Kowalczyk wytrzymała morderczy bieg po złoto
Justyna Kowalczyk mogła sobie mówić, że dwa medale to spełnienie jej snów, ale przed startem na 30 km klasykiem i tak wiadomo było, że liczyć się będzie tylko walka o złoto.
Przyznała się do tego, dopiero gdy było już po wszystkim. - Ta presja była ogromna. Dobrze wiedziałam, że 30 km to mój dystans, a klasyk to mój styl. Wszyscy klepali mnie po plecach i mówili, że to będzie mój dzień - zdradziła.
Przed sobotnim biegiem można było odnieść wrażenie, że choć na starcie staje 55 zawodniczek, to tak naprawdę liczą się tylko dwie: Kowalczyk i Marit Bjoergen. I tak właśnie było. To było coś więcej niż sportowa rywalizacja dwóch najlepszych biegaczek tych igrzysk. To była walka dwóch skłóconych osób, z których każda chciała utrzeć tej drugiej nosa. Polka otwarcie stwierdziła, że rywalka nie miałaby szans w rywalizacji z nią, gdyby nie leki przeciwko astmie, które ułatwiają oddychanie. Norweżka odpowiadała, że Kowalczyk nie umie przegrywać, a po biegu łączonym głośno domagała się dyskwalifikacji naszej zawodniczki za mały błąd techniczny.
Wiadomo było, że żadna z nich nie odpuści. Justyna dość szybko wyszła na prowadzenie, próbując nieco rozerwać stawkę, ale Bjoergen była przy niej jak cień. Na czwartej pętli rywalka zaatakowała. Ruszyła do przodu tak ostro, że można było odnieść wrażenie, iż pomyliła bieg długodystansowy ze sprintem. Podczas tych igrzysk wygrywała z Polką aż trzy razy, a licząc sztafetę - nawet cztery, i wykalkulowała sobie, że zgubi ją podobnie jak w biegu łączonym. Ale tym razem Kowalczyk nie dała Norweżce uciec. - Wiedziałam, że odrobię te kilka sekund. Nawet trener krzyczał mi, żebym się nie spieszyła, że dogonię ją na stadionie. Gdybym się zerwała do pogoni natychmiast, zakwasiłabym mięśnie i miałabym kłopoty na finiszu - relacjonowała Justyna.
Zostały tylko one dwie, bo reszta nie wytrzymała tempa. Przed wjazdem na stadion Polka wyprzedziła Bjoergen, aby mieć przewagę na finiszu. Dramatyczna walka na ostatnich metrach rozgrzała kibiców do czerwoności, ale to Kowalczyk była o pół metra lepsza.
Norweżka zaraz za linią mety podeszła do naszej biegaczki i pogratulowała jej zwycięstwa, jednak Justyna wciąż była nakręcona adrenaliną. - Fajnie było wygrać z Marit - odpowiedziała pytana o swoją pierwszą myśl po wygranej, jakby zwycięstwo na igrzyskach sprawiło jej tyle samo satysfakcji ile pokonanie Bjoergen. Zresztą może tak było. - Mam już wszystko, mam złoto olimpijskie, mistrzostw świata, Puchar Świata i wygraną w Tour de Ski, czego nie ma nawet Marit - cieszyła się i miała z czego. Jest bowiem pierwszą zawodniczką, której udało się skompletować zwycięstwa we wszystkich najważniejszych zawodach.
Polka w sobotę wywalczyła coś więcej niż medal. Obroniła swoją pozycję w świecie biegów narciarskich. Jechała do Vancouver jako faworytka i mimo przeciwności - w postaci niesprzyjających jej tras oraz kontrowersji związanych z astmatycznymi dolegliwościami najgroźniejszej rywalki - wraca z Kanady niemal z takim samym łupem co z ubiegłorocznych mistrzostw świata. Więcej na igrzyskach wywalczyła tylko Bjoergen. Ale ona nie wygra Pucharu Świata.
@RY1@i02/2010/041/i02.2010.041.000.0020.001.jpg@RY2@
Fot. AP
Justyna Kowalczyk z Vancouver wyjeżdża z trzema medalami
Robert Piątek
robert.piatek@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu