim niedowiarkom, że nas za szybko skreślili - powiedziała Paulina Maj. - Niestety było wokół nas sporo osób, które źle nam życzyły i byliśmy bez przerwy tłamszeni i krytkowani. Dziewczyny starały się tym nie przejmować, ale to jest niezwykle trudne. Na szczęście wzięły przykład z chłopaków, wiedziały o co grają i jestem z nich bardzo dumny - dodał Makowski, który po raz kolejny wystąpił w roli pierwszego trenera.
- Ostatnio pojawiły się głosy, że ja się tutaj promowałem. Trzeba być idiotą, żeby uważać, że chciałem się wypromować na czyimś nieszczęściu. Ten medal to dzieło Jurka Matlaka, a nie moje - zaznaczył szkoleniowiec, który zaraz po turnieju wraca do swojego klubu. Podobnie zresztą jak zawodniczki. Więc na świętowanie sukcesu pozostało im naprawdę niewiele czasu.
- Zastanawiałam się, jak to będzie z tą reprezentacją. Teraz wiem: nigdy nie było lepiej - zakończyła Jagieło.
@RY1@i02/2009/194/i02.2009.194.000.017a.001.jpg@RY2@
Łukasz Laskowski/Newspix.pl
Radość polskich siatkarek po meczu o trzecie miejsce
Marta Pytkowska
marta.pytkowska@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu